Reklama

Reklama

Wybory parlamentarne 2015

Dr Stach: Ewa Kopacz może podzielić los Bronisława Komorowskiego

Kluczem do oceny Ewy Kopacz w roli premiera jest fakt, że przejęła ona stery rządów zupełnie nieoczekiwanie. Została Prezesem Rady Ministrów nie w związku z własnymi, wybitnymi zdolnościami, tylko w związku z wyjazdem Donalda Tuska do Brukseli - ocenia w rozmowie z Interią dr Łukasz Stach, politolog z Uniwersytetu Pedagogicznego w Krakowie. - Rząd pod jej przywództwem został powołany przede wszystkim do administrowania Polską, do czasów wyborów parlamentarnych, przez co nie należało się spodziewać śmiałych lecz niepopularnych reform - dodaje.

Mija dokładnie rok odkąd premier Ewa Kopacz przejęła schedę po Donaldzie Tusku i zasiadła w fotelu premiera. Jak sama przyznała, nominacja na to stanowisko na rok przed zakończeniem drugiej kadencji "wcale nie była dla niej sprawą prostą" i miała świadomość, że wyborcy ze złożonych obietnic ją rozliczą.

Reklama

Zgodnie z zapowiedzią, w najbliższych dniach zaprezentuje Polakom to, czego udało się jej dokonać w ciągu ostatnich dwunastu miesięcy. "To nie będzie wstyd, wierzcie mi, starałam się" - przekonywała premier. Czy taka argumentacja dotrze do elektoratu, przekonamy się już wkrótce, a dokładnie 25 października. Łatwo nie będzie, bo wiele wskazuje na to, że należy brać pod uwagę wszystkie ewentualności, z najgorszym scenariuszem dla Platformy Obywatelskiej włącznie.

Zaskakująca nominacja

Doktor Łukasz Stach zwraca uwagę, że dla wielu obserwatorów życia politycznego zaskakująca była już sama nominacja Ewy Kopacz, która nie była uważana za faworyta w wyścigu do fotela premiera. - Przesądziły kwestie lojalności w stosunku do Donalda Tuska, które w dużej mierze zdeterminowały styl rządzenia Ewy Kopacz. Jeżeli Tusk nie uzyskałby unijnego stanowiska, nie stanęłaby na czele rządu - wyjaśnia.

Dowodów świadczących o "przypadkowości" wyboru Ewy Kopacz jest jednak więcej. - Wyraźnie widać to już było w expose, w którym padło bardzo wiele obietnic, ale z datą wykonania obliczoną na  2016 rok, czyli po wyborach parlamentarnych. Z  tego powodu trudno też rozliczać Ewę Kopacz ze spełnienia obietnic, które składała jako szef rządu. One miały być realizowane, jeżeli Platforma Obywatelska wygrałaby wybory parlamentarne i jeżeli ona nadal byłaby premierem. W obydwa scenariusze na obecną chwilę wierzyć trudno, bo są mało prawdopodobne - argumentuje ekspert.

Nieoczekiwane kryzysy

Na drodze do sukcesu misji powierzonej Ewie Kopacz stanęły też nieoczekiwane kryzysy, które wywołały w obozie władzy niemałe zamieszanie. - Pierwsze tąpniecie spowodowała afera taśmowa, która podkopała i tak niskie zaufanie Polaków do polityki oraz obniżyła notowania Platformy Obywatelskiej - wskazuje dr Stach.

Cieniem położyła się też porażka Bronisława Komorowskiego w wyborach prezydenckich. - Wbrew temu, co próbują sugerować politycy, Komorowski był kandydatem Platformy, a jego klęska może nie obciąża bezpośrednio Ewy Kopacz, ale to ona musi zmagać się z jej konsekwencjami. Okazało się, że Prawo i Sprawiedliwość może odnieść  spektakularne zwycięstwo wyborcze, a premier Kopacz musi borykać się z rozczarowaniem elektoratu,  działaniem w warunkach, kiedy prezydent pochodzi już z innego obozu politycznego oraz z erozją zaufania wyborców do Platformy Obywatelskiej - argumentuje ekspert. - I to są warunki, które widocznie przerastają panią premier. Obecnie podstawową taktyką walki ze spadkami sondażowymi jest objazd  po Polsce, a drugą straszenie Prawem i Sprawiedliwością. Tylko że to drugie już po prostu nie działa, a to pierwsze jest mało skuteczne - dodaje.

Pod naciskiem Brukseli

Przysłowiową "czarę goryczy" przelał kryzys związany z falą uchodźców, z którym zmaga się Europa. - W tym przypadku również widać, że Polska nie ma pomysłu, jak rozwiązać problem kwot migracyjnych, czyli liczby uchodźców, którzy mieliby trafić do Polski. Z jednej strony rząd Platformy Obywatelskiej próbuje manewrować pomiędzy nastrojami społecznymi, które są raczej nieprzychylne tego typu rozwiązaniom, a naciskiem ze strony krajów europejskich, które dążą do narzucenia liczby migrantów - wskazuje politolog.

Przypadkowa lub wymuszona wewnętrznymi walkami w partii obsada ministerialnych stanowisk oraz nieprzystawalne do obecnych warunków i zmodyfikowane przez twardą rzeczywistością cele sprawiają, że przed Ewą Kopacz jak i samą Platformą rysują się niezbyt optymistyczne scenariusze.

"Ewa Kopacz nie dokonała niczego wybitnego"

- Rząd Ewy Kopacz został powołany do administrowania Polską, bez żadnych śmiałych reform. Głównym założeniem było doprowadzanie Platformy Obywatelskiej do zwycięstwa w wyborach parlamentarnych w 2015 roku lub też do uzyskania dobrego rezultatu w jesiennym starciu. Obydwa te cele zdają się być obecnie poza zasięgiem Ewy Kopacz. Być może jeszcze uda się zahamować spadek popularności PO, ale w obecnych warunkach może to okazać się trudne - wyjaśnia doktor Stach.

- Ewa Kopacz nie dokonała niczego wybitnego, bo jest po prostu premierem tymczasowym. Została Prezesem Rady Ministrów nie w związku z własnymi wybitnymi zdolnościami, tylko w związku z wyjazdem Donalda Tuska do Brukseli. To wywołało pewną polityczną próżnię, a wypełniła ją Ewa Kopacz, która do stanowiska premiera nigdy nie był predestynowana i to rzutuje na całość sprawowania przez nią tego urzędu - dodaje. 

Co dalej z PO? W grę wchodzą dwa scenariusze

Ekspert pytany o polityczną przyszłość Ewy Kopacz wskazuje na dwa możliwe warianty. Pierwszy, bardziej optymistyczny zakłada zminimalizowanie skutków przegranej Platformy Obywatelskiej. - Z punktu widzenia logiki wyborczej jest możliwe, że do  Sejmu dostaną się: PSL, SLD, Nowoczesna, Platforma Obywatelska i  Prawo Sprawiedliwość, ale to ostatnie z wynikiem nieco poniżej oczekiwań, który da mu zwycięstwo, ale nie zapewni mu większości. Wtedy może dojść do koalicji "wszyscy przeciwko Prawu i Sprawiedliwości". To jest opcja optymistyczna dla PO, która sprowadza się do tego, że PO uzyskałaby możliwie jak najlepszy wynik w wyborach, stanęła na czele takiej koalicji i o to premier Ewa Kopacz powinna walczyć - wskazuje.

Szans na oszałamiający sukces na horyzoncie jednak nie widać. - W Platformie obecne są wyraźne nastroje defetystyczne, kampania jest stosunkowo niemrawa i Platforma Obywatelska nie ma pomysłu na rosnące sondaże Prawa i Sprawiedliwości. Straszenie Jarosławem Kaczyńskim też  już się nie sprawdza - dodaje.

Przegrana w wyborach wiążę się z bardzo pesymistycznym dla Platformy Obywatelskiej scenariuszem, z jej rozkładem włącznie. - Jeżeli przegrana będzie wyraźna, najprawdopodobniej uaktywnią się środowiska, które będą się domagać rozliczenia winnych, a na ich czele może stanąć Grzegorz Schetyna. Może też dojść do dezintegracji partii politycznej. Obecnie spoiwem Platformy Obywatelskiej na pewno nie są idee, bo znajdziemy w  niej zarówno ludzi z lewicy, jak i kojarzonych z prawicą, jak sprzyjającego choćby Romana Giertycha czy będącego na listach Ludwika Dorna. Jedyną ideą Platformy jest obecnie władza i profity z niej płynące, co jest widoczne zwłaszcza na szczytach partyjnych władz. Na szczeblach lokalnych prezentuje się to trochę inaczej - wyjaśnia dr Stach.

- Platforma Obywatelska jest kompletnie nieprzygotowana do bycia w opozycji, dlatego należy spodziewać się także prób ucieczki części parlamentarzystów do przeciwnych obozów i nie można wykluczyć dezintegracji całej partii politycznej, choć jest to mało prawdopodobny scenariusz - dodaje.

Kopacz może podzielić los Komorowskiego

W obliczu przegranej w wyborach Ewa Kopacz może podzielić los Bronisława Komorowskiego i zniknąć z pierwszych partyjnych szeregów. - Bronisław Komorowski  z dnia na dzień praktycznie przestał się liczyć, niemalże zniknął. Prawdopodobnie nie zostanie nawet wystawiony do wyborów do Senatu. Podobny los może czekać Ewę Kopacz, która prawdopodobnie zdobędzie mandat poselski, bo jako "jedynka" w Warszawie może liczyć na poparcie, ale być może stanie się z dnia na dzień szeregowym posłem - wskazuje politolog.

- W sytuacji braku poparcia Donalda Tuska i po przegranych wyborach parlamentarnych, do głosu mogą dojść przeciwnicy obu tych postaci politycznych, którzy wykorzystają sytuację i spowodują, że  Ewa Kopacz popadnie w polityczną  niełaskę i dostanie mało znaczące stanowisko w partii - dodaje.

Tusk wiedział, jak przekuć porażkę w sukces

Ekspert pytany, czy Donald Tusk brał pod uwagę niekorzystny dla Platformy Obywatelskiej scenariusz, który wypełnia się właśnie na oczach wyborców wskazuje, że w grę wchodzą dwie możliwości. - Przewidział, że zbliżają się kryzysy i idą trudne czasy, dlatego będąc w Brukseli, może teraz odgrywać swoją rolę w stylu: "patrzcie, wystarczy, że was opuściłem, a już przegrywacie" - wyjaśnia dr Stach. Wtedy ma szanse na powrót w roli męża opatrznościowego PO.

Ekspert zaznacza jednak, że o wiele bardziej prawdopodobny jest druga opcja, która zakłada, że nie brał pod uwagę takiego rozwoju wydarzeń, a na Platformie zemściła się zasada partii wodzowskiej. - Gwałtowny spadek sondażowy, przegrane wybory prezydenckie, nieporadność wizerunkowa rządu i brak pomysłu na to, jak przekonać do siebie Polaków, to jest owoc ostatnich 7-8 miesięcy. Donald Tusk być może przewidział pewną erozję poparcia PO, ale nie spodziewał się, że ten proces zostanie tak szybko uruchomiony. W tym wypadku zadziałała zasada partii wodzowskiej. Donald Tusk był twarzą Platformy i jej lokomotywą. Potrafił minimalizować porażki partii i rządu, a wręcz przekuwać je w wizerunkowe sukcesy, będąc sprawnym medialnie politykiem.  Zaczęli go jednak otaczać ludzie, którzy byli względem niego lojalni, ale niekoniecznie przygotowani do sprawowania władzy. W momencie, kiedy odszedł, zostawiając PO w stosunkowo niezłej kondycji, nagle zabrakło wyrazistych liderów, którzy byliby w stanie tę partię poprowadzić do sukcesu lub też zminimalizować skutki niepowodzeń - wyjaśnia. 

Błyskawicznie roztrwoniony kapitał

- To prawdopodobnie było już poza zasięgiem Donalda Tuska. On zostawiając Platformę w dobrych warunkach,  oczekiwał, że jego następcy nie roztrwonią tego kapitału poparcia społecznego zbyt pochopnie. Okazało się, że jednak roztrwonili go lub w wyraźnym stopniu zerodowali - dodaje.

Koniec końców stało się to, czego jesteśmy obecnie świadkami, a Platforma chwytając się starych sposobów, zamiast zyskiwać w oczach wyborców, jak na razie tylko traci.  - Widać, że Platforma może tylko liczyć na eksponowanie wypowiedzi prezesa Prawa i Sprawiedliwości. Sondaże wskazują, jednak, że pokazywanie Jarosława Kaczyńskiego w roli "demona" zamiast Platformę wzmacniać, tylko ją osłabia. Bo słowa prezesa - mimo że radykalne, jak choćby te o uchodźcach -  trafiają w oczekiwania sporej części Polaków - argumentuje politolog.

- To dowód na brak pomysłu na przeciwstawienie się ofensywie Prawa i Sprawiedliwości. PO nie wie też, jak zniwelować efekty porażki prezydenckiej, bo atakowanie obecnego prezydenta nie przynosi żadnych sondażowych zwyżek, a prowadzi wręcz do tego, że Polacy, którzy uważają, że politycy powinni przestać się kłócić, patrzą na tego typu kroki dość sceptycznie - dodaje. 

Będzie "polowanie na czarownice"?

Piłka wciąż jest w grze i trudno ze stuprocentową pewnością wskazywać zwycięzców jesiennego starcia. Temperatura sporu cały czas rośnie, bo stawka jest wysoka, a Platforma za porażkę może słono zapłacić. - Dużo zależy od wyniku wyborczego Platformy.  Jeżeli okaże się mocny, to być może nie będzie jakichś gwałtownych przetasowań, ale jeżeli porażka będzie wyraźna, to możemy się spodziewać, że polecą głowy i zacznie się przysłowiowe "polowanie na czarownice", które zawiniły lub które będzie można oskarżyć o spowodowanie klęski - puentuje ekspert.  

Więcej newsów znajdziesz
w aplikacji INTERIA
Pobierz aplikację
Wasze komentarze
No hate

Dodawanie komentarzy pod tym artykułem zostało wyłączone

Grupa Interia.pl przeciwstawia się niestosownym, nasyconym nienawiścią komentarzom, niezależnie od wyrażanych poglądów. Jeśli widzisz komentarz w innych serwisach, który jest hejtem – wyślij nam zgłoszenie.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy