Jan Olbrycht: Czujemy, że zmienił się stosunek KE do Polski

Na brukselskich korytarzach i w prasie europejskiej od czasu do czasu słychać głosy, że brak solidarności Grupy Wyszehradzkiej w zakresie polityki migracyjnej Unii Europejskiej powinien skutkować konsekwencjami finansowymi. "W sensie prawnym te groźby są niewykonalne" - zapewnia Jan Olbrycht, europoseł PO. Polityk dodaje jednak, że Bruksela ma instrumenty, by skutecznie utrudnić Polsce życie.

Agnieszka Waś-Turecka, Interia: W komentarzach prasowych po referendum na Węgrzech pojawia się temat finansowego zdyscyplinowania krajów V4. Francuski "Liberation" pisze: "Orbanowi i towarzyszom może zostać odpłacone pięknym za nadobne, gdyż Niemcy, którzy najwięcej wkładają do budżetu, nie zamierzają pozostawić afrontu bezkarnie". Włoski Corriere della Sera natomiast ostrzega: "Grupie Wyszehradzkiej trzeba powiedzieć, że brak akceptacji dla zasady solidarności, powinien oznaczać zablokowanie pomocy finansowej Brukseli". To są realne scenariusze?

Reklama

Jan Olbrycht, deputowany PO do Parlamentu Europejskiego: - W sensie prawnym te groźby są niewykonalne. Argumenty tych, którzy mówią w ten sposób, są następujące - mamy ograniczoną ilość pieniędzy, więc jeśli w jednym miejscu nie są one wydatkowane, a w drugim ich brakuje, to naturalną reakcją byłoby przesunąć te niewydatkowane fundusze tam, gdzie są one potrzebne.

- Jeśli chodzi o perspektywę budżetową 2014-2020 przepisy mówią, że nawet jeśli będzie rewizja budżetu w połowie okresu wydatkowania, to nie wolno zmniejszyć tzw. kopert narodowych, czyli przydziału funduszy unijnych dla poszczególnych krajów.

- Zatem takie groźby nie mają podstaw prawnych.

A skutki polityczne?

- Tutaj sprawa ma się trochę inaczej, ponieważ powtarzanie tych gróźb przez tak wiele różnych środowisk wskazuje na to, że wcześniej czy później może nastąpić zmiana konstrukcji dzielenia pieniędzy; może pojawić się propozycja takiej zmiany przepisów, by takie przesuwanie pieniędzy było możliwe.

- Może to wyglądać np. tak, że polski rząd wynegocjuje jakąś ilość pieniędzy i przez pierwsze 2-3 lata będzie to w kopercie zamkniętej. Ale jeśli przez ten czas te pieniądze nie zostaną wykorzystane, bo na przykład nie będzie odpowiednich projektów, to niewydane fundusze wrócą do wspólnej polityki.

- Nasza odpowiedź na takie propozycje jest jednak taka: w polityce spójności nie chodzi o dotowanie biedniejszych przez bogatszych, ale o wsparcie w odpowiedzi na umożliwienie dostępu do rynku. Tzn. biedniejsze kraje otwierają swój rynek dla silniejszych, za co należy im się rekompensata w postaci pieniędzy europejskich, które wspierają inwestycje dla wyrównania szans na rynku. Czyli - proszę nas nie straszyć zabraniem pieniędzy, bo nie dajecie nam ich charytatywnie.

- Wracając jeszcze do przepisów prawa - polska koperta z perspektywy 2014-2020 jest nie do ruszenia. Ale chcąc nam uprzykrzyć życie, można bardzo dokładnie pilnować terminów, wymogów formalnych...

Czyli taki strajk włoski?

- Tak. To ewidentnie będzie miało miejsce.

Wyrazem tego jest decyzja KE w sprawie polskiego podatku handlowego?

- Zawsze jest tak, że taką decyzję można podjąć dziś, jutro, pojutrze.... Można ostrzec, można skrytykować... Ale nie. W tym przypadku KE od razu zawiesiła podatek.

- W Brukseli czujemy, że zmienił się stosunek KE do Polski. Zresztą - powiedzmy sobie szczerze - polski rząd na to zapracowuje, nieustająco obrażając Komisję i jej urzędników, zarzucając jej niekompetencję czy skorumpowanie.

Kiedy zaczną się dyskusje nad kolejną perspektywą finansową?

- Nieformalnie już się zaczęły.

Jak aktywna w tych rozmowach jest strona polska?

- Nie wiem, co się dzieje w Radzie Europejskiej, ponieważ nie mam tam dostępu. Ale jeżeli chodzi o PE, to europosłowie PiS są w nich kompletnie nieobecni.

A czy mogą być aktywni? EKR nie ma zbyt wielu instrumentów, by forsować swoje stanowisko.

- Dlaczego nie ma? To w tej chwili trzecia frakcja w europarlamencie. Jestem daleki od mówienia, że są bez znaczenia. Ale w czasie rozmów o perspektywie finansowej w ich imieniu występuje Niemiec lub Brytyjczyk, którzy prezentują pogląd absolutnie antyeuropejski i chcą zmniejszenia budżetu, w tym w szczególność w zakresie polityki spójności.

- Zauważmy, że z ramienia EPL i także wraz ze współsprawozdawcą z ramienia całego europarlamentu kwestie negocjacji wieloletniej perspektywy budżetowej prowadzi Polak. Czyli ja. Natomiast w EKR tą kwestią zajmują się Niemiec lub Brytyjczyk. Polacy są zupełnie nieobecni, co by oznaczało, że się z tą - obliczoną na zmniejszenie budżetu - retoryką zgadzają. EKR nie ma wprawdzie siły, by swoje stanowisko przegłosować, ale to nie znaczy, że kompletnie nie ma wpływu na kształt budżetu.

Komentatorzy zwracają uwagę, że po wyjściu z UE Wielkiej Brytanii - dużego kraju bez wspólnej waluty - wzrośnie znacznie strefy euro. Nie tylko gospodarcze, ale także polityczne. Zgadza się Pan z takim scenariuszem?

- Ten proces trwa już od jakiegoś czasu, a teraz zdecydowanie przyspieszył. W strefie finansowej, fiskalnej, nadzoru bankowego...

Czy to argument dla Polski, by rozważyć przyjęcie wspólnej waluty?

- Na dziś byłoby to nieopłacalne z punktu widzenia gospodarczego. Jednak istotne jest stanowisko, jakie prezentuje polski rząd. Wcześniej Polska wysyłała sygnały, że chce dołączyć do strefy euro, ale jeszcze jej na to nie stać. Natomiast teraz rząd PiS prezentuje pogląd, że kraj nie chce wspólnej waluty. A to stawia Polskę w zupełnie innej sytuacji, pogarszając naszą pozycję.

- Trzeba też pamiętać, że strefa euro ma nie tylko wymiar finansowy, ale także bezpieczeństwa. Co widać chociażby w przypadku państw bałtyckich.

Wydaje się, że w ostatnich miesiącach kryzys gospodarczy przycichł. Są jednak tacy, którzy wieszczą, że jeśli premier Włoch przegra październikowe referendum i nad Tybrem rozpęta się polityczny chaos, dając zielone światło dla kryzysu bankowego, Europa znów pogrąży się w kryzysie gospodarczym. Zgadza się pan z tym scenariuszem?

- O dokładne mechanizmy trzeba pytać ekonomistów, ale w takiej zintegrowanej całości jak UE, gdy chwieje się jedna część, to natychmiast wywołuje to wstrząsy wtórne w innej. Pytanie tylko - jak wtedy zachowa się reszta konstrukcji?

W przypadku Grecji było "wszyscy za jednego".

- Tak, choć nie bądźmy naiwni. Ratowanie tego, który się zachwiał, ma na celu ratowanie przede wszystkim samego siebie przed konsekwencjami tego zachwiania.

Ekonomiści zwracają uwagę, że o ile Grecję Europa mogła uratować, o tyle nikt nie ma na tyle pieniędzy, by uratować Włochy - trzecią gospodarkę UE.

- Już w czasie kryzysu w Grecji mówiło się, że to jest domino i za chwilę posypią się Hiszpania, Portugalia, Włochy... Mamy więc za sobą pewien etap kryzysu.

- Poza tym Grecja nie stanowiła problemu jedynie z uwagi na stan gospodarki, ale także dlatego, że jest państwem granicznym UE i zwłaszcza teraz - w czasie kryzysu migracyjnego - ma kluczowe znaczenie.

To samo można powiedzieć o Włoszech.

- Tak. To jest problem nas wszystkich, ponieważ w UE jesteśmy za siebie odpowiedzialni.

Tylko jak przekonać Rumunów czy Bułgarów, by ratowali bogate Włochy?

- To jest wyższa szkoły jazdy, ponieważ w grę wchodzi zrozumienie, że UE to nie jedynie kraina mlekiem i miodem płynąca, ale system wzajemnych praw i obowiązków. Wchodzi się do niej na dobre i na złe. Jak w małżeństwie.

***

Jeśli interesuje cię temat Unii Europejskiej, obserwuj autorkę na Twitterze

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje