Prof. Piasecki: Warszawa i Łódź to dwie wielkie sensacje

- Warszawa i Łódź to dwie wielkie sensacje. To sukcesy nie partii politycznych, ale osobowości. Jeśli 70 proc. dla Zdanowskiej się potwierdzi, to nie jest to tylko jej pewne zwycięstwo, ale też pewna pozycja wobec rządu – komentuje wyniki wyborów prof. Andrzej Piasecki z Uniwersytetu Pedagogicznego w Krakowie.

Z całą pewnością głównym wydarzeniem wyborów samorządowych jest zwycięstwo Rafała Trzaskowskiego na prezydenta Warszawy już w pierwszej turze. Kandydat Koalicji Obywatelskiej w pokonanym polu pozostawił Patryka Jakiego z Prawa i Sprawiedliwości.

Reklama

- Zdecydował strach przed PiS-em, bo Warszawa to miasto biurokratyczne, bardziej liberalne. Kolejne wybory pokazują, że ludzie nie chcą radykałów, showmanów jak Patryk Jaki. Jego ostra i widowiskowa kampania powinna być wskazówką, że trudno warszawiaków nabrać. PiS popełnił błąd wystawiając tego kandydata. Dla niego samego była to promocja, ale dla partii niekoniecznie. Inny kandydat miałby większe szanse - ocenił w rozmowie z Interią prof. Andrzej Piasecki.

Wyniki exit poll wskazują, że wybory do sejmików wygrało PiS, które uzyskało 32,3 proc. głosów. Drugie miejsce zajęła KO (24,7 proc.), a trzecie PSL (16,6 proc.).

"PiS nie odbił wsi PSL-owi"

- Jeśli popatrzymy na wcześniejsze sondaże, to PiS uzyskał dolną strefę stanów średnich, bo chyba żaden sondaż nie dawał im poniżej 35 proc. Nie powiedziałbym, że to zwycięstwo tej partii, patrząc na jej możliwości. To względny sukces. Wynik Koalicji Obywatelskiej to stabilizacja. O sukcesie i porażce nie można tu mówić. Tym bardziej, że PSL zachował swoje możliwości. Wynik PSL pokazuje, że PiS-owi nie udało się odbić wsi. To nadal bastion ludowców. Pod tym względem sukces PSL jest bardziej porażką PiS-u, ale też daje więcej opcji Platformie. Nie zdziwiłbym się, gdyby w sejmikach zostałaby odtworzona dawna koalicja. PiS, mimo wielkiego zwycięstwa, które odtrąbił Kaczyński, po prostu może nie przejąć władzy w sejmikach. A przecież nie chodzi o wynik wyborów, a o to, kto przejmie władzę - podkreśla Piasecki.

Profesor UP zwraca też uwagę na ciekawą sytuację w trzech dużych miastach. W Gdańsku, gdzie liczyło się trzech kandydatów, w Lublinie, gdzie tuż przed wyborami prezydent miasta zagrał va banque, a także Krakowie, gdzie o piątą kadencję walczy Jacek Majchrowski.

Gdańsk

W Gdańsku w II turze obecny prezydent Paweł Adamowicz zmierzy się z Kacprem Płażyńskim z PiS. Trzecie miejsce zajął Jarosław Wałęsa z Koalicji Obywatelskiej, który okazał się jednym z największych przegranych tych wyborów.

- Jestem zaskoczony wynikami w Gdańsku. Siła prezydenta Adamowicza, uwikłanego w największą liczbę zarzutów, które stawiano różnym prezydentom polskich miast, pokazuje, że prezydenci zawsze, w każdym mieście, startują z pozycji faworyta. Jarosław Wałęsa odpadł, bo nazwisko prezydenta zrobiło swoje. Wałęsa zapłacił jakąś cenę za czarny PR, jaki wytworzył się wokół Lecha Wałęsy - komentuje Piasecki.

Lublin

Ciekawa sytuacja miała miejsce w Lublinie, bo tuż przed wyborami prezydent miasta Krzysztof Żuk zakazał tam Marszu Równości. Wydawało się, że zagrał va banque i może albo wiele zyskać, albo wiele stracić. Okazało się, że wygrał już w pierwszej turze.

- Elektorat organizatorów Marszu Równości jest bardzo wąziutki, choć wyrazisty. Jest widoczny, bo w polskich miastach robi się bardziej kolorowo. Byłoby dobrze, żeby prezydent tę lekcję sobie zapamiętał, że trzeba się liczyć z tą mniejszością. Jakość demokracji poznaje się po stosunku do mniejszości. Natomiast 60 proc. to miażdżąca przewaga. 33,6 proc. kandydata PiS to, jak na takie miasto jak Lublin, mało - ocenia Piasecki.

Kraków

Trzecia ciekawa batalia miała miejsce w Krakowie, choć akurat tutaj obyło się bez niespodzianek. W drugiej turze spotkają się urzędujący prezydent Jacek Majchrowski i Małgorzata Wassermann z PiS.

- Patrząc na wyniki w pierwszej turze można powiedzieć językiem studenckim, że chyba jest "pozamiatane". W skrajnym przypadku może się jedynie stać, że elektorat Majchrowskiego, przekonany o jego pewnym zwycięstwie, nie pójdzie do wyborów. Ciekawie będzie wyglądała natomiast walka o głosy tych, którzy w pierwszej turze wybrali innych kandydatów, a w Krakowie to aż 25 proc. wyborców - zauważa nasz ekspert.

- Dla wszystkich obserwatorów frekwencja jest najbardziej optymistyczną informacją. Pokazuje, że Polacy znają wagę swojego głosu. Że trzy lata bez wyborów trochę nas "wypuściło" i wciąż chcemy chodzić do urn. Oby się ta tendencja utrzymała, bo pokazuje, że polityka nas po prostu interesuje - kończy prof. Piasecki.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL