"Brak reakcji na atak w Syrii oznaczałby słabość"

Brytyjskie media w niedzielę wyraziły ostrożne poparcie dla rządu w związku z interwencją zbrojną w Syrii, zgadzając się, że brak reakcji na działania syryjskiego reżimu byłby wyrazem słabości Zachodu wobec pogwałcenia zakazu stosowania broni chemicznej.

"Sunday Times" opublikował reportaż z północnej Syrii, gdzie reporterka gazety Louise Callaghan jako pierwsza zachodnia dziennikarka rozmawiała z osobami, które przeżyły atak chemiczny z 7 kwietnia w mieście Duma pod Damaszkiem.

Reklama

"Wszystkie osoby, z którymi rozmawialiśmy, zgłaszały te same objawy, które trwały całe dni: utrata czucia w kończynach, toczenie piany z ust, kaszel, wymioty, bóle głowy", a "lekarze potwierdzili, że są to typowe symptomy po kontakcie z bronią chemiczną" - zaznaczono.

Jednocześnie gazeta ujawniła, że dwóch synów szefa syryjskiego laboratorium chemicznego, które prawdopodobnie pracowało nad bronią chemiczną wykorzystaną w tym ataku, mieszka i pracuje w Londynie. 74-letni Amr Armanazi figuruje na liście sankcji UE i ONZ, ale nie obejmują one członków jego rodziny.

W komentarzu redakcyjnym "Sunday Times" zaznaczył, że konflikt w Syrii stanowi "zagrożenie, którego Wielka Brytania i Zachód nie mogą zignorować", bo "pozwoliłoby to na dalsze stosowanie przez (siły prezydenta Syrii Baszara el-) Asada broni masowego rażenia wobec (syryjskich) obywateli, a także groziło przyzwoleniem na używanie broni chemicznej".

Gazeta broniła decyzji premier Theresy May o udziale Wielkiej Brytanii w interwencji wraz z USA i Francją bez zgody Izby Gmin, ale zaznaczyła, że "jest całkowicie właściwe, by opinii parlamentu zasięgnięto w przypadku przedłużenia lub rozszerzenia ataków w Syrii".

"Sunday Times" skrytykował jednocześnie lidera opozycyjnej Partii Pracy Jeremy'ego Corbyna, który atakował May, mówiąc, że działania w Syrii stanowiły naruszenie prawa. "Dla Corbyna i jego radykalnie lewicowych sojuszników, którzy przejęli kontrolę nad ugrupowaniem, idea brytyjskiego interesu narodowego zdaje się ledwo istnieć. Czy to w kwestii próby otrucia Skripalów (byłego oficera rosyjskiego wywiadu i współpracownika wywiadu brytyjskiego Siergieja Skripala i jego córki - PAP), czy użycia w Syrii broni chemicznej, (Corbyn) woli napędzać rosyjską dezinformację (...) niż zaufać brytyjskim agencjom wywiadowczym" - napisano.

"Właściwa decyzja"

"Sunday Telegraph" opisał wydarzenia poprzedzające atak w nocy z piątku na sobotę, pisząc o tym, że May zadzwoniła do Corbyna, pierwszych ministrów Szkocji i Walii oraz byłego premiera Davida Camerona, który w 2013 roku przegrał parlamentarne głosowanie w sprawie interwencji w Syrii, by poinformować ich o planowanych działaniach.

Jak podkreślono, uderzenie na strategiczne cele w Syrii było pierwszym przypadkiem wykorzystania przez May brytyjskiego wojska. Szefowa rządu miała czekać do godz. 2.30 (3.30 czasu polskiego) na potwierdzenie, że wszystkie samoloty użyte w nalotach bezpiecznie wróciły do bazy RAF na Cyprze.

Gazeta zaznaczyła także, że przed sobotnim uderzeniem na trzy cele wojskowe w Syrii przedstawiciele amerykańsko-brytyjsko-francuskiej koalicji użyli kanałów wojskowych do komunikacji z Rosją w celu uniknięcia konfliktu i przypadkowych rosyjskich ofiar w rejonie bombardowania.

"Telegraph" omówił opublikowaną w sobotę analizę prokuratora generalnego Jeremy'ego Wrighta, który wykazał w niej, że decyzja May była zgodna z prawem. Zdaniem gazety publikacja tego dokumentu ma osłabić sprzeciw wobec interwencji przed zaplanowaną na poniedziałek debatą parlamentarną w tej sprawie.

Poparcie dla nalotów zadeklarował też tabloid "The Sun", który ocenił, że to była "właściwa decyzja", i zastrzegł, że Wielka Brytania "musi być gotowa zrobić to ponownie". "Stosowanie broni chemicznej i biologicznej jest zakazane od I wojny światowej i nie możemy dopuścić, by były one znowu używane. Jeśli Zachód nie będzie przestrzegał wyznaczanych przez siebie czerwonych linii, wzmocni barbarzyńskich oprawców, którzy urągają wartościom, które cenimy" - napisano.

"Observer" zwrócił uwagę na krytykę wobec szefowej rządu za brak konsultacji z parlamentarzystami. Jak podkreśliła gazeta, podczas poniedziałkowej dyskusji May musi się liczyć z negatywnymi komentarzami także ze strony niektórych posłów swej własnej partii, np. byłego ministra finansów Kena Clarke'a, oburzonych ominięciem parlamentarnej procedury.

W komentarzu redakcyjnym "Observer" ocenia, że May "wychodzi z tej trudnej sytuacji zasługując na większe uznanie niż ci, którzy nie zwracając uwagi na trudną sytuację w Syrii, argumentowali, że jakakolwiek interwencja wojskowa byłaby błędem". Gazeta ostrzega jednak, że "naloty nie rozwiązały kluczowego problemu", który w jej ocenie polega na tym, że kraje Zachodu nie mają bardziej szczegółowej i długoterminowej strategii dla syryjskiego konfliktu.

Połączone siły amerykańskie, brytyjskie i francuskie przeprowadziły nad ranem w sobotę serię nalotów w Syrii w ramach akcji odwetowej za użycie broni chemicznej 7 kwietnia w Dumie pod Damaszkiem. O atak chemiczny kraje Zachodu oskarżają syryjski reżim. Siły zbrojne USA poinformowały, że celem bombardowań był wojskowy ośrodek naukowo-badawczy w Damaszku, zajmujący się technologią broni chemicznej, oraz składy znajdujące się na zachód od miasta Hims.

Z Londynu Jakub Krupa

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL