Tusk staje na czele Rady Europejskiej - bez pompy i blasku jupiterów

Donald Tusk, który stał na czele rządów koalicyjnych PO-PSL w latach 2007-14, w poniedziałek obejmie jeden z najbardziej prestiżowych urzędów w UE: przewodniczącego Rady Europejskiej. Wśród polskich polityków Tusk osiągnął najwięcej.

Jako pierwszy przez siedem lat kierował rządem, wcześniej był szefem dwóch partii, zasiadał we władzach obu izb parlamentu, w końcu został, jako pierwszy Polak, przewodniczącym Rady Europejskiej. Jak sam twierdzi, zawdzięcza to m.in. temu, że wbrew wszystkim okolicznościom zawsze wierzy w sukces.

Reklama

23 października 2005 roku był jednym z najczarniejszych dni w politycznej karierze Tuska. Tego dnia przegrał w drugiej turze wyborów prezydenckich z kandydatem PiS Lechem Kaczyńskim (w stosunku 46 proc. do 54 proc.), choć w pierwszej turze wygrał (36 do 33 proc.). To była kolejna jego porażka tej jesieni. 25 września kierowana przez niego Platforma Obywatelska przegrała o włos wybory parlamentarne z Prawem i Sprawiedliwością (24 do 27 proc.), choć wcześniej przez wiele miesięcy wyprzedała PiS w sondażach. "Na plakatach Jan Rokita był premierem, a ja prezydentem. I do dziś mamy kaca" - mówił po latach Tusk.

Zawirowanie w politycznej karierze Tuska

Wydarzenia roku 2005 były najpoważniejszym, choć nie pierwszym, zawirowaniem w politycznej karierze Tuska. W latach 80. Tusk stał na czele niszowego gdańskiego środowiska opozycyjnego, wydającego drugoobiegowe pismo "Przegląd Polityczny". Środowisko nie miało wielkiego znaczenia, choć na tle szerokiego ruchu podziemnej Solidarności wyróżniało je zainteresowanie liberalizmem gospodarczym, a także zainteresowanie uprawianiem polityki jako takiej. To w opozycji demokratycznej w PRL, a potem w podziemnej "S", było czymś rzadkim.

W końcu lat 80. środowisko to utworzyło ugrupowanie Kongres Liberalno-Demokratyczny, wyróżniające się wpisaniem na sztandarach liberalizmu gospodarczego. Ugrupowanie zapewne nie uzyskałoby większego znaczenia, gdyby nie fakt, że Lech Wałęsa po zwycięstwie w wyborach prezydenckich w 1990 roku wskazał wywodzącego się z KLD Jana Krzysztofa Bieleckiego na premiera. Donald Tusk był ważnym człowiekiem w KLD. W 1991 r. został szefem partii, w miejsce Janusza Lewandowskiego, który objął urząd ministra w rządzie Bieleckiego. Jesienią 1991 r. KLD dostał się z niezłym wynikiem do Sejmu, zbierając premię za popularność swojego premiera, a Tusk po raz pierwszy został posłem. Miał 34 lata i już wtedy wielu wróżyło mu polityczną przyszłość.

W lecie 1992 roku Tusk był najbliżej stanowiska w rządzie, gdy powołany na premiera lider PSL Waldemar Pawlak zaproponował mu fotel wicepremiera w swoim gabinecie. Pawlak jednak wtedy rządu nie stworzył; obaj panowie spotkali się w Radzie Ministrów po 15 latach, choć w zamienionych rolach.

Do rządu Hanny Suchockiej, który KLD współtworzył w latach 1992-93, Tusk nie wszedł. W przedterminowych wyborach we wrześniu 1993 r. Kongres nie przekroczył 5-procentowego progu i nie dostał się do Sejmu. To skłoniło liderów KLD do połączenia ich ugrupowania z Unią Demokratyczną, która stała się główną siłą opozycyjną w zdominowanym przez SLD i PSL parlamencie.

W 1994 roku Tusk został wiceszefem nowej partii, powstałej z połączenia UD i KLD - Unii Wolności, zastępcą Tadeusza Mazowieckiego. Jednak już po roku stracił to stanowisko i znalazł się na marginesie. Rękę do Tuska wyciągnął nowy lider UW Leszek Balcerowicz, proponując kandydowanie do Senatu w wyborach w 1997 r., a potem rekomendując go na stanowisko wicemarszałka Senatu z ramienia UW. To stanowisko, choć politycznie nieznaczące (to wtedy Tusk zasłynął słowami, iż Senat to izba bezczynności), uratowało Tuska jako lidera środowiska dawnych liberałów w UW. Bo w tamtych latach znacznie większą rolę w samej Unii zaczął odgrywać inny przedstawiciel liberałów, Paweł Piskorski.

To ze stanowiska wicemarszałka Senatu Tusk wystartował w 2000 roku do rywalizacji z Bronisławem Geremkiem o fotel przewodniczącego UW, po rezygnacji Balcerowicza. To w gabinecie Tuska jako wicemarszałka odbywały się na przełomie 2000 i 2001 roku rozmowy w sprawie wyjścia liberałów z Unii, po porażce Tuska z Geremkiem i całkowitym zmarginalizowaniu dawnego KLD w nowych władzach Unii.

Historia dochodzenia do władzy w partii

Utworzenie w styczniu 2001 roku Platformy Obywatelskiej, z Andrzejem Olechowskim, Maciejem Płażyńskim i Donaldem Tuskiem na czele otworzyło nową polityczną epokę. Olechowski wnosił do PO pozycję wicelidera wyborów prezydenckich 2000 r., Płażyński pozycję w rządzącej AWS, związaną z piastowanym urzędem marszałka Sejmu, Tusk zwartość środowiska dawnego KLD, które solidarnie wystąpiło wtedy z Unii, by włączyć się w budowę nowego ugrupowania.

Platforma odniosła względny sukces w wyborach w 2001 roku; sam Tusk został wicemarszałkiem Sejmu. Z czasem jego pozycja w PO zaczęła dominować nad pozycją pozostałych "triumwirów", pozbawionych tak zwartego zaplecza - Olechowskiego i Płażyńskiego. Paweł Piskorski po latach wspominał, że Tusk z czasów KLD różnił się od Tuska z czasów PO przede wszystkim tym, że przestał wierzyć, iż w polityce jest miejsce na przyjaźń. KLD była bowiem grupą przyjaciół, a w Platformie Tusk, zamiast kierować się przyjaźniami i lojalnością, zaczął stawiać na zimną polityczną kalkulację.

Historia jego dochodzenia do władzy w partii, a potem eliminowania kolejnych potencjalnych wewnątrzpartyjnych rywali tę teorię może potwierdzać. Pierwszy odpadł Maciej Płażyński, który wiosną 2003 roku opuścił PO, choć był formalnie szefem tego ugrupowania. Tusk został wtedy przewodniczącym Platformy i stanowiska tego nie oddał aż do dzisiaj. Z czasem zmarginalizowany został Olechowski, a znaczącą rolę obok Tuska zaczęli odgrywać Jan Rokita i Zyta Gilowska.

Tusk pokazał wtedy, że bardzo dobrze potrafi odczytywać polityczną koniunkturę. Po aferze Rywina Platforma stała się partią mającą na sztandarach walkę z korupcją i budowę IV RP. Symbolem tej linii był Rokita, nowy szef klub parlamentarnego. Tusk jednak mocno mu sekundował. Choćby w pozbywaniu się działaczy, zamieszanych w niejasną "aferę mostową", która przy okazji miała osłabić innego wpływowego polityka PO - Pawła Piskorskiego. Był też przekonanym zwolennikiem koalicji z PiS. To właśnie w imię "czystości zasad" i walki z nepotyzmem praktycznie zmusił do odejścia z partii w 2005 roku Zytę Gilowską, która kilka tygodni wcześniej, podczas konwencji prezydenckiej, mówiła do Tuska: "Donald, bracie".

Rok 2005 był przełomem

Rok 2005 był przełomem. Nie tylko politycznym, z powodu podwójnej porażki, ale także programowym, z powodu przejścia do opozycji wobec PiS. Platforma zaczęła zwalczać IV RP i postanowiła uchodzić za reprezentanta wszystkich tych, którym z PiS było nie po drodze. Odmowa zawarcia koalicji z PiS była wyborem Donalda Tuska. Po latach okazało się, że słusznym, bo właśnie na sprzeciwie wobec rządów PiS i wobec koalicji tego ugrupowania z Samoobroną i LPR lider PO odbudował swoją pozycję. W debacie nad expose premiera Kazimierza Marcinkiewicza padły słynne słowa Tuska (za które musiał potem przepraszać) o "moherowej koalicji". Odtąd "antymoherowość" stała się podstawowym elementem tożsamości Tuska i kierowanej przez niego PO.

Zmieniła się też sytuacja wewnętrzna w partii. Ostatecznie wykluczono Pawła Piskorskiego, gdy zaczął przed kongresem PO w 2006 roku spiskować przeciw Tuskowi z Bronisławem Komorowskim, proponując temu ostatniemu start na przewodniczącego partii. Zmarginalizowano też Rokitę, który był symbolem linii propisowskiej (tuż przed wyborami w 2007 roku ostatecznie odszedł on z partii).

W lecie 2007 roku, po rozpadzie koalicji PiS-Samoobrona-LPR, Tusk porozumiał się z prezydentem Lechem Kaczyńskim w sprawie przedterminowych wyborów parlamentarnych, choć w samej PO patrzono na nie sceptycznie. To był moment, gdy kariera Tuska zawisła na włosku. Gdyby PO te wybory przegrała, zapewne musiałby odejść.

Ostatecznie PO wygrała wybory 21 października 2007 roku, uzyskując 41,51 proc. głosów. Tusk w Warszawie odniósł zdecydowane zwycięstwo nad startującym jako jedynka na liście PiS Jarosławem Kaczyńskim. Sukces PO zawdzięczała w dużym stopniu indywidualnie Tuskowi i jego zwycięstwie w debacie telewizyjnej z Jarosławem Kaczyńskim 12 października 2007 roku. W listopadzie 2007 Tusk został premierem, choć nie miał żadnego doświadczenia rządowego, a nawet go unikał. Do historii przeszła anegdota, że gdy w 1991 r. Jan Krzysztof Bielecki zaproponował Tuskowi stanowisko szefa Urzędu Rady Ministrów w swoim rządzie, ten spytał, co to jest.

W 2007 roku w expose zapowiedział m.in. obniżenie podatków, podniesienie płac m.in. nauczycieli i pracowników ochrony zdrowia, dokończenie reformy emerytalnej, walkę z korupcją, obniżenie bezrobocia oraz zakończenie polskiej misji wojskowej w Iraku.

Jako premier zaczął sobie radzić nadspodziewanie dobrze. Dotyczyło to zarówno polityki krajowej, jak i zagranicznej, z którą wcześniej miał luźne związki. Z miejsca złapał polityczną "chemię" z kanclerz Niemiec Angelą Merkel, odmroził stosunki z Rosją, udając się do Moskwy na rozmowy z prezydentem Władimirem Putinem. Putin, już jako premier Rosji, wziął też udział w obchodach 70. rocznicy wybuchu II wojny światowej na Westerplatte we wrześniu 2009 roku, a w kwietniu 2010 roku, trzy dni przed katastrofą smoleńską, odwiedził wraz z Tuskiem cmentarz polskich oficerów w Katyniu.

Tusk pojechał też do USA, choć od początku sygnalizował, że chce być bardziej zdystansowany wobec Amerykanów niż jego poprzednicy z PiS. Największym symbolem tej linii było ogłoszenie, 4 lipca 2008 roku, braku zgody na budowę na terenie Polski amerykańskiej tarczy antyrakietowej. Tarcza była oczkiem w głowie prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Dopiero wybuch wojny w Gruzji w sierpniu 2008 roku zweryfikował stanowisko rządu i doprowadził do szybkiego podpisania porozumienia w sprawie budowy tarczy z kończącą kadencję administracją prezydenta George'a W. Busha. Jednak rok później nowy prezydent Barack Obama ogłosił decyzję o rezygnacji z planu budowy tarczy.

Pierwsze cztery lata rządów Tuska

Pierwsze cztery lata rządów Tuska miały miejsce, co sam przyznawał w 2011 roku, w bardzo "burzliwych i trudnych czasach" dla Polski. Wymieniał m.in. katastrofę smoleńską z 10 kwietnia 2010 r., światowy kryzys gospodarczy i potężne powodzie w kraju. Oceniał, że w takich okolicznościach jego rządy były sukcesem, choć - przyznawał - jego gabinetowi nie udało się przeprowadzić wszystkich obiecywanych zmian. Konfliktowe relacje łączyły Tuska jako premiera z prezydentem Kaczyńskim. Media - w kontekście szczytów UE - pisały o "wojnie o krzesła". "Powiem brutalnie. Na tym szczycie nie potrzebuję pana prezydenta" - mówił Tusk w październiku 2008 podczas sporu z prezydentem, kto ma pojechać na szczyt UE do Brukseli.

W pierwszym okresie nie ustrzegł się błędów. Po latach zaliczano do nich podróż do Ameryki Południowej wiosną 2008 roku, którą w mediach przedstawiano jako "podróż życia" (miłośniczką Ameryki Południowej jest żona Tuska, Małgorzata). Powodem do kpin stało się odznaczenie, jakie Tusk przyjął: Słońce Peru. We wrześniu 2008 r. podczas Forum w Krynicy Tusk ogłosił z kolei, że w 2011 roku Polska powinna przyjąć euro. Kilka dni potem wybuchł światowy kryzys gospodarczy.

Tusk wypracował sobie metodę działania

Z czasem Tusk wypracował sobie metodę działania, która zaczynała przynosić mu polityczną popularność. Polegało to na ostrej reakcji na skupiające uwagę mediów wydarzenia. W czasie powodzi premier jechał na tereny objęte klęską i przedstawiał się jako "twardy szeryf". Gdy wyszła na jaw historia ojca, który latami gwałcił córkę, Tusk mówił o konieczności przymusowej kastracji pedofilów. Reakcją na to incydentalne zdarzenie były jedne z bardziej twardych słów, jakich kiedykolwiek publicznie użył: "Powiem rzecz radykalną, ale nie sądzę, żeby wobec takich indywiduów, takich kreatur, jak te przypadki, można zastosować termin człowiek. W związku z tym nie sądzę, żeby obrona praw człowieka dotyczyła tego rodzaju zdarzeń". Opozycja zarzucała premierowi, że zamiast rządzić stosuje chwyty marketingowe, ale dzięki temu słupki popularności Tuska rosły.

Największym wyzwaniem tego rodzaju w pierwszej kadencji rządu stała się tzw. afera hazardowa. Jesienią 2009 roku okazało się, że prominentni politycy PO zostali nagrani przez CBA, gdy obiecują korzystne akty prawne biznesmenom od hazardu. Tusk zareagował swoim sposobem - zwolnił ze stanowisk wszystkich zamieszanych w aferę, a nawet tych luźno z nią powiązanych, jak Grzegorz Schetyna. Przeforsował też szybkie uchwalenie radykalnej ustawy antyhazardowej, a także zgodził się na powołanie sejmowej komisji śledczej, która jednak nie przyczyniła się do rozwikłania afery.

W styczniu 2010 roku, na początku pracy komisji śledczej ds. afery hazardowej, Tusk zaskoczył wszystkich. Ogłosił, że nie będzie kandydował w wyborach prezydenckich, zaplanowanych na jesień. Było to zaskoczenie, bo wzięcie rewanżu na Lechu Kaczyńskim było, zdaniem wielu komentatorów, istotną przesłanką działania Tuska jako premiera.

Wszystko zmienił 10 kwietnia 2010 roku

Wszystko to zmienił 10 kwietnia 2010 roku. Tragiczna katastrofa smoleńska spowodowała, że na wiele dni kraj się zatrzymał, a wszystkie sprawy zeszły na plan dalszy. Tusk stanął przed dodatkowym wyzwaniem radzenia sobie w sytuacji, w jakiej wcześniej nie znalazł się premier żadnego państwa - w katastrofie zginął nie tylko prezydent z małżonką, ale wszyscy najważniejsi dowódcy wojskowi i szefowie wielu instytucji. Rząd jednak opanował sytuację organizacyjnie, a sam Tusk, dzięki naturalnym zdolnościom empatycznym, sprawdził się także przy okazji uroczystych pożegnań ofiar katastrofy.

Z upływem czasu jednak najbardziej doświadczona przez katastrofę opozycja z PiS nie omieszkała zrobić z Tuska jednego z polityków za nią współodpowiedzialnych. Wskazywano na jego niezdrową rywalizację na arenie międzynarodowej z Lechem Kaczyńskim, obciążano go odpowiedzialnością za nieprawidłowości w przygotowaniu wizyty w Katyniu i za mało profesjonalną reakcję służb odpowiedzialnych za wyjaśnianie katastrofy, w pierwszych godzinach po tragicznym wydarzeniu. W styczniu 2011 roku Tusk został dodatkowo zaskoczony ogłoszeniem wyników śledztwa w sprawie katastrofy przez rosyjski MAK. Był akurat na urlopie, a MAK całą winę za katastrofę przypisał polskim pilotom.

Tym niemniej wszystko to nie przełożyło się na wynik kolejnych wyborów, które PO, po raz pierwszy w historii III RP, wygrała drugi raz z rzędu. W wyborach tych Tusk - startując jako jedynka z Warszawy - uzyskał najwyższy wynik w Polsce - 375 tys. głosów. Platforma otrzymała 39,18 proc. głosów, co przełożyło się na 207 mandatów poselskich. Dzięki takiemu wynikowi po wyborach koalicja PO-PSL mogła dalej rządzić, a Tusk został pierwszym po 1989 roku premierem, który rozpoczął rządy w drugiej z kolei kadencji.

Kadencja nie okazała się jednak łatwiejsza od pierwszej, zwłaszcza dla samego Tuska. Zaczęła się od sporu z prezydentem Bronisławem Komorowskim. Tusk krótko po wyborach ogłosił, że zamierza powołać nowy rząd dopiero po nowym roku; tłumaczył to trwającą do końca 2011 roku prezydencją Polski w UE. Pod naciskiem Komorowskiego - jak relacjonowały media - zmienił zdanie i utworzył nowy rząd jeszcze w listopadzie 2011 roku.

W rządzie ani we władzach Sejmu nie znalazł się Grzegorz Schetyna (musiał się zadowolić fotelem szefa Komisji Spraw Zagranicznych), który przez media nazywany był głównym partyjnym rywalem Tuska. W październiku 2011, ogłaszając decyzję, że kandydatem na fotel marszałka Sejmu - w miejsce Schetyny - będzie Ewa Kopacz, Tusk przyznał, że Schetyna to polityk, który wielokrotnie aspirował do roli "konkurenta i lidera wewnętrznej opozycji".

Wizerunkowy sukces

Expose, wygłoszone w listopadzie 2011, okazało się odważniejsze politycznie, niż to z 2007 roku. Zawierało zapowiedź radykalnych reform, m.in. zrównania wieku emerytalnego kobiet i mężczyzn oraz podwyższenia do go 67 lat. Reforma ta została przeprowadzona, mimo protestu opozycji i związków zawodowych. Rządowi udało się przeprowadzić też inną reformę - Otwartych Funduszy Emerytalnych, sprowadzającą się do radykalnego ograniczenia pozycji OFE na rzecz ZUS. Reforma ta wywoływała protesty przede wszystkim środowisk wolnorynkowych, a liderem protestów był wicepremier Leszek Balcerowicz, niegdyś współpracownik Tuska z Unii Wolności.

We wszystkich tych sprawach Tusk mógł liczyć na lojalność prezydenta Komorowskiego, który nie wetował nawet najbardziej kontrowersyjnych ustaw, dotyczących wydłużenia wieku emerytalnego czy reformy OFE. Tym niemniej część zapowiedzi z tego radykalnego expose nie zostało zrealizowanych - choćby likwidacja funduszu kościelnego.

Wizerunkowym sukcesem okazało się Euro 2012. Zresztą Tusk właściwie od początku kariery nie krył się ze swoją piłkarską pasją, objawiającą się nie tylko w kibicowaniu, ale i w regularnym grywaniu w piłkę. Nie zaprzestał tego także jako szef rządu, a spopularyzowane przez niego określenie piłkarskiej aktywności - "haratanie w gałę" - weszło do języka potocznego i repertuaru programów kabaretowych.

Okres po Euro 2012 był mniej udany, bo sceną polityczną wstrząsały kolejne afery, przede wszystkim afera Amber Gold. W aferę tę pośrednio zamieszany był nawet syn premiera Michał Tusk, ale w dłuższej perspektywie nie przełożyło się to na polityczne straty dla niego samego. Jesienią 2012 roku premier wygłosił w Sejmie tzw. drugie expose, które było bardziej "prospołeczne" od pierwszego. Zapowiedział w nim m.in. wydłużenie urlopów macierzyńskich.

Jeszcze dalej w "prospołecznych" zapowiedziach poszedł w wystąpieniu programowym 27 sierpnia br., jak się okazało, ostatnim. W ramach "dwóch kluczowych priorytetów" na najbliższe miesiące zapowiedział wzrost minimalnych emerytur i rent, zwiększenie ulg podatkowych dla dzieci i stworzenie możliwości skorzystania z nich niezależnie od dochodów. Przekonywał też, że w nowej perspektywie budżetowej UE znajdzie się 400 mld zł dla województw, co jest pomocą "większą niż plan Marshalla".

Tusk umocnił swoją pozycje w Platformie

W połowie 2013 roku Tusk umocnił swoją pozycje w Platformie. Zdecydowanie wygrał wybory na przewodniczącego, którego po raz pierwszy wybierali wszyscy członkowie partii. Pokonał świeżo odwołanego ze stanowiska ministra sprawiedliwości Jarosława Gowina. Główny partyjny rywal Tuska Grzegorz Schetyna zdecydował się nie startować, co jednak nie uchroniło go przed inspirowaną przez Tuska - jak donosiły media - dalszą marginalizacją w partii. Przegrał potem wybory na szefa regionu dolnośląskiego ze stronnikiem Tuska Jackiem Protasiewiczem i w mediach zaczęto spekulować, że jego dni w PO są policzone.

Na początku 2014 roku notowania PO były zdecydowanie gorsze niż największego rywala - PiS - i nic nie wskazywało, że może się to zmienić. Wtedy jednak doszło do ostrego kryzysu na Ukrainie i konfliktu tego kraju z Rosją. To pozwoliło Tuskowi na przejście do politycznej ofensywy zarówno na scenie krajowej, jak i zagranicznej. W kraju Tusk zdecydował się na ostrą antyrosyjska retorykę, dotychczas stosowaną tylko przez PiS, przez co wytrącił głównym politycznym rywalom używany od 2007 roku argument, że prowadzi politykę zbyt ustępliwą wobec Rosji. Na forum Unii Europejskiej przystąpił do dyplomatycznej ofensywy, forsując m.in. pomysł unii energetycznej, czyli rozszerzenia UE o kwestie energetyczne, dotąd regulowane indywidualnie przez każdy kraj Unii.

To wszystko pozwoliło na odwrócenie tendencji spadkowej Platformy w sondażach, co potwierdziły wyniki wyborów do Parlamentu Europejskiego 25 maja 2014 roku. Platforma po raz kolejny wygrała z PiS, choć tym razem o włos. Jednak to co Platforma i sam Tusk zyskali na kryzysie ukraińskim, zostało politycznie roztrwonione - jak wynikało z pierwszych sondaży - w efekcie publikacji przez "Wprost" nagrań rozmów prominentnych przedstawicieli rządu i PO. Tusk jednak zareagował inaczej, niż na poprzednie afery. Nikogo nie zwolnił ze stanowiska, oddał polityczną inicjatywę, ograniczając się do wniosku o wotum zaufania w Sejmie. 31 sierpnia okazało się, że mogło to być nieprzypadkowe. W czerwcu 2014 roku, gdy wybuchła sprawa taśm, mógł już wiedzieć, że jego dni na stanowisku szefa polskiego rządu są policzone.

W pierwszym publicznym wywiadzie po ogłoszeniu, że będzie przewodniczącym Rady Europejskiej, w programie "Tomasz Lis na żywo" w TVP, Donald Tusk mówił, co jest jego zdaniem jednym ze źródeł jego sukcesów: "Staram się sam siebie i Polaków przekonywać od wielu lat, a jak zostałem premierem permanentnie, żeby w Polsce planować polskie sukcesy, a nie polskie porażki. Tego mnie też życie nauczyło, ale to jest chyba doświadczenie każdego z nas - jeśli ludzie koncentrują się na planowaniu porażek, to się to bardzo często sprawdza. (...) A ja wolałbym, żeby porażki, które raz na jakiś czas się zdarzają, były czymś wyjątkowym, a nie wynikały z naszych lęków czy przesadnej ostrożności".

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy