Krasnodębski: W sprawie CETA polski rząd stał się dużo ostrożniejszy

Wobec umowy handlowej CETA istnieją poważne wątpliwości. Jest jednak przynajmniej jeden argument "za" - mówi w rozmowie z Interią profesor Zdzisław Krasnodębski. Mówiąc o zeszłotygodniowym czarnym proteście europoseł podkreśla, że "temat zaostrzenia aborcji nie pojawił się w związku ze stanowiskiem rządu, ale projektem obywatelskim".

Agnieszka Waś-Turecka, Interia: Zagłosuje pan za przyjęciem umowy CETA przez Parlament Europejski?

Reklama

Prof. Zdzisław Krasnodębski, europoseł frakcji EKR, niezrzeszony, wybrany z listy PiS: - Nie podjąłem jeszcze decyzji. Kiedyś wydawało się, że CETA nie jest tak bardzo kontrowersyjna jak TTIP, że jest dla niej akceptacja społeczna. Oczywiście obie te umowy mieszczą się w pewnej logice obalania przeszkód dla handlu, otwierania rynku, zwalczania protekcjonizmu... To wszystko miało służyć ogólnemu dobrobytowi. Dziś jednak pojawiły się poważne wątpliwości, ponieważ już wiemy, że np. otwarcie naszego rynku bez żadnych zabezpieczeń na rynek europejski przyniosło Polsce różne negatywne skutki.

Czyli na początku miał pan mniej zastrzeżeń, a teraz jest ich więcej?

- Niezupełnie. Gdy zacząłem zajmować się CETA i TTIP, chciałem dowiedzieć się, czy istnieją jakieś ekspertyzy, które powiedzą, czy to się opłaca polskiej gospodarce.

I udało się tego panu dowiedzieć?

- Niestety nie. W sprawie TTIP dotarłem do dwóch ekspertyz, natomiast w sprawie CETA do żadnej. Co więcej wątpliwości dotyczące tych umów zaczęły też wyrażać osoby z innych krajów, m.in. Niemiec i Austrii, które - wydawałoby się - mogą na nich zyskać najwięcej.

- Rząd PO-PSL popierał obie umowy, jednak w jego stanowisku nie dopatrzyłem się żadnych twardych argumentów, a jedynie ekstrapolacji pewnych szacunków. Teraz - o ile wiem - stanowisko obecnego rządu jest inne.

Wicepremier Mateusz Morawiecki miał zastrzeżenia m.in. do systemu arbitrażowego rozstrzygania sporów inwestor-państwo.

- Uważam, że to bardzo poważny argument, ponieważ wyroki tych sądów mogą ograniczać suwerenność kraju.

- Zwolennicy umów CETA i TTIP wysuwają kontrargument, że obecne umowy bilateralne, które łączą Polskę np. z USA, przewidują dużo gorsze warunki dla naszych producentów.

- Dla mnie to jest jednak tłumaczenie kuriozalne, ponieważ zakłada wychodzenie z jednego, bilateralnego uzależnienia poprzez wchodzenie w inne, tylko że na poziomie europejskim.

- Przeciwnicy umowy podają jeszcze szereg zastrzeżeń - obniżenie standardów, ubezwłasnowolnienie parlamentów narodowych...

Ale pojawia się też argument "za", czyli pogłębienie sojuszu transatlantyckiego.

- Tak. To jest argument strategiczny i ja go nie lekceważę.

- W kontekście USA warto też zauważyć, że najbardziej hałaśliwi przeciwnicy tych umów to osoby o poglądach skrajnie lewicowych lub skrajnie prawicowych, wśród których bardzo silne miejsce zajmują nastroje antyamerykańskie. A w obu przypadkach także prorosyjskie.

- To są niebezpieczne tendencje, których nie wolno bagatelizować.

Czyli teraz jest pan bardziej "przeciw"?

Tak.

A jeśli polski rząd zdecyduje się poprzeć umowę CETA?

- O ile wiem, polski rząd stał się dużo ostrożniejszy w sprawie tej umowy. Jego stanowisko wezmę oczywiście pod uwagę, ale będę głosował zgodnie z własnym przekonaniem.

A propos polskiego rządu, czy pana zdaniem ubiegłotygodniowe protesty kobiet w Polsce były "zabawą"? Jak ujął to minister Witold Waszczykowski.

- Zdecydowanie tak nie uważam. Kwestia aborcji jest problemem dramatycznym, ponieważ wynika z  konfliktu wartości, które bardzo często jednocześnie podzielamy. Z jednej strony mamy prawo do decydowania o sposobie życia, z drugiej - ochronę życia. A dziś wiemy już, że istnieje także życie prenatalne. Ono też ma swoją godność i powinno być prawnie chronione.

- Ten spór nie jest typowy tylko dla Polski. Niektóre narody mają go wprawdzie już za sobą, bo tam przewagę zdobyli, niestety, przeciwnicy ochrony życia, ale wszędzie aborcja pozostaje tragicznym dylematem moralnym. Sądzę jednak, że także w krajach zachodnich w przyszłości przepisy zostaną zaostrzone.

Czy uważa pan, że obecna ustawa aborcyjna wymaga zmiany?

- Nie. W obecnej sytuacji nie.

Czyli kompromis jest dobry?

Jako kompromis, tak. Uważam, że niezależnie od tego, jakie ma się poglądy moralne, to jest maksimum, które można prawnie osiągnąć przy obecnym stanie świadomości i wrażliwości społeczeństwa polskiego.  

Czy zasięg poniedziałkowych protestów każe brać na poważnie tezę, że "ten rząd obalą kobiety"?

- Ale przecież nie chodzi o rząd PiS. Problem polega na dezinformacji. Przecież temat zaostrzenia aborcji nie pojawił się w związku ze stanowiskiem rządu, ale projektem obywatelskim, nad którym zgodnie ze swoim sumieniem zagłosowali posłowie, zresztą nie tylko PiS.

- Poza tym warto przypomnieć, że w 2007 roku PiS utraciło władzę po części właśnie w efekcie sporu o zaostrzenie prawa do aborcji.

Jednak te negatywne emocje, które wyzwolono przy okazji protestów, w dużej mierze zwróciły się przeciwko rządowi. Pojawiły się nawet opinie, że te manifestacje mogą być dla rządu groźniejsze niż demonstracje KOD.

- Uczestnicy poniedziałkowych protestów wzięli w nich udział z wielu powodów. Po pierwsze, byli tam zdeklarowani zwolennicy pro-choice, fanatyczne feministki, neokomuniści, itd. Po drugie, ci, którzy chcą obalenia tego rządu bez względu na powód, z jakiego się to stanie i w imię tego są w stanie nawet zapomnieć o własnych zasadach. Po trzecie, grupa - zapewne najliczniejsza - chcąca utrzymania prawnego status quo, a zdezorientowana co do zamiarów rządu i wniesionych przez obywateli projektów.

- Podobnie było na początku protestów KOD, na które przychodzili ludzie po prostu zaniepokojeni ograniczaniem prerogatyw Trybunału Konstytucyjnego. Z czasem jednak obywatele lepiej poznali postawy sędziów i zawiłości proceduralne; zrozumieli, że nie jest to jedynie kwestia niezależnego TK broniącego konstytucji i złego PiS, który łamie zasady, ale że racje się bardziej rozłożone, a sędziowie stroną sporu politycznego. Wtedy ten zapał trochę osłabł.

- Moim zdaniem podobnie będzie także w przypadku protestów kobiet.

Czyli zagrożenia dla rządu pan nie widzi?

- Uważam, że aborcja to bardzo poważna sprawa i że uczestników tych protestów należy informować.

***

Jeśli interesuje cię temat Unii Europejskiej, obserwuj autorkę na Twitterze


Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje