"Economist": NATO musi potwierdzić zasadę "wszyscy za jednego"

Sojusz Północnoatlantycki musi rozwiać wszelkie wątpliwości, że niekoniecznie stanąłby w obronie swojej wschodniej flanki i potwierdzić gwarancje bezpieczeństwa dla państw bałtyckich - głosi komentarz opublikowany w sobotę w tygodniku "The Economist".

Według niego aneksja Krymu jest porażającym scenariuszem dla Litwy, Łotwy i Estonii - członków NATO od 2004 roku. Estonia i Łotwa mają rosyjskojęzyczne mniejszości takiego rodzaju jak ta "ochroniona" przez Władimira Putina na ukraińskim Krymie, a Litwa oddziela Federację Rosyjską od obwodu kaliningradzkiego.

Reklama

Wszystkie trzy poradzieckie państwa nadbałtyckie obawiają się, że Zachód może ich nie obronić. Takich obaw "Economist" nie uznaje za bezpodstawne wskazując, że "na długo przed aneksją Krymu zachodnioeuropejscy członkowie NATO puszczali mimo uszu ostrzeżenia rządów na wschód od Odry, że Rosja wciąż stanowi zagrożenie. NATO zrezygnowało z opracowania awaryjnych planów na wypadek rosyjskiego ataku na byłych wasali oraz z przeprowadzania ćwiczeń demonstrujących, iż wie jak bronić Wschodu".

"Dlatego lepiej podjąć działania teraz tak, by Putin zrozumiał, że podsycając problemy (w państwach bałtyckich - PAP) niczego by nie zyskał" - napisano w komentarzu redakcyjnym.

Brytyjski tygodnik zauważa, że nawet dziś w przyjętych do NATO dawnych państwach postkomunistycznych stacjonuje tylko 136 spośród 66 217 stacjonujących w Europie amerykańskich żołnierzy. Tymczasem "Zachód powinien zdecydowanie umocnić gotowość NATO do własnej obrony i dać jasno do zrozumienia, że wszyscy jego członkowie korzystają z pełnej ochrony. W szczególności oznacza to, że inne państwa członkowskie NATO powinny wysłać przynajmniej niewielką liczbę żołnierzy, pocisków rakietowych i samolotów do państw bałtyckich (lub do sąsiedniej Polski) i wyraźne stwierdzić, że w razie dalszej agresji ze strony Władimira Putina skierowane tam zostaną większe siły".

"Economist" obawia się, że ośmielony sukcesem na Krymie rosyjski prezydent zechce przetestować determinację Zachodu metodą faktów dokonanych, np. okupując zamieszkały przez etnicznych Rosjan fragment Łotwy lub tworząc korytarz przez Litwę do Kaliningradu. Za bardziej prawdopodobne uznaje to, że Putin może próbować destabilizować państwa bałtyckie aktami sabotażu na ich liniach kolejowych, zabijaniem Rosjan przez agentów prowokatorów, strajkami, protestami i skierowanymi w różne sfery gospodarki cyberatakami, co niekoniecznie musiałoby wywołać reakcję Zachodu.

Gdyby państwa bałtyckie zaczęły ulegać dezintegracji, możliwości wyboru byłyby dla Zachodu jeszcze mniej strawne niż dziś - zauważa "Economist". NATO musiałoby albo odstąpić od zasady, że atak na jednego z członków jest atakiem przeciw wszystkim, albo wystąpić z reakcją na skalę jeszcze większą, co wywołałoby natychmiast groźbę eskalacji.

"Dlatego lepiej podjąć działania już dzisiaj, by Putin zrozumiał, że nic nie zyska na podsycaniu problemów" - podkreśla tygodnik. Jego zdaniem, NATO powinno organizować więcej ćwiczeń w Europie Wschodniej oraz wzmocnić tam systemy obrony przeciwlotniczej i cybernetycznej.

Dowiedz się więcej na temat: NATO

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje