Reklama

Reklama

Chaos i protesty na konwencji demokratów

​Pokazu jedności nie było. Pierwszy dzień konwencji krajowej Partii Demokratycznej upłynął pod znakiem rozwścieczonych delegatów Berniego Sandersa, buczących na każdą wzmiankę o Hillary Clinton. Czołowi politycy demokratów wyglądali na zdezorientowanych (w najlepszym wypadku). 74-letni senator z Vermont, po tym jak poparł kandydaturę Hillary Clinton, utracił kontrolę nad swoją "polityczną rewolucją".

Na kilka dni przed konwencją demokratów Wikileaks opublikowało zhakowane maile, z których wynikało, że partyjny establishment robił wszystko, by to Hillary Clinton, a nie Bernie Sanders, zdobyła prezydencką nominację. Wiązało się to m.in. z wpływaniem na media i sabotowaniem kampanii Sandersa.

Reklama

Równolegle światło dzienne ujrzał film "Clinton Cash", formułujący korupcyjne zarzuty w stosunku do państwa Clintonów.

Delegaci Sandersa - a jest ich blisko 1900 - przybyli do Filadelfii nie po to, by zjednoczyć się wokół Hillary Clinton, a po to, by raz jeszcze wykrzyczeć swoją wściekłość na establishment.

Partia wpadła w panikę. Od rana robiono wszystko, by obłaskawić delegatów. Szefowa komitetu krajowego, Debbie Wasserman-Schultz, ogłosiła swoją rezygnację. To przede wszystkim ona była obwiniana o faworyzowanie Clinton i sabotowanie Sandersa. Na marginesie - Wasserman-Schultz, przyjaciółka Clinton, natychmiast otrzymała posadę w jej sztabie.

Celem udobruchania delegatów partia wystosowała również przeprosiny, w których kajała się przed wyborcami senatora.

Sam Bernie Sanders spotkał się przed konwencją ze swoimi delegatami, ale gdy zaczął przekonywać, że głosowanie na Hillary Clinton jest konieczne do powstrzymania Donalda Trumpa, został wybuczany.

Tuż przed konwencją ogłoszono, że partia w kolejnych prawyborach zmniejszy liczbę tzw. superdelegatów o dwie trzecie. Superdelegaci, czyli prominentni działacze niezwiązani wolą wyborców, byli obiektem ataków zarówno Sandersa, jak i jego zwolenników. Mieli bowiem możliwość wpływania na wynik prawyborów, co stanowiło mało demokratyczne rozwiązanie.

Sztab wyborczy senatora przez cały dzień rozsyłał do swoich delegatów rozpaczliwe sms-y, by powstrzymali się od burzących jedność demokratów zachowań.

Wszystkie te zabiegi zdały się na nic.

Od samego początku delegaci Sandersa jasno i głośno wyrażali swoją wściekłość na partię i na Clinton. Chaotyczną konwencję transmitowały wszystkie telewizje. Jaki obraz został w głowie telewidzów?

Gdy przemawiał członek Izby Reprezentantów Elijah Cummings, delegaci skandowali "Nie dla TPP!" (transpacyficzna umowa o wolnym handlu), zupełnie wytrącając polityka z rytmu. Gwoli wyjaśnienia - Sanders i jego zwolennicy ostro sprzeciwiają się tego typu umowom, partyjny establishment ma odmienne zdanie.

Zdenerwowana kongreswoman z Ohio Marcia Fudge - pełniąca kierownicze funkcje w zastępstwie Wasserman-Schultz - apelowała do publiczności o wzajemny szacunek. Kiedy jednak zaczęła przekonywać, że partia pod wodzą Clinton nie będzie służyć uprzywilejowanym elitom, spotkała się z wrogą reakcją. Delegaci uznali to za hipokryzję.

Gwiazdą pierwszego dnia konwencji był nie kto inny jak Bernie Sanders. Przez trzy minuty nie mógł rozpocząć swojego przemówienia - tak entuzjastycznie przywitano kandydata. Były to jednak miłe złego początki.

Dopóki Sanders płomiennie mówił o wartościach i o konieczności zmian w Ameryce, towarzyszył mu ogłuszający aplauz. Ale gdy zaczął przekonywać, że Hillary Clinton musi zostać prezydentem, by te wartości i zmiany miały jakąkolwiek szansę na realizację, znów rozległy się protesty. Kiedy realizator transmisji robił zbliżenie na niektórych delegatów senatora, widać było ich wściekłość, ich rozczarowanie. "Nie!" - krzyczeli, ile sił w płucach.

"Wiem, że wielu uczestników tej konwencji jest rozczarowanych wynikiem prawyborów. Wierzcie mi, nikt nie jest bardziej rozczarowany ode mnie" - senator z Vermont próbował dać do zrozumienia, że rozumie swoich wyborców.

Bernie Sanders utracił kontrolę nad swoją "polityczną rewolucją", choć jego żona, Jane, mówi: "Nigdy nie mieliśmy kontroli nad naszymi wyborcami, ani też nie próbowaliśmy jej zdobyć".

Jednak zarówno Bernie, jak i demokraci wykazali się dalece idącą naiwnością. Nie można oczekiwać, że wyborcy antysystemowi, wściekli na związki polityków - zwłaszcza Clintonów - z wielkim biznesem, wściekli na ich chciwość, wściekli na ustawione prawybory, wściekli na obłudę, fałsz i koniunkturalizm, nagle, jak na zawołanie, będą grzecznie klaskać Hillary Clinton, byle tylko nie wygrał Donald Trump. To tak nie działa.

Więcej newsów znajdziesz
w aplikacji INTERIA
Pobierz aplikację
Dowiedz się więcej na temat: bernie sanders

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy