Reklama

Reklama

Szymański: Polska chce dwóch zasadniczych rzeczy

Jakiej Unii Europejskiej chce Polska? - Przede wszystkim chcemy dwóch zasadniczych rzeczy: uściślenia zakresu odpowiedzialności za UE i większej legitymizacji wyborczej działań Brukseli - mówi wiceminister ds. europejskich Konrad Szymański. Z sekretarzem stanu rozmawiamy przed jutrzejszym nieformalnym szczytem państw członkowskich UE - bez Wielkiej Brytanii - w Bratysławie.

Agnieszka Waś-Turecka, Interia: Czy w Bratysławie przeważy głos państw przekonanych o potrzebie reformy UE, czy zwyciężą ci, którzy chcą zachowania status quo?

Reklama

Konrad Szymański, Sekretarz Stanu ds. europejskich, prawnych i traktatowych w Ministerstwie Spraw Zagranicznych: - UE nie ma wyboru. Po doświadczeniach Brexitu musi zacząć myśleć o zmianie. Oczywiście komplikacje mogą pojawić się, gdy zaczniemy rozmawiać o tym, o jaką konkretnie reformę nam chodzi. Jesteśmy przygotowani na to, że to nie będzie łatwa dyskusja. Ale jeśli nie dojdzie do zmian  w zakresie agendy politycznej i funkcjonowania instytucji, to Unia zacznie chylić się ku upadkowi. A to byłoby bardzo złą wiadomością tak dla Polski, jak i dla Środkowej Europy.

Zakładając, że pobrexitowy szok wystarczy i będzie wola polityczna do zmian, to jakiej Unii chciałaby Polska?

- Na dzień dzisiejszy chcemy dwóch zasadniczych rzeczy. Po pierwsze, musimy uściślić zakres odpowiedzialności za UE. Musi być bardziej położona na barki przywódców państw, ponieważ to oni są źródłem legitymizacji traktatów. To oznacza lepsze zdefiniowanie roli Rady Europejskiej i jej aktywizację.

- Problemem UE jest dziś to, że to projekt porzucony, traktowany przez większość krajowej klasy politycznej jako projekt cudzy. W związku z tym nikt nie bierze za niego odpowiedzialności. W efekcie jest albo w rękach biurokracji, albo po prostu murszeje.

Czyli polski rząd zaproponuje zwiększenie kompetencji Rady Europejskiej?

- To by oznaczało zmianę traktatów. Na razie mówimy o zmianie praktycznej - Rada może pracować intensywniej, ściślej. Może także w większym stopniu kontrolować implementację swoich postanowień.

A druga rzecz, której chce Polska?

- Chodzi o większą legitymizację wyborczą działań UE. Minimum w tym zakresie to umocnienie roli parlamentów narodowych, by ludzie mieli poczucie, że za sprawą swoich przedstawicieli mogą odcisnąć bezpośrednie piętno na procesie decyzyjnym w Brukseli.

Jak miałoby to wyglądać?

- Na razie mówimy tylko o negatywnej kompetencji do blokowania niepożądanych inicjatyw tak, jak ma to miejsce w przypadku procedury "żółtej kartki". Po doświadczeniach z dyrektywą o pracownikach delegowanych widać jednak, że KE może łatwo ten głos zlekceważyć, dlatego żółta kartka powinna się możliwie jak najszybciej zamienić w czerwoną.

A zmiany w agendzie politycznej?

- Tutaj są dwa główne problemy - jeden to zadłużenie w strefie euro, drugi nielegalna imigracja.

- Ten drugi problem jest stosunkowo łatwy do rozwiązania, jeśli UE porzuci projekty w zakresie wewnętrznego zarządzania migracją i zajmie się jej aspektem zewnętrznym, który - co pokazało porozumienie z Turcją - jest nie tylko skuteczny, ale potrafi też zjednoczyć państwa członkowskie

- Kwestie gospodarcze natomiast wzbudzają duże napięcia, ponieważ na szali jest przyszłość wspólnego rynku. Polski rząd stoi na stanowisku, że wspólny rynek powinien być rozwijany. To jest wartość UE, która powinna być lepiej komunikowana obywatelom, ponieważ widzimy, że jest rosnąca liczba państw, w których wspólny rynek staje się kozłem ofiarnym krajowych niepowodzeń gospodarczych. Przypadek Wielkiej Brytanii to czerwony alarm.

Sposobem na uratowanie wspólnego rynku byłaby lepsza komunikacja płynących z niego korzyści?

- Z pewnością potrzebna jest bardziej ofensywna promocja tego, czym jest wspólny rynek, ponieważ obywatele państw członkowskich nie rozumieją, jak wyglądałoby ich życie gdyby nie on.

Niedawno mówił Pan, że reforma UE powiedzie się tylko i wyłącznie wtedy, gdy "dojdzie do dobrego porozumienia między Warszawą a Berlinem w zakresie kluczowych wymiarów tej zmiany". Premier Beata Szydło i kanclerz Angela Merkel zdają się w ostatnim czasie mówić podobnym głosem - obie stolice stawiają na wspólny rynek, konkurencyjność, wzrost gospodarczy, obronę granic zewnętrznych... 

- W krótkim czasie, jaki minął od powołania rządu Beaty Szydło, mieliśmy już trzy spotkania między premier Szydło i kanclerz Merkel. To pokazuje, że istnieje bardzo wyraźna szansa na to, by doszło do porozumienia między Berlinem a Warszawą w zakresie przyszłości Unii. Taka umowa musi brać oczywiście pod uwagę oczekiwania obu stron, ale mam wrażenie, że te wzajemne oczekiwania są coraz lepiej rozumiane.

Wygląda na to, że najbardziej dzieli nas kwestia kryzysu uchodźczego. Czy w tym obszarze jest pole do porozumienia?

- Tak, zewnętrzny wymiar migracji. To już dziś jest pole współpracy, a kooperacja mogłaby być jeszcze szersza.

Berlin jest na to otwarty?

- Niemcy są coraz bardziej zainteresowane tym, by Bruksela angażowała się w kwestie migracji na zewnątrz UE. W tym względzie cieszy się absolutnym poparciem ze strony Polski. Dlatego, jeśli ktoś chce ograniczyć pole konfliktu, to taka oferta jest na stole.

Polska chce zacieśniać współpracę w dwóch obszarach - gospodarce i bezpieczeństwie. Czy w sytuacji, gdy wielu komentatorów wieszczy po Brexicie wzrost znaczenia w ramach UE krajów strefy euro, powinniśmy rozważyć przyjęcie wspólnej waluty?

- Nie. Taki kontekst polityczny nie może wpływać na podejmowanie decyzji o kluczowym znaczeniu dla gospodarczej przyszłości kraju. Nie wiązałbym tych rzeczy.

- Natomiast w UE utrzymuje się problem średniej wielkości - w jaki sposób stworzyć mechanizmy dla krajów, które z różnych powodów nie używają wspólnej waluty tak, by były pełnoprawnymi uczestnikami wspólnego rynku i procesu decyzyjnego związanego z budowaniem niektórych instrumentów strefy euro.

- Taki model został jednak wypracowany przy okazji budowy pierwszych filarów unii bankowej, więc jestem relatywnie optymistycznie nastawiony na przyszłość.

Niektórzy eksperci wieszczą widmo podziału strefy euro w następstwie ewentualnego niekorzystnego wyniku referendum we Włoszech. Mówi się, że w Europie nie ma środków na uratowanie trzeciej gospodarki Unii. Zgadza się Pan z takim scenariuszem?

- Kryzys w strefie euro nie został zażegnany. Wewnętrzne sprzeczności związane przede wszystkim z bardzo nierównym rozłożeniem długu publicznego pozostają nierozwiązane, ponieważ są nierozwiązywalne. Po wielu latach obwiązywania wspólnej waluty różnice w zasobności i konkurencyjności poszczególnych gospodarek strefy są jeszcze większe niż były. Podstawowy cel strefy euro - czyli konwergencja gospodarcza - nie został spełniony. Mechanizm nie zadziałał.

- To jest dużo poważniejszy kryzys dla Unii niż uchodźcy, ponieważ tutaj bardzo trudno znaleźć rozwiązanie, które zadowoliłoby wszystkie strony, bo interesy są radykalnie rozbieżne. I o ile w przypadku gospodarki greckiej udało się znaleźć pieniądze i gwarancje na jej utrzymanie w strefie euro, o tyle w przypadku Włoch może to już być niemożliwe.

Czyli strefa euro zmierza w kierunku podziału?

- Zapewne w interesie wszystkich jej członków jest utrzymanie strefy i jej skali. Jednak trudno mi dziś wyobrazić sobie rozwiązanie tego problemu.

W kontekście Brexitu wraca pomysł stworzenia wspólnej unijnej armii, wcześniej blokowany przez Londyn. Czy Polska go poprze?

- Wszystkie działania w obszarze polityki obronnej są przez nas traktowane z zainteresowaniem. Uważamy, że Europa powinna w większym stopniu kontrybuować do zdolności obronnych Zachodu. Natomiast wymaga to oceny dużo bardziej szczegółowej, ponieważ niektóre inicjatywy w tym zakresie mogą wprowadzać chaos do architektury obronnej Zachodu. Nam natomiast zależy na tym, by dobrze wpisywały się w synergię współpracy miedzy Unią a NATO.

Tylko jaki sens ma tworzenie oddzielnej armii, skoro 22 państwa UE są członkami NATO?

- Jeśli unijna armia będzie wzmacniać możliwości NATO, to nie będzie to pozbawione sensu. Natomiast mam wrażenie, że niektórzy politycy europejscy forsują ten pomysł jedynie po to, by wyrazić tożsamość europejską. Europa potrzebuje szerokiego aliansu obronnego i nie można dzisiaj robić nic, co by go osłabiało.

Powiedział Pan, że jutro rozpocznie się "proces bratysławski". Czyli nie ma co spodziewać się już wtedy konkretnych decyzji?

- Jestem przekonany, że w Bratysławie rozpoczniemy rozmowę na temat reformy, ponieważ jesteśmy dopiero na początku stawiania diagnozy tego, czego potrzebuje UE. Bardzo wyraźnie widzimy, że oczekiwania są różne, ale naszą rolą jest przypominanie, że Unia wymaga zmiany, ponieważ za chwilę możemy się obudzić w sytuacji, w której UE będzie podmywana przez kolejne wstrząsy polityczne. Nie mamy czasu do stracenia.

***

Jeśli interesuje cię temat Unii Europejskiej, obserwuj autorkę na Twitterze

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje