Reklama

Reklama

Prawybory w USA: Teflonowy Donald Trump i cień szansy Berniego Sandersa

Notowania Donalda Trumpa są odwrotnie proporcjonalne do liczby krytycznych wobec niego publikacji. W najnowszym sondażu ogólnokrajowym 69-letniego miliardera popiera 49 proc. republikańskich wyborców. U Demokratów faworytką pozostaje Hillary Clinton, ale zwolennicy Berniego Sandersa mają kilka małych powodów do optymizmu.

Którąkolwiek poczytną amerykańską gazetę weźmiecie do ręki i którykolwiek poczytny amerykański serwis zawita do waszej przeglądarki - z pewnością znajdziecie tam krytyczny artykuł na temat Donalda Trumpa.

Reklama

Media przerażone zupełnie realną wizją prezydentury Trumpa (przy nominacji dla Clinton jest ona bardziej prawdopodobna niż przy nominacji dla Sandersa - wynika z badań) nie wahają się atakować go tak ostro, jak on atakuje swoich konkurentów. I media.

Tabloidy określają go "klaunem", "żartem", "bezmózgiem". Prasa poważniejsza załamuje z kolei ręce nad wielomilionową rzeszą wyborców popierających rasizm, ksenofobię i ignorancję - antywartości przypisywane kandydatowi i jego zwolennikom.

Donalda Trumpa dzień w dzień okładają popularni satyrycy - Stephen Colbert czy Trevor Noah - a także, co najbardziej oczywiste, jego konkurenci. O tym że Marco Rubio "zniszczył" i "zmasakrował" Trumpa podczas jednej z ostatnich debat (zarzucał mu zatrudnianie "na czarno" polskich pracowników), z nieskrywanym zadowoleniem donosiły wszystkie wiodące serwisy internetowe.

Johnny Depp zagrał nawet w filmie wykpiwającym Trumpa, a ostatnio do grona "masakrujących" miliardera dołączył John Oliver, który poświęcił kandydatowi cały, ponad 20-minutowy segment swojego programu:

Efekt? W sondażu CNN Donald Trump cieszy się poparciem 49 proc. republikańskich wyborców, Marco Rubio popiera 21 proc. z nich, a Teda Cruza 18 proc. Zwolennicy miliardera są całkowicie impregnowani na kampanię prowadzoną przez "czwartą władzę". To fascynujący przypadek, bowiem krytyka Trumpa jednoczy media liberalne z konserwatywnymi, jak Fox News.

...i zostało ich już czterech

Z wyścigu trochę na raty, ale jednak wycofuje się emerytowany neurochirurg Ben Carson. Mimo że swego czasu rywalizował z Trumpem w sondażach, jego wyniki w prawyborach nie dają żadnych nadziei na nominację.

Podobnie ma się sprawa z Johnem Kasichiem, jednak gubernator Ohio wierzy, że osiągnie dobry wynik w tym stanie, a także przekona do siebie umiarkowanych, centrowych Republikanów.

Nikt jednak nie ma wątpliwości, że jedynymi, którzy mogliby zagrozić Trumpowi, są senator z Teksasu Ted Cruz i senator z Florydy Marco Rubio.

Cruz wygrał już w czterech stanach: w Iowa, Teksasie, Oklahomie i na Alasce, a Rubio w jednym - w Minnesocie. Ted Cruz porywa najbardziej konserwatywnych, głęboko wierzących wyborców, którzy domagają się odparcia "agresji kulturowej liberalnych elit". Z kolei Marco Rubio to wielka nadzieja establishmentu Partii Republikańskiej, który Cruza nie znosi równie intensywnie co Trumpa. Ale Rubio, póki co, w większości stanów przegrywa zarówno z Trumpem jak i z Cruzem. 

15 marca odbędą się prawybory na Florydzie. Jeżeli Rubio przegra na "własnym terenie" - a to właśnie sugerują aktualne sondaże - nie będzie już dla niego ratunku. Przegrać w swoim stanie uznawane jest za wielki wstyd dla kandydata (tu warto wspomnieć, że Ted Cruz i Bernie Sanders roznieśli konkurentów u siebie, a więc w, odpowiednio, Teksasie i Vermont).

Rzut oka na liczbę delegatów (to oni zdecydują, komu przypadnie nominacja) również wskazuje, że to Cruz a nie Rubio jest głównym konkurentem Trumpa. Miliarder zapewnił sobie poparcie 338 delegatów, Cruz - 236, a Rubio - 112. Do republikańskiej nominacji potrzebne jest poparcie co najmniej 1237 delegatów.

Światełko w tunelu Berniego Sandersa

W wyścigu po nominację Partii Demokratycznej wyraźnie prowadzi Hillary Clinton. W prawyborach zapewniła sobie poparcie 599 delegatów, przy 407 delegatach Berniego Sandersa, 74-letniego senatora z Vermont. Co więcej, za Clinton stanęła niemal cała partia, która z nieufnością podchodzi do jej socjaldemokratycznego rywala. Sanders nie polepsza swoich notowań w partyjnym establishmencie zapowiedziami zatamowania strumienia pieniędzy płynącego z wielkiego biznesu w stronę polityki. Nieufność ta jest zresztą obustronna, Sanders uważa liderów partii za artystokrację broniącą swoich przywilejów. Konsekwencją takiej postawy są delaracje tzw. superdelegatów, którzy na konwencji krajowej nie są związani wolą wyborców. 457 z nich zadeklarowało poparcie dla Clinton, a ledwie 22 dla Sandersa.

To nie koniec dobrych wiadomości dla byłej sekretarz stanu. Utrzymuje ona niezwykle wysokie poparcie wśród Afroamerykanów (nawet na poziomie 80-90 procent), co pozwoliło jej z łatwością wygrać m.in. w Karolinie Południowej.

Czyżby więc wszystko było jasne? Niezupełnie.

Sanders miał, zgodnie z przewidywaniami, wyraźnie przegrać Superwtorek. Tymczasem zwyciężył w czterech stanach: Vermont (to było akurat pewne), Oklahomie, Kolorado i Minnesocie, a w Massachusetts przegrał o 1,8 pkt proc.

To pokazuje, że o ile Clinton pewnie wygrywa na południu, o tyle Sanders jest w stanie walczyć i wygrywać w stanach o nieco innej strukturze demograficznej (im stan bardziej "biały" i liberalny - tym więcej zwolenników Sandersa).

Jak zauważa "Huffington Post", Clinton zwycięskie tournee na południu ma już w dużej mierze za sobą. W najbliższych tygodniach coraz częściej będą głosować stany dużo bardziej przypominające Minnesotę i Kolorado niż Alabamę czy Georgię.

Superwtorek pozwolił Sandersowi przetrwać. Porażka we wszystkich stanach poza Vermont właściwie zabiłaby jego kampanię. Teraz może skoncentrować się na wygrywaniu stanów znacznie dla niego przystępniejszych. Dodatkowym argumentem jest ponad 40 milionów dolarów zebrane w lutym od sympatyków. To daje pewne pole manewru.

Robert Reich, były sekretarz pracy w administracji Billa Clintona, który oficjalnie poparł kandydaturę Sandersa, wylicza na Facebooku stany, w których Sanders ma szansę wygrać i odrobić stratę w liczbie delegatów. W marcu to Maine, Michigan, Floryda, Ohio, Illinois, Arizona, Waszyngton i Hawaje. W kwietniu: Wisconsin, Nowy Jork, Connecticut, Maryland, Pensylwania, Rhode Island. W maju: Indiana i Oregon. W czerwcu: Kalifornia, New Jersey i Nowy Meksyk.

Marzeniem sztabu Sandersa jest przetrwanie bez pewnej nominacji dla Clinton aż do czerwca. Wtedy będzie można wszystkie kampanijne siły rzucić na Kalifornię, gdzie do wzięcia jest aż 546 delegatów i gdzie sondaże są dla senatora przychylne.

Najbliższe głosowania

Jeszcze nie opadły emocje Superwtorku, a tu lada moment kolejne prawybory. Już w najbliższy weekend swój werdykt wydadzą mieszkańcy: Kansas (głosują Demokraci i Republikanie), Kentucky (tylko Repulikanie), Luizjany (D i R), Maine (D i R), Nebraski (D) i Portoryko (R).

Dowiedz się więcej na temat: prawybory w USA | Donald Trump | Hillary Clinton | bernie sanders

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy