Reklama

Reklama

Prof. Ewa Marciniak: Te wybory będą opisywane w podręcznikach współczesnej historii

- Nie możemy niczego wnioskować na podstawie tak wyrównanych sondaży. Nawet w niedzielę późnym wieczorem wciąż możemy nie wiedzieć, jaki będzie wynik. Sondaże exit poll, a nawet late poll mogą wprowadzić nas w błąd – mówi prof. Ewa Marciniak z Uniwersytetu Warszawskiego. W rozmowie z Interią wskazuje też, że zarówno Andrzej Duda, jak i Rafał Trzaskowski będą opisywani w podręcznikach współczesnej historii. - Niestety, zapiszą się na ich kartach jako bohaterowi negatywni – podkreśla politolog.

Justyna Mastalerz, Interia: Walka o fotel prezydencki jest wyrównana do samego końca. Niemal we wszystkich ostatnich sondażach Andrzej Duda i Rafał Trzaskowski idą łeb w łeb. Wierzyć sondażom czy nie?

Reklama

Prof. Ewa Marciniak, politolog z Uniwersytetu Warszawskiego: - Nie wierzyć. Jeśli sondaże są wyrównane, czyli jeden kandydat ma 47 proc., a drugi 46 proc., to błąd statystyczny przy takich pomiarach wynosi 3 pkt. proc. Dopiero, jeśli sondaż wskazuje różnicę około 6 pkt. proc., możemy diagnozować realną przewagę. W sytuacji, z którą mamy do czynienia teraz, przewaga jest wyłącznie psychologiczna. 

To sygnał mobilizacyjny dla obu elektoratów?

- Nawet 1 pkt proc. różnicy może zmotywować zarówno wyborców Rafała Trzaskowskiego, jak i Andrzeja Dudy. Nie możemy wnioskować o zwycięstwie na podstawie tak wyrównanych sondaży, bo one nie pełnią funkcji informacyjnej, ale w bardzo dużym stopniu właśnie mobilizacyjną. 

Wszystko może rozegrać się w ostatnich godzinach przed ciszą wyborczą?

- W tych wyborach akurat jest tak, że nawet w niedzielę wieczorem, o godz. 23.00, możemy jeszcze nie wiedzieć, jaki będzie wynik. 

Sondaże exit poll mogą być mocno niedoszacowane?

- Sondaże exit poll, a nawet late poll mogą wprowadzić nas w błąd, podobnie jak było w starciu Aleksander Kwaśniewski - Lech Wałęsa. Wieczorem zwycięzcą tych wyborów był Wałęsa, a rano obudziliśmy się z prezydentem Kwaśniewskim. Mamy do czynienia z sytuacją, która doskonale pokazuje, jak bardzo podzielone są sympatie polityczne: dokładnie pół na pół.

Kto ma jeszcze szanse na przyciągnięcie tych, którzy nie interesują się polityką i tych, którzy nie głosowali w I turze?

- Tutaj mamy dwa aspekty. Na pytanie, kto ma szanse przyciągnąć wyborców niezdecydowanych, nie interesujących się polityką, odpowiadam: Rafał Trzaskowski. Na pytanie, kto ma większe szanse zmobilizowania swoich sympatyków, odpowiadam: Andrzej Duda. Nie wszyscy wyborcy ubiegającego się o reelekcję prezydenta poszli do urn w pierwszej turze, dlatego Andrzej Duda może jeszcze zdobyć kilkaset tysięcy głosów wśród elektoratu prawicowego. Ma tam duże szanse mobilizacyjne. Natomiast jeśli chodzi elektorat niezdecydowany, to bardziej uniwersalne hasła i przekazy wygłasza Rafał Trzaskowski.

Który z kandydatów popełnił w tej kampanii więcej błędów?

- Powiedziałabym, że błędy w tej kampanii rozkładają się po równo. Ewidentny błąd prezydenta Andrzeja Dudy to tematyka LGBT, która już wcześniej się pojawiła. Teraz wraca w postaci "karty LGBT" i powtarzaniem, że Rafał Trzaskowski wprowadzi ją w całym kraju. Oczywiście, prezydent nie ma takich uprawnień - może być to inicjatywa prezydencka, ale potrzeba do niej większości parlamentarnej, której  - jak wiadomo - Trzaskowski nie ma. Drugi błąd Andrzeja Dudy, którego konsekwencje odczuwamy już dzisiaj, ale będą one widoczne też w przyszłości, to obciążanie niemieckich mediów i mówienie, że "Niemcy wybierają nam prezydenta". W takim geopolitycznym położeniu nawet kampania wyborcza i związana z nią retoryka nie uprawniają urzędującej głowy państwa do podobnych komunikatów.

A jakie błędy popełnił kandydat Koalicji Obywatelskiej?

- Ewidentny błąd Rafała Trzaskowskiego to luki w pamięci, jeśli chodzi o jego polityczną biografię. Zapomniał, że był posłem. Co prawda krótko, ale jednak w karierze politycznej fakt bycia reprezentantem narodu jest na tyle ważny, że dziwię się, iż umknęło to jego pamięci. Uważam, że nadmiernie wykorzystywał też krytykę PiS i Andrzeja Dudy. Na początku budował na tym swój wizerunek i poparcie, bo musiał wykorzystywać różnice między sobą, a obecnym prezydentem. Jednak z czasem stało się to konwencją "zdartej płyty". Było tego za dużo, ludzie osłuchali się z tym na tyle, że pod koniec kampanii mają już poczucie przesytu i niechęci. Natomiast w jego wypowiedziach zauważam też dużą uniwersalizację, co może działać na jego korzyść. W trakcie kampanii jeździł do małych miast, żeby pokazać się nie jako wielkomiejski polityk czy salonowiec, ale kandydat "zwykłych ludzi". Pokazywał, że bez względu na to, gdzie mieszkasz - masz podobne problemy.

W tej kampanii w oczy rzuca się jeszcze jedna istotna różnica - aktywność kandydatek do roli Pierwszej Damy.

- To jeszcze jeden błąd, którego nie wymieniłam u ubiegającego się o reelekcję prezydenta. Zarówno Agata Kornhauser-Duda, jak i Małgorzata Trzaskowska są atutami obu kandydatów. Mogą mówić o sprawach, które oni pomijają, adresować komunikaty na przykład do kobiet i mobilizować je do głosowania. Robi to Małgorzata Trzaskowska, natomiast fakt, że Agata Duda nie jest w żaden sposób zaangażowana w kampanię, to oczywisty błąd. Mogłaby przecież przyciągnąć kilkadziesiąt, a nawet kilkaset tysięcy wyborców czy wyborczyń. Byłoby to ważne wsparcie dla Andrzeja Dudy, bo - jak mówiłyśmy na początku - w tych wyborach wciąż nic nie jest rozstrzygnięte i prawdopodobnie nie będzie nawet w wieczór wyborczy. 

Jakiego zatem wyniku możemy się spodziewać?

- Przewiduję zwycięstwo prezydenta Andrzeja Dudy, ale będzie ono niewielkie i poznamy je dopiero z oficjalnymi wynikami Państwowej Komisji Wyborczej. Absolutnie nie opierałabym na exit pollach, a nawet late pollach wnioskowań co do tego, kto wygra.

W ostatnich dwóch tygodniach wydarzyła się też rzecz bez precedensu - debata prezydencka, a raczej jej brak. Czegoś takiego w historii jeszcze nie doświadczyliśmy.

- Tak, pierwszy raz w historii polskiej demokracji nie ma przed drugą turą wyborów debaty kandydatów na prezydenta. To bardzo istotny błąd i Andrzeja Dudy, i Rafała Trzaskowskiego, bo przecież popełnili go obaj. Nawet ludzie pochodzący z dwóch naprawdę odległych politycznych światów -  Aleksander Kwaśniewski i Lech Wałęsa - debatowali ze sobą w 1995 roku. Była to emocjonalna debata - jak pamiętamy - ze słynnym "podaniem nogi". Dzisiaj kandydaci też są z dwóch różnych politycznych światów, jesteśmy w Polsce demokratycznej, ale kandydaci nie stanęli ze sobą twarzą w twarz.

Jak wiele mówi to o dzisiejszej polskiej scenie politycznej?

- To mówi przede wszystkim o głębokim podziale wśród polityków. Oni stykają się przecież w parlamencie, więc mają za sobą "trening" rozmowy z kimś, kto jest ideologicznie odległy i doświadczenie współpracy z osobami z różnych opcji politycznych. Ta debata byłaby prawdziwą lekcją demokracji. Lekcją dla obywateli, która pokazałaby społeczeństwu: mimo że się różnimy, możemy ze sobą rozmawiać. Kandydaci pokazali natomiast, że różnica między nimi jest tak głęboka, że uniemożliwia normalną rozmowę. To najbardziej przykra i niepokojąca konstatacja tych wyborów. W każdym demokratycznym państwie debata kandydatów na prezydenta się odbywa, nawet, jeśli poziom konfliktu politycznego jest porównywalny do tego, który mamy w Polsce. Jestem pewna, że brak tej debaty będzie opisywany w podręcznikach współczesnej historii i wiedzy o społeczeństwie. I obaj kandydaci, niestety, zapiszą się na ich kartach jako bohaterowi negatywni.

Więcej newsów znajdziesz
w aplikacji INTERIA
Pobierz aplikację

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje