Reklama

Reklama

"Wybory zostaną sfałszowane". To możliwe?

Donald Trump powtarza, że wybory są "ustawione" na jego niekorzyść i zostaną sfałszowane. Słowa te trafiają na podatny grunt zwłaszcza wśród jego zwolenników, ale fakty ich nie potwierdzają, a zdaniem ekspertów wybory w USA jest bardzo trudno sfałszować.

Zarzut "ustawienia" wyborów sprowadza się głównie do pretensji kierowanych przez kandydata Republikanów na prezydenta pod adresem mediów o rzekomą stronniczość i faworyzowanie jego rywalki, Hillary Clinton. Zdaniem Trumpa za bardzo nagłaśniają one sprawę jego seksistowskich wypowiedzi i oskarżania go przez 10 kobiet o napastowanie seksualne, a niemal przemilczają kontrowersje wokół skrzynki mailowej Clinton w czasie, gdy była sekretarzem stanu, i jej rodzinnej fundacji charytatywnej.

Reklama

Trump ma na myśli przeważającą większość gazet i czasopism, które poparły kandydatkę Demokratów. Są to na ogół media sympatyzujące z Demokratami, ale Trumpa nie poparło też wiele gazet konserwatywnych, które uważają nowojorskiego miliardera za osobę nienadającą się na prezydenta; część z nich wyraziła poparcie dla kandydata Libertarianów, Gary'ego Johnsona.

Z tego samego powodu większość komentatorów informacyjnych telewizji kablowych CNN i MSNBC oraz publicznej telewizji PBS krytykuje Trumpa i popiera Clinton. Jednak najważniejsze dzienniki, takie jak uważane za liberalne "New York Times" i "Washington Post", informują o kontrowersjach w obozach obojga kandydatów. Zdaniem obserwatorów stacje telewizyjne więcej miejsca poświęcały ostatnio skandalom seksualnym z Trumpem w roli głównej ze względu na sensacyjność tematu.

Przewidując fałszerstwa w wyborach prezydenckich 8 listopada, Trump prawie nie podaje faktów na poparcie tej tezy. Mówi tylko czasem o przypadkach głosowania w przeszłości przez "martwe dusze", nielegalnych imigrantów i osoby niemające obywatelstwa USA (czyli prawa do głosowania). Sztab jego kampanii wspomina o badaniach z 2014 r., według których w wyborach w 2008 r. 6,4 proc. głosujących stanowiły osoby bez amerykańskiego obywatelstwa. Eksperci kwestionują jednak metodologię tych badań.

Według sondażu "Washington Post" i telewizji ABC News 46 proc. zarejestrowanych wyborców sądzi, że fałszerstwa wyborcze zdarzają się w USA dość często. Według sondażu "Politico" i Morning Consult 41 proc. Amerykanów uważa, że wybory mogą zostać "ukradzione" Trumpowi. Pogląd ten podziela aż trzy czwarte wyborców republikańskich. W sondażu Economist-YouGov 45 proc. Republikanów jest zdania, że fałszerstwa wyborcze w USA to "bardzo poważny problem".

Tymczasem zdaniem ekspertów przypadki takich fałszerstw są niezmiernie rzadkie. Według cytowanej przez "Washington Post" Wendy R. Weiser, dyrektor Programu na rzecz Demokracji w Brennan Center for Justice, występują one rzadziej niż ataki rekinów i uderzenia pioruna w ludzi.

Badania przeprowadzone przez Carnegie Corporation w Nowym Jorku wykazały, że we wszystkich wyborach w latach 2000-2011 miało miejsce tylko 150 przypadków "podwójnego" głosowania (dwa razy przez tych samych wyborców), 56 przypadków głosowania przez osoby bez obywatelstwa USA i 10 przypadków głosowania przez wyborców udających inne osoby.

Profesor wydziału prawa na Uniwersytecie Loyoli, Justin Levitt, ustalił, że na ponad miliard głosów oddanych w wyborach między 2000 a 2014 r. stwierdzono tylko 31 przypadków głosowania przez wyborców podających nieprawdziwą tożsamość, w tym osób nieżyjących.

Jak podkreśla Weiser, w ciągu ostatnich 100 lat tego rodzaju oszustwa nigdy nie zdecydowały o wyniku wyborów.

Eksperci zwracają uwagę, że wybory w USA odbywają się zawsze pod kontrolą obserwatorów z obu głównych partii: Republikańskiej i Demokratycznej, a od 2004 r. także obserwatorów międzynarodowych. Karty albo maszyny do głosowania (metody głosowania różnią się w zależności od stanu) są blokowane i pieczętowane po przywiezieniu do lokali wyborczych, a po głosowaniu blokowane i pieczętowane ponownie. Liczenie głosów odbywa się jawnie, także pod okiem obserwatorów z obu partii.

Z drugiej strony nie wyklucza się sporów o liczenie głosów, jak w 2000 r. na Florydzie, kiedy o wyniku wyborów prezydenckich zadecydował dopiero Sąd Najwyższy USA. Wtedy jednak doszło do tego w sytuacji wyrównanego wyścigu między ówczesnym wiceprezydentem Alem Gore'em a kandydatem GOP, George'em W. Bushem. W tym roku sondaże wskazują - przynajmniej na razie, na niespełna 3 tygodnie przed wyborami - na zdecydowaną przewagę Hillary Clinton.

Z Waszyngtonu Tomasz Zalewski

Więcej newsów znajdziesz
w aplikacji INTERIA
Pobierz aplikację
Dowiedz się więcej na temat: Trump

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy