Reklama

Reklama

Sondaże nie dają rozstrzygnięcia. Wynik wyborów do końca niepewny

Z sondaży przed drugą turą wyborów prezydenckich niewiele możemy odczytać. Stają się bezużyteczne w sytuacji, w której odstęp między kandydatami jest tak mały. Wszystko wskazuje na to, że również sondaż exit poll, choć dokładniejszy niż zwykłe sondaże, nie będzie w stanie jednoznacznie wskazać zwycięzcy - mówi w rozmowie z Interią dr Adam Gendźwiłł, politolog z Uniwersytetu Warszawskiego i ekspert Fundacji Batorego.

Aleksandra Gieracka, Interia: Za kilka godzin finał kampanii przed drugą turą wyborów prezydenckich. Na ostatniej prostej w sondażach Andrzej Duda i Rafał Trzaskowski idą łeb w łeb. Co możemy z nich wywnioskować?     

Dr Adam Gendźwiłł: - Cały problem polega na tym, że niewiele możemy z nich odczytać. Sondaże stają się bezużyteczne w sytuacji, w której odstęp między kandydatami jest tak mały. W klasycznym sondażu, na około 1000-osobowej próbie, błąd oszacowania wynikający z prawideł statystyki wynosi trzy punkty procentowe, a pewnie jest większy ze względu na dodatkowe błędy pomiaru - liczy się to, w jaki sposób sondaż jest realizowany, do jakich respondentów nie udaje się dotrzeć, kto odmawia odpowiedzi. Przy takim założeniu różnice między kandydatami poniżej pół punktu procentowego wskazują na to, że tak naprawdę nie wiadomo, kto zwycięży.     

Tak samo będzie w wieczór wyborczy? Sondaż exit poll też nie da odpowiedzi, kto zwyciężył, a na rozstrzygnięcie pojedynku będziemy musieli czekać do momentu ogłoszenia oficjalnych wyników przez PKW?    

- Wszystko wskazuje na to, że również sondaż exit poll, choć dokładniejszy niż zwykłe sondaże, nie będzie w stanie jednoznacznie wskazać zwycięzcy. W tym sensie piłka cały czas jest w grze - nie sposób przewidzieć wyniku.     

Który kandydat na tym etapie może czuć się pewniej?      

- W przypadku Rafała Trzaskowskiego zasadniczym problemem jest to, że musi zmobilizować bardzo zróżnicowany elektorat, nieprzekonany jednoznacznie do jego kandydatury i w dużej mierze głosujący przeciwko Andrzejowi Dudzie. I to jest dosyć trudne, bo taka motywacja jest niepewna. Andrzej Duda ma dużo bardziej zdyscyplinowany i homogeniczny, jednorodny elektorat, który już nieraz pokazywał, że jest w stanie się zmobilizować w powszechnych wyborach. Ale jest też pewien pułap, powyżej którego bardzo trudno jest przeskoczyć. Wszystko wskazuje na to, że prezydentowi nie udało się znacząco poszerzyć grupy zwolenników. Dotychczasowe wybory pokazywały, że kandydat, który ubiegał się o reelekcję, nie ma wcale tak łatwo i w sytuacji, w której polaryzacja polityczna jest taka duża, to jego los - pomimo tego że ma przecież przewagę urzędowania - jest niepewny.     

Co zdecyduje o wyniku?    

- Dużo będzie zależało od mobilizacji wyborców.    

Jakiej spodziewa się pan frekwencji?     

- Co najmniej takiej, jak w pierwszej turze, być może minimalnie wyższej. Generalnie dawno nie widzieliśmy takiego poziomu uczestnictwa wyborczego. Tylko w wyborach prezydenckich w 1995 r., gdzie w drugiej turze był wybór między Wałęsą a Kwaśniewskim, była podobnie wysoka frekwencja. Wówczas wybór był przedstawiany w kategoriach naprawdę fundamentalnych, mobilizacja elektoratu po pierwszych latach rozczarowania transformacją ustrojową była naprawdę spora. Można powiedzieć, że teraz również mamy podobnie przełomowy moment - i zapewne osiągamy pułap mobilizacji.     

Pojawiają się obawy, że część wyborców może machnąć ręką na drugą turę wyborów i pojechać na wakacje.     

- Ale pamiętajmy, że mamy bardzo dziwny rok. Po pierwsze, już ćwiczyliśmy wcześniej wybory na początku lipca - w 2010 r. Wtedy w drugiej turze frekwencja minimalnie wzrosła w porównaniu z pierwszą turą. A po drugie, ten sezon urlopowy też jest dziwny, bo jednak ze względu na pandemię i obostrzenia wiele osób zostało w domach, wypoczywa gdzieś w Polsce, albo ma ograniczone urlopy. Zobaczymy, jak będzie. Wszystko wskazuje na to, że niewielki margines głosów zdecyduje o tym, kto będzie zwycięzcą. W tym sensie można powiedzieć - choć to banał, ale te wybory doskonale go ilustrują -  że każdy głos się liczy. Perspektywa tego, że nie wiadomo, kto wygra, powinna zachęcać wyborców do tego, żeby jednak poszli i zdecydowali się na któregoś z dwóch kandydatów.     

Reklama

Wielu ekspertów wskazuje, że o wyniku wyborów mogą zdecydować "nowi wyborcy", którzy nie głosowali w pierwszej turze. Ilu ich może przybyć?    

- Nie wydaje mi się, że będzie ich bardzo dużo. Nie liczyłbym na wzrost frekwencji między pierwszą a drugą turą taki jak w 2015 r., wtedy frekwencja podskoczyła aż o 6 punktów procentowych. Pamiętajmy też, że między pierwszą a drugą turą część wyborców się zdemobilizuje. Dojdzie do takiej wymiany, której bilans zapewne będzie delikatnie "na plus". Badania pokazują, że część elektoratu Krzysztofa Bosaka, i mniejsza, ale istotna część elektoratu Szymona Hołowni - nie wybierze żadnego z dwóch kandydatów. Albo przynajmniej w sondażach mówi, że nie jest zdecydowana, więc albo ostatecznie nie pójdzie w ogóle głosować albo odda głos nieważny. Myślę, że dodatkowym czynnikiem, który może zachęcać osoby, które nie poszły do głosowania wcześniej, jest też to, że to ostatnia szansa głosowania przez najbliższe trzy lata - potem nie mamy zaplanowanych żadnych powszechnych wyborów. Jeśli ktoś rzeczywiście ma wyrobioną opinię na temat tego, w jakim kierunku zmierza polska polityka, to to jest w zasadzie ostatnia szansa, żeby się na ten temat wypowiedzieć. Dwóch kandydatów to może być niezadowalające pole manewru, ale innego nie mamy, demokracja czasem podsuwa nam takie wybory.    

Działania mobilizacyjne Dudy i Trzaskowskiego w końcówce kampanii zachęcają do oddania głosu? Jak pan je ocenia?    

- One są skierowane na to, żeby poszerzyć elektorat, który głosował w pierwszej turze. Andrzej Duda postawił na to, żeby przyciągnąć do siebie jak największą część wyborców Krzysztofa Bosaka, a także żeby zmobilizować starszych wyborców, którzy relatywnie rzadziej głosowali. Natomiast u Rafała Trzaskowskiego to jest w jakiejś mierze mobilizacja negatywna tych wszystkich, którzy są przeciwko trwającym od 2015 r. rządom PiS-u. Wydaje mi się, że w obecnej sytuacji dynamika kampanii tylko dodatkowo podkręca polaryzację polityczną - kandydaci raczej są okopani na swoich pozycjach i pielęgnują ten stan "prawie remisu".    

Między pierwszą a drugą turą dostrzegł pan jakiś ruch kandydatów, który mógłby zaważyć na ostatecznym rozstrzygnięciu?     

-  Nie było, przynajmniej ja nie widzę żadnego przełomowego momentu, który zmieniłby reguły gry, przyczyniłby się do masowej zmiany preferencji. Ogromna szkoda, że nie odbyła się otwarta debata pomiędzy kandydatami. To jest smutna ilustracja tego, co się dzieje z naszym państwem, duża strata dla demokracji, i ogromny błąd, popełniony właściwie przez obu kandydatów. W tej sytuacji nie dość, że mieliśmy wojnę pozycyjną, to jeszcze na odległość.    

Więcej newsów znajdziesz
w aplikacji INTERIA
Pobierz aplikację

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje