Reklama

Reklama

"Donald Trump. W pogoni za sukcesem". Fragmenty książki Michaela D'Antonio

Donald Trump - piekielnie inteligentny i nader skuteczny biznesmen czy może wytwór epoki narcyzmu, z patologiczną skłonnością do konfabulowania? Odpowiedzi na to i inne pytania stara się dostarczyć najnowsza biografia miliardera, który może zostać 45. prezydentem Stanów Zjednoczonych.

30 marca, nakładem wydawnictwa Bukowy Las, ukaże się książka "Donald Trump. W pogoni za sukcesem", autorstwa Michaela D'Antonio. To pełna biografia miliardera: od pierwszych biznesowych projektów, poprzez burzliwe życie miłosne, po zagadkę sukcesów w wyścigu o nominację republikanów w wyborach prezydenckich 2016.

Reklama

Jaki tak naprawdę jest Donald Trump? Poniżej możecie przeczytać fragment tej książki.

-----

W jesieni życia Donald Trump pozostaje wierny swoim przyzwyczajeniom - prowokowaniu konfliktów, napędzaniu konsumpcji i oznaczaniu każdego zakątka planety swoim nazwiskiem. Nie wstydzi się ich, ale kiedy go przycisnąć, przyznaje się do cienia wątpliwości. Podczas jednej z naszych rozmów pyta:

- Słyszeliście kiedyś o Peggy Lee? Śpiewa "Is That All There Is?" (Czy to już wszystko?). Uważam, że to świetna piosenka. Tyle razy odnosiłem sukces, a potem szukałem następnej okazji, ponieważ zadawałem sobie to samo pytanie: "Hej, czy to już wszystko?". To naprawdę wspaniały utwór, zwłaszcza w jej wykonaniu, ponieważ miała takie trudne życie.

Trump dzielił się swoimi spostrzeżeniami na temat Peggy Lee również z innymi rozmówcami, co doprowadziło mnie do wniosku, że trzyma ten tekst w rezerwie na chwilę, w której będzie się od niego oczekiwać zademonstrowania samoświadomości. Później, kiedy czytałem zapis tego wywiadu, zrozumiałem, że o wiele bardziej wymowne było to, co powiedział potem. Odnosząc się do słów piosenki Lee, zapytałem:

- Czy również zadajesz sobie czasem to pytanie?

Wówczas odparł:

- Nie, nie chcę nawet o tym myśleć! Nie lubię analizować sam siebie, ponieważ mogłoby mi się nie spodobać to, co ujrzę. Nie lubię analizować sam siebie i nie znoszę za dużo myślenia o przeszłości w innym celu niż wyciąganie wniosków na przyszłość. Jedyna rzecz, jaka mi się podoba, jeżeli chodzi o przeszłość, to to, że można się z niej czegoś nauczyć, ponieważ jeśli popełnia się pomyłkę, to można się wiele nauczyć. Mimo to wolę się uczyć na cudzych błędach. Dużo czytam, w tym również historie o sukcesach i porażkach, ponieważ uczenie się na cudzych błędach wypada dużo taniej niż na własnych. Mogę ci opowiedzieć o wielu, wielu pomyłkach popełnionych przez innych. Cieszy mnie to, że nie ja je popełniłem. Lubię przeszłość ze względu na to, że można się uczyć na cudzych błędach, ale można się również wiele dowiedzieć z cudzych triumfów.

- Powiedziałeś, że dużo czytasz. Jaka książka miała na ciebie największy wpływ?

- Hmm, kiedy to mówiłem, miałem na myśli raczej czytanie bieżącej prasy i mediów. Uwielbiam czytać. Jak wiecie, sam napisałem wiele bestsellerów. "The Art of the Deal" była jedną z najlepiej sprzedających się książek wszech czasów - myślę, że to od niej się wszystko zaczęło, "Trump. The Art of the Deal". Została bestsellerem, była na pierwszym miejscu listy najlepiej sprzedających się książek przez wiele, wiele miesięcy ze względu na to, czego dokonałem wcześniej. Byłem więc dobrze znany jeszcze przed wydaniem "The Art of the Deal", ale jej publikacja stała się wielkim przełomem. Kolejnym takim kamieniem milowym był ogromny sukces The "Apprentice" (reality show Trumpa - przyp. red.), który został programem numer jeden w telewizji. To był dla mnie następny wielki przełom.

Lingwista lub psycholog mógłby napisać doktorat na temat stylu, w jakim Trump prowadzi konwersację. Po króciutkiej autorefleksji zatrzaskuje drzwi, przez które można by zajrzeć do jego wnętrza, i natychmiast zaczyna omawiać innych ludzi i ich porażki. Wzmianka o książkach sprawia, że zaczyna tokować na temat własnej książki, jej sprzedaży, a potem analogicznego sukcesu teleturnieju. Za każdym razem stara się skierować rozmowę na opowieść o własnych triumfach. Szczerze mówiąc, rozmawiamy o nim, ale trudno oprzeć się wrażeniu, że nawet kiedy opisuje prawdziwe sukcesy, zaczyna przesadzać. "Trump. The Art of the Deal" sprzedawała się dobrze, ale na pewno nie była "jedną z najlepiej sprzedających się książek wszech czasów".

Rozszyfrowanie każdej deklaracji Trumpa, podobnie jak twierdzeń dotyczących jego książki, wymaga wielkiego wysiłku, a w sumie daje niewiele, chociaż podważanie niektórych sformułowań może być zabawne. Gdy powiedział mi, że zachodnie wybrzeże Irlandii wygląda jak "Floryda", a pewna szkocka farma jest zwana "polem śmierci", zdołałem skłonić go do przyznania, że oba te spostrzeżenia to wytwory jego wyobraźni i nic więcej. W jego wypowiedziach nie liczą się jednak takie szczegóły. Liczy się to, że za każdym razem próbuje zaprezentować rozmówcy swoje poglądy na siebie i świat oraz nakłonić go do ich przyjęcia. Jeżeli wizerunek Trumpa jest, jak twierdzi jego syn, autentycznym elementem jego osobowości, to próby te są szczere, a nawet niezbędne dla zachowania tożsamości. 

Chętnie spytałbym o to samego Donalda, ale po rozmowie z jego synem i Marlą Maples, drugą żoną, która wyrażała się o nim w superlatywach, Rhona Graff poinformowała mnie, że sesje dobiegły końca. Dlaczego? Prawdopodobnie dlatego, że ośmieliłem się skontaktować z osobą znajdującą się na liście jego wrogów, pisarzem Harrym Hurtem, który obraził miliardera dawno temu, w 1993 r. Wspomniałem o tym Marli Maples i wygląda na to, że podzieliła się tą wiedzą ze swoim byłym.

Musiałem więc dokończyć tę książkę bez Trumpa. W poszukiwaniu odpowiedzi cofnąłem się w czasie, do wyzwań, jakie stały przed miliarderem w dzieciństwie. Matka była chorowita, a ojciec wymagający i często nieobecny. Oboje zdecydowali o posłaniu go do szkoły wojskowej, która ze współczesnego punktu widzenia była miejscem dość brutalnym. Mimo to rodzice wspierali go przez wiele lat, a sam Trump przyznaje, że byli szczodrzy i kochający. Należy więc rozważyć również inne czynniki. 

Najważniejszym wydaje się okres, w którym Donald urodził się i dorastał. W 1946 r., gdy przyszedł na świat, w Ameryce rozpoczynała się właśnie epoka dobrobytu, jakiego jeszcze świat nie widział. Gwałtowny rozwój środków masowego przekazu sprawił, że kształtowanie wizerunku i zabieganie o sławę stały się elementami codziennego życia. Dziecko piekielnie inteligentne, dorastające w rodzinie bogatej i uprzywilejowanej, uważałoby, że może osiągnąć wszystko. Dodajcie do tego olbrzymią ambicję - i dziecko zaczyna próbować tego w praktyce.

Czynniki, które wpłynęły na rozwój Trumpa, wpływały również na wielu jego rówieśników, którzy według Christophera Lascha reprezentowali kulturę narcyzmu. Lasch nie sugeruje jednak, że należy ich potępić, mimo że często krzywdzili innych - sami wszak zostali skrzywdzeni przez bezduszne, płytkie społeczeństwo, które sławi i nagradza osoby, które potrafią się zareklamować i sprzedać w oszałamiający sposób, zarazem spychając wszystkich innych w anonimowość. Od kiedy Lasch przedstawił swoje tezy, zaobserwowane przez niego siły znacznie spotężniały, wzrosły również wymierne nagrody dla tych, którzy potrafili je okiełznać. Efektem jest epidemia narcyzmu i jego części składowych, w tym megalomanii i niezadowolenia z samych siebie oraz z własnych osiągnięć. Te emocje, razem wzięte, wywołały zarazem nienasycone pragnienie, by być zwycięzcą, i strach przed zaklasyfikowaniem do przegranych.

Trump, którego dotyczy tak wiele spośród powyższych stwierdzeń, jest dla następców Lascha idealnym przykładem patologii naszej epoki. Żadne z ich dzieł nie stanowi jednak całościowego spojrzenia na Donalda. Tak, potrafi zachowywać się okropnie, a czasami bywa też okrutny. Jeśli wziąć jednak pod uwagę, w jakim świecie się znalazł, Trump powinien być uważany po prostu za naprawdę skutecznego biznesmena, któremu udało się pozostawić wszystkich konkurentów w tyle. Jest żyjącym uosobieniem systemu wartości swojej epoki. Bogaty i powszechnie rozpoznawany, ugruntował wśród Amerykanów swój wizerunek przedsiębiorcy budowlanego, ale także gospodarza teleturnieju i polityka. Niektórzy uznaliby może, że to bardzo podobne role. Wszystkie jednak idealnie mu odpowiadające. Nic dziwnego, że Trump - otoczony kamerami, spełniającymi współcześnie funkcję stawu, w który wpatrywał się Narcyz - uważa swój talent do oczarowywania ludzi za coś w rodzaju magii.

Przekonany o swojej niezwykłości i wyższości, Donald Trump ostatecznie zdecydował się zaproponować Stanom Zjednoczonym Ameryki i całemu światu swoje usługi w zakresie zarządzania. 

Więcej newsów znajdziesz
w aplikacji INTERIA
Pobierz aplikację
Dowiedz się więcej na temat: Donald Trump

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje