Maliszewski: Konflikt na Krymie ma bardzo silny wymiar propagandowy

Pamiętajmy, że wojna to nie tylko działanie militarne, ogromne znaczenie mają też działania propagandowe - podkreśla w rozmowie z INTERIA.PL dr hab. Norbert Maliszewski z Uniwersytetu Warszawskiego, specjalizujący się w tematyce marketingu politycznego. I to właśnie działania propagandowe odgrywają, jego zdaniem, decydujące znaczenie w "pełzającym konflikcie" na Ukrainie.

Mateusz Lubiński: - Jakie są pana zdaniem najciekawsze aspekty tej wojny, którą mamy teraz na Krymie, z punktu widzenia specjalisty od marketingu politycznego?

Reklama

Norbert Maliszewski: - Ten konflikt ma bardzo silny charakter propagandowy. Od samego początku prezydent Rosji Władimir Putin stosuje technikę dobrze znaną z podręczników propagandzisty, którą nazywa się "drzwiami w twarz". Polega to na tym, że stara się jak najwięcej osiągnąć do momentu, w którym uzyska stanowczą odpowiedź.

- Wtedy będzie pora na rozmowę, ale już w sytuacji faktów dokonanych. Aneksja Krymu przy braku sankcji - to byłby przejaw skuteczności tej techniki.

- Mamy przy tym klasyczne strategie dezinformacji. Tajemnicą poliszynela jest to, że na Krymie działają wojska rosyjskie; tajemnicą poliszynela jest to, że różnego rodzaju manifestacje na wschodniej Ukrainie są inspirowane z zewnątrz. Otrzymujemy jednak inne komunikaty ze strony rosyjskiej.

- Po drugie, mamy tworzenie tzw. huśtawki emocji. Na przykład premier Miedwiediew rozmawia z premierem Jaceniukiem, w sposób który powoduje, że Jaceniuk ma wrażenie, że jakieś porozumienie jest możliwe, a równocześnie jednostki ukraińskie obecne na Krymie dostają "ostateczne ultimatum". I tak się dzieje co chwila.

- Tak działała propaganda czasów Hitlera we Francji. Gdy Niemcy zajmowali Francję, wysyłano sprzeczne komunikaty - były informacje i pozytywne, i negatywne. A ta huśtawka emocji powodowała, że ludzie nie wiedzieli, co myśleć. Byli bardziej ulegli, zdezorientowani i skłonni do poszukiwania rozwiązań kompromisowych. Obudzili się w kraju okupowanym przez nazistowskie Niemcy.

- Trzeci mechanizm, z jakim mamy do czynienia, to już działanie na rynek wewnętrzny Federacji Rosyjskiej i skierowane konkretnie do Rosjan żyjących na Krymie oraz we wschodniej części Ukrainy. Wszystko jest przedstawiane w biało-czarnych kolorach, na zasadzie silnej opozycji. Rzekomo mamy do czynienia z walką dobra ze złem.

- Dobry jest Putin, który oswobadza Rosjan. Te konferencje Putina, które powodowały, że w Polsce mieliśmy poczucie, iż stracił kontakt z rzeczywistością, to była produkcja na rynek wewnętrzny. Były to komunikaty kierowane do Rosjan i przede wszystkim na Krym: Jest zagrożenie, są źli ludzie z Kijowa, którzy są niebezpieczni, a my stajemy z wami po dobrej stronie.

- To druga strona jest tym złym, przewrót ukraiński był faszystowski, a rząd po Majdanie to faszyści - to się sprzedaje. I to w jakiś sposób działa, bo sondaże w Rosji wykazują teraz rekordowe poparcie dla Putina.

- Cały ten mechanizm widać dobrze na tym plakacie przed referendum na Krymie, gdzie z jednej strony mamy Rosję a z drugiej - swastykę. I mówi się ludziom: wybierajcie.

Wypieranie się działań własnych żołnierzy na zmasowaną skalę to chyba jednak jest na tym polu pewna nowość?

Trochę się od tego odzwyczailiśmy, ale to są wzorce zimnowojenne, sowieckie. Cały aparat podporządkowany jest tutaj sprzedawaniu jednej wizji świata. To jest aparat urzędniczy, ale także gigantyczna machina medialna, kreująca czarno-biały obraz świata.

Pamiętajmy, że konflikt będzie długotrwały, a ten kryzys będzie powodować coraz większe trudności ekonomiczne w Rosji. Putin przygotowuje się na zaciskanie pasa. Ludzie muszą więc mieć jasny przekaz: Jest źle, ale jesteśmy po dobrej stronie.

Mamy rosyjskie telewizje państwowe, które od początku nazywają osoby protestujące na Majdanie faszystami (a były to przecież protesty motywowane głównie odmową przez Janukowycza podpisania umowy stowarzyszeniowej z Unią Europejską) i twierdzące, że wobec tego zagrożeni są na Ukrainie Rosjanie (choć ze świecą szukać potwierdzonych ataków na ludność rosyjską czy inne mniejszości). Wszyscy nadają ten sam przekaz, trochę odróżnia się w tym tłumie anglojęzyczna, ale też putinowska, "Russia Today"...

- Na pierwszy rzut oka wydaje się, że są takie wyjątki jak "Russia Today", co obrazują przykłady dziennikarek, które mówią na antenie, że nie mogą w tej propagandzie uczestniczyć. Ale to też może być zabieg tej samej natury. RT jest kierowana do opinii publicznej nie w Rosji, tylko w USA i w Europie.

- Żeby zyskać wiarygodność, trzeba przedstawić swoich dziennikarzy jako krytycznych wobec Kremla, a przemycać równocześnie obraz korzystny dla Putina. Chociażby, żeby podać przykład pierwszy z brzegu: RT prezentowała już od jakiegoś czasu Krym jako od zawsze rosyjski.

"Russia Today" po inwazji na Krym daje na przykład na wizji proputinowski komentarz z zupełnie nieznanego pisma polskiego, o którym nikt do tej pory nie słyszał, na równi z komentarzami "Die Welt" i "Financial Times", a jako ekspert z Polski wypowiada się tam polityk skazanej na margines polityczny Samoobrony.

- Jeśli chodzi o posługiwanie się skompromitowanymi postaciami, to pamiętajmy, że jest coś takiego, jak efekt bumerangowy. Najpierw informacja dociera do różnego rodzaju odbiorców, na których zależy propagandzistom, później jest reakcja i ludzie rozpoznają, że to nie jest prawda, ale bumerangiem powraca oskarżenie i w nie wierzą już osoby niezdecydowane czy przychylne propagandzie.

- To może być skuteczne na potrzeby dobrego samopoczucia rosyjskiego społeczeństwa, albo jako pożywka dla takich polityków, którzy uznają, że sankcje, które należałoby wprowadzić, uderzają w ich własne cele ekonomiczne.

Czy zgodziłby się pan ze stwierdzeniem, że zanim się powieli informację podawaną przez rosyjskie media powinno się w obecnej sytuacji co najmniej dwa razy zastanowić?

- Wydaję się, jak się ocenia fakty, które miały miejsce na Ukrainie i zestawia je z tym przekazem, który płynie z rosyjskich, putinowskich mediów, to prawdopodobna jest teza, że te media biorą udział w wojennych działaniach propagandowych.

Skoro mamy do czynienia ze zmasowaną wojną propagandową, a Putin i za nim putinowskie media coraz bardziej posuwają się w zaostrzaniu oskarżeń Polaków o sterowanie przewrotem majdanowym, to co będzie dalej, jak daleko mogą posunąć się w atakach na Polaków i Polskę?

- Wiadomo, że na arenie międzynarodowej Polska jest ze względu na bliskość historyczną i geograficzną ambasadorem zmian na Ukrainie.  Mamy żywotny interes, aby nasz sąsiad był państwem silnym i niezależnym, żeby był buforem oddzielającym nas od potencjalnych zagrożeń.

- Putinowska wojna propagandowa ma więc w Polsce przeciwnika.

- Sposobem na poradzenie sobie z takim przeciwnikiem jest określić go jako radykała, rusofoba; nadać mu taką motywację, która by sprawiała, że głos Polaków przestanie się liczyć, bo będzie miało wiarygodny. Dlatego nawoływania, żeby tworzyć koalicję, żebyśmy nie byli jako Polacy jedynym rzecznikiem sankcji dla Rosji, są jak najbardziej w tym kontekście wskazane.

- Musimy pamiętać, że są też rozgrywki krajowe. Platforma przedstawia tę sytuacje jako silne zagrożenie, sprzyja to notowaniom PO i Tusk zdobywa zaufanie, co będzie zagrożeniem dla innych partii. Rzadki przykład konsensusu głównych sił politycznych może się wobec tego nie utrzymać.

- A w obecnej sytuacji w Polsce też trzeba dokonać różnego rodzaju działań, które z reguły są niepopularne. Łożyć ogromne środki na budżet militarny czy poprawiać bezpieczeństwo energetyczne przez większe nakłady np. na wydobywanie łupków, co niesie ze sobą z kolei problemy ekologiczne.

- Są partie, na przykład SLD Leszka Millera, które już zdają się wyłamywać z konsensusu i zaczynają grać na wykorzystanie lęku i frustracji charakterystycznych dla sytuacji kryzysowej.

- Rozgrywek jest sporo, trzeba odróżnić te kremlowskie, których celem jest agresja i dochodzi do kompletnego fałszowania faktów oraz mają w istocie charakter dezinformacyjny, od dyskusji w debacie o charakterze demokratycznym.

Putinowskie media i władze w kółko powtarzają, że na Ukrainie dochodzi do przewrotu o charakterze faszystowskim. Tymczasem to raczej w Rosji od wielu lat mamy do czynienia ze zmianami dotyczącymi ograniczania wolności wypowiedzi, zgromadzeń czy prasy, które można nazwać zmianami w kierunku autorytarnym. I to Rosja, gdy Putin wysyłał wojska na Krym, stała się tym krajem, który naruszył umowy międzynarodowe, ustalające porządek w Europie po 1989 roku.

Mamy też instytucjonalne uprawomocnianie prześladowania mniejszości, widoczne dobrze w przypadku wprowadzenia ustaw ograniczających prawa mniejszości seksualnych. Czy zgodziłby się pan ze stwierdzeniem, że jest to proces tworzenia wroga wewnętrznego i zewnętrznego w stylu charakterystycznym dla propagandy hitlerowskiej z lat trzydziestych?

- Na pewno mamy do czynienie z wizją czarno-białą i pozostawianiem wyboru w atmosferze wojennej konfrontacji: Jesteś z nami, albo jesteś przeciwko nam. Jeżeli przeciętny Rosjanin ma taki wybór, to woli się widzieć w gronie dumnych Rosjan marzących o powrocie do czasów imperialnej Rosji, zaczyna się opowiadać po stronie wodza narodu, widzieć świat w silnie spolaryzowanych czarno-białych barwach.

- W takim modelu musi też być wróg wewnętrzny, a stają się nim mniejszości. To jest słabość naszego umysłu, że tworzymy sobie takich wrogów. Jeśli chodzi o prześladowanie mniejszości, nie ma jeszcze zbrodni w sensie ścisłym, ale są różnego rodzaju zbrodnie umysłu.

Argumentem numer jeden za wejściem rosyjskich wojsk na Krym była konieczność obrony zagrożonego zdrowia i życia Rosjan, tymczasem ciężko jest odnaleźć na Ukrainie przypadki ataków powodowanych nienawiścią na gruncie narodowościowym po obaleniu Janukowycza. A z drugiej strony mamy oświadczenie MSZ rosyjskiego, które w sytuacji, gdy przebywa na Krymie już 20-30 tys. żołnierzy rosyjskich wyraża zdumienie, że to do niego obserwatorzy OBWE kierują apel o zapewnienie możliwości poruszania się po Krymie.

- To jest charakterystyczne wysyłanie sprzecznych komunikatów. Zauważmy, ze pojawiają się informacje o ruchach wojsk czy na przykład sugestie, że wojsko rosyjskie jest w stanie w ciągu kilku godzin zająć Kijów. Są manewry przy granicy ukraińskiej. Celem tego wszystkiego jest zastraszenie społeczeństwa.

- Pamiętajmy, że my postrzegamy generalnie przemiany po Majdanie jako pozytywne. Ale weźmy perspektywę ukraińską. Poparcie teraz jest duże, bo polała się krew, były ofiary. Społeczeństwo zobaczyło bezwzględność władzy i podległych jej służb. Pokazywano też arogancję tej władzy, jaskrawo przejawiającej się w przepychu nieprawdopodobnie luksusowych rezydencji. Gdy emocje opadną, to wschodnia część Ukrainy będzie jednak bardziej podatna na zabiegi propagandowe ze strony administracji rosyjskiej.

- Z perspektywy polskiej wygląda, że Janukowycz opowiada androny, że jest skończony. Ale służy to wszystko pokazaniu Rosjanom ze wschodu Ukrainy "innej opcji". Wybory prezydenckie będzie Janukowycz bojkotował, ale za jakiś czas może się pojawić ktoś inny powiązany z Kremlem i z tą częścią oligarchów, którzy mają silne związki biznesowe z Rosją.

- Buduje się więc pozycję odpowiednią dla takiego kandydata. To jest przygotowanie do długotrwałych działań osłabiających nową władzę, służących destabilizacji, dezinformacji, budowania huśtawek emocjonalnych w społeczeństwie. Wszystko po to, by skutecznie przeprowadzić przez wybory swojego kandydata w przyszłości.

MSZ Rosji wydało w zeszłym tygodniu oświadczenie o potępieniu zbrodni banderowców, w którym potępia się współpracę części tych środowisk z hitlerowcami w czasie II wojny światowej, nie ma nic jednak o sojuszu Hitlera ze Stalinem, a my oświadczenia prawdy o zbrodni katyńskiej raczej się w najbliższym czasie nie doczekamy...

- Tego typu oświadczenie wpisuje się w dyskurs, że obecne zmiany na Ukrainie przeprowadzone są przez nacjonalistów i morderców. Przypominane są najczarniejsze strony ukraińskiej historii, po to również, żeby przy okazji dzielić też polskie społeczeństwo.

- Prezes PiS Jarosław Kaczyński ma z tym problem tego rodzaju, że część jego elektoratu nie popiera władz na Majdanie, podzielając pogląd putinowskich mediów, że stoją za nim banderowcy. I to służy rozbijaniu polskiego  społeczeństwa, w którym gdzieś na chwilę główne siły znalazły wspólny język. A taka zgoda w Polsce nie jest na rękę Władimirowi Putinowi i kremlowskiej propagandzie.

Z kolei na początku tego tygodnia MSZ Rosji wydało oświadczenie potępiające krwawe zamieszki w Charkowie, których to zdarzeń najwyraźniej w ogóle nie było, bo nie informowały o tym żadne agencje ani lokalna prasa, nie ma zdjęć ani materiałów filmowych.

Czy wydawanie takich komunikatów, przez instytucję, która mimo wszystko miała do tej pory jakąś reputację międzynarodową, to jest wyraz tego, że na naszych oczach, jak twierdzi coraz więcej polityków i obserwatorów, formuje się groźny dla sąsiadów autorytarny ustrój?

- Pewna racja jest w tym, że Rosja łamie teraz umowy międzynarodowe. Ale powiedzmy, dalej stara się to czynić w taki sposób, że politycy we Francji czy w Niemczech mogą się powstrzymywać od wprowadzania twardych sankcji. Mamy też do czynienia z olbrzymimi wydatkami, żeby zmienić swój wizerunek poprzez na przykład olimpiadę w Soczi.

- Wydaje się, że jest realizowany scenariusz cichej zimnej wojny. Jest to scenariusz poszerzenia wpływów, poprzez aneksję zbrojną lub poprzez wysuwanie polityków takich jak Janukowycz, by mieć wpływ na państwa, które należały do byłego bloku wschodniego.

Od wielu lat w Rosji rośnie kult wojny ojczyźnianej, opowiadanej jako triumf Rosji w walce z nazizmem i faszyzmem. Narracja stosowana wobec Ukrainy wpisuje się w tę tradycję. Wszystko to sprawia wrażenie bardzo spójnej strategii propagandowej.

- Żeby dopełnić ten obraz powiedzmy, iż ta technika propagandowa polega na tym, że wykorzystuje się wcześniejsze schematy i wpisuje się je w obecną rzeczywistość. W głowach Rosjan żyje silny schemat wojny ojczyźnianej jako walki narodu z nazistami, gdzie byli dobrzy i źli, biali i czarni. To ich poparcie dla działań Stalina, wobec naszej wiedzy historycznej, jest dziwne i szokujące, ale jest. I wykorzystuje się teraz ten schemat. Stąd też jest tak duże poparcie dla Putina, skoro walczy z nazistami.

Żołnierze z bazy w Eupatorii skarżą się w apelu skierowanym do mieszkańców miasta, że nie mogą znieść obecnych ataków i traktowania ich jako okupantów, podczas gdy od dziesiątków lat angażują się w życie lokalnej społeczności, mieszkają tutaj z rodzinami i dziećmi, a wielu z nich ma w Eupatorii groby swoich dziadów i pradziadów. Piszą, że nie mogą zdzierżyć fałszywych oskarżeń i gróźb. Jak to możliwe, żeby tak zmieniły się nastroje ludności w tak krótkim czasie?

- Pamiętajmy, że wojna propagandowa na Krymie prowadzona jest równocześnie z wojną konwencjonalną. Tam się zmienia optyka widzenia w taki sposób, w jaki to miało miejsce na Bałkanach: własny sąsiad zaczyna być wrogiem. Nieważne, że wcześniej się z nim rozmawiało, chodziło do pracy. Skoro wróg, trzeba mu zaszkodzić. W tej typowo wojennej sytuacji sąsiedzi mający inną tożsamość, zaczynają być postrzegani jako wrogowie.

- Żołnierzom daje się taki wybór: jak się poddadzą, będą bratnim narodem, jak nie - faszystami z Kijowa. Wpisuje się to w czarno-białą wizję świata sprzedawaną przez administrację i przychylne Putinowi państwowe media.

Do czego zmierza rozwój takiego dyskursu? Czy, jak powiedział prezydent Lech Kaczyński w powtarzanych teraz często słowach, najpierw będzie Ukraina, a potem oskarżenia wobec krajów bałtyckich, Polski, Litwy i, być może, pełzające za nimi "zielone ludki" (tak nazywa się na Ukrainie rosyjskich żołnierzy bez oznaczeń - przyp. red.). Możemy się spodziewać nawet takiego scenariusza?

- Nie ma co snuć czarnych scenariuszy. Pamiętajmy jednak, że jeżeli polska i kraje nadbałtyckie będą ambasadorami Ukrainy na arenie międzynarodowej, to będą też atakowane, żeby je osłabić wobec  krajów starej Unii. W krótkoterminowym okresie możemy się spodziewać działań, które będą oczerniały, dzieliły, będą podważały stanowisko Polski.

- Jeśli chodzi o długoterminowe scenariusze, to trudno powiedzieć. Wydaje się, że obecne skuteczne próby destabilizacji w regionie służą poszerzaniom wpływów. Ale co się stanie w perspektywie dekady, to oczywiście trudno powiedzieć.

Trzeba pamiętać, że reakcja nasza i Zachodu będzie przede wszystkim zależeć od nacisków opinii publicznej na polityków. A wiec na przykład pokazywanie memów upodobniających Putina do Hitlera, zabawnych konfrontacji Putina z Obamą, to wszystko służy mobilizacji społeczeństwa i wywieraniu nacisków na polityków. Bo marketing polityczny może mieć też aspekt pozytywny.

Na koniec wybrane pytanie od użytkowników INTERIA.PL: Skąd tyle proputinowskich komentarzy mamy na polskich portalach w ostatnim czasie, jak pan myśli?

- To nie jest chyba tajemnica poliszynela, że w sytuacji wojny propagandowej pojawiają się użytkownicy wykreowani, aby rozsiewać narracje prokremlowskie. To na pewno mogą być działania zaplanowane. Przynajmniej wskazuje na to historia wojen propagandowych.

- Kiedyś miało to inny wymiar, to były ulotki, rozsyłane plotki, głosy w prasie, a teraz do przenoszenia takich przekazów używa się mediów społecznościowych. Co więcej, media społecznościowe te działania ułatwiają. Można siedząc za komputerem działać anonimowo i w ten sposób starać się wpłynąć na opinię publiczną.

Dowiedz się więcej na temat: Krym | propaganda | Władimir Putin

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje