Ukraiński minister: Chcemy korzystać z polskich doświadczeń

Kijów chce korzystać z polskich doświadczeń dekomunizacji i integracji społeczeństwa, a walcząc z rosyjską ekspansją kulturalną zamierza m.in. kupować polskie filmy - powiedział PAP wicepremier, minister kultury Ukrainy Wiaczesław Kyryłenko.

Tematy te ukraiński minister zamierza omówić podczas rozpoczynającej się w poniedziałek wizyty w Warszawie. Kyryłenko podkreśla, że w warunkach wojny, w których znajduje się jego kraj, najważniejsze jest budowanie silnej tożsamości narodowej, mogącej przeciwstawić się działaniom agresora.

PAP: Ukraina od ponad roku żyje w ogromnym napięciu, które towarzyszy jej od protestów na Majdanie do obecnych wydarzeń na wschodzie kraju, gdzie trwają regularne walki z separatystami. Czy w takich warunkach Ukraińcy mają w ogóle czas, by myśleć o kulturze?

Reklama

Wiaczesław Kyryłenko: - Nie możemy dziś zajmować się kulturą bez uwzględnienia wojny, która toczy się w kraju. Praktycznie wszystkie działania, które prowadzi obecnie mój resort, są związane z potrzebami frontu i żołnierzy. Wraz z wolontariuszami prowadzimy akcję "Broń Kultury", której istotą jest obecność twórców w bazach wojskowych. Docieramy do szpitali, gdzie leczeni są ranni. Zapraszamy żołnierzy do teatrów i na koncerty. Wszelkie tradycyjne działania, wystawy, festiwale, odchodzą na drugi plan. Na pierwszy wysuwa się to, co związane jest ze wspieraniem ducha bojowego, rehabilitacji wojskowych i pomocą w ich adaptacji społecznej po powrocie do domu.

W swoich wystąpieniach często mówi pan o potrzebie dekomunizacji społeczeństwa. Czy polskie doświadczenia w tej dziedzinie mogą być wykorzystane na Ukrainie?

- W Polsce ustawa lustracyjna została przyjęta dawno temu. U nas stało się to zaledwie w końcu ubiegłego roku. Dążymy do desowietyzacji przestrzeni publicznej, która zapoczątkowana została w grudniu 2014 r., gdy w Kijowie obalono najważniejszy w kraju pomnik Lenina. Na Ukrainie rozpoczął się "leninopad", który trwa do dziś. Polacy, którzy oczyścili się z tego o wiele wcześniej, mogli zająć się rozwojem gospodarki, co przynosi widoczne efekty; Polska jest dziś uznanym liderem we wschodniej Europie, z jej zdaniem liczy się Unia Europejska. Fakty te mówią same za siebie. Z symbolami epoki sowieckiej związana jest też dzisiejsza polityka Rosji.

Jednym z ogromnych problemów Ukrainy są rosyjskie wpływy w kulturze i mediach. Władze w Kijowie starają się walczyć z tą ekspansją. Jak im to wychodzi?

- Walka ta rozpoczęła się za późno. Podjęliśmy decyzje o odłączeniu najbardziej agresywnych rosyjskich stacji telewizyjnych, odbieramy licencje na nadawanie filmów propagujących rosyjski imperializm i militaryzm. Nie rozwiązaliśmy dotąd problemu bulwarowej literatury rosyjskiej, która zalewa nasz rynek i która też często jest narzędziem propagandy. Nie chodzi tu, oczywiście, o literaturę akademicką, lecz tę, która zalega na naszych bazarach i służy przekazywaniu antyukraińskich i antyeuropejskich treści.

Nie oznacza to jednak, że Ukraina całkowicie odcina się od kultury rosyjskiej, która jest tu przecież bardzo silnie zakorzeniona?

- Musimy oddzielić rosyjską kulturę od imperializmu. Zawsze zresztą potrafiliśmy to robić. Szanujemy twórców rosyjskich, rosyjska kultura i język są na Ukrainie obecne. W Kijowie działa finansowany z budżetu Rosyjski Teatr Dramatyczny, mamy rosyjskie muzea. Podczas Rewolucji Godności (tak Ukraińcy nazywają wydarzenia z przełomu 2013 i 2014 roku - red.) były one ochraniane przez samoobronę Majdanu. Podczas rewolucji w Kijowie nie doszło do ani jednej antyrosyjskiej akcji.

Jaką rolę odgrywa na Ukrainie polska kultura?

- Ogromną. Widać to przede wszystkim na Ukrainie zachodniej, gdzie historia naszych narodów przeplata się i wzajemnie uzupełnia. Widać po zabytkach i liczbie Polaków, którzy zwiedzają ten region. Realizujemy z Polską wspólne projekty i razem działamy na rzecz ochrony spuścizny kulturalnej. We Lwowie stoją obok siebie pomniki Mickiewicza i Szewczenki. Łączy nas wspólna walka o wolność intelektualną, do której szliśmy często odmiennymi drogami, gdyż na Ukrainie nierzadko mieliśmy do czynienia z tzw. oporem wewnętrznym. Niestety, są to echa ugody perejasławskiej z 1654 r., co sprawiło, że wielu Ukraińców myślało, że tzw. bracia z Rosji nas obronią. Owi "bracia" nie wahają się dziś jednak do nas strzelać.

Nie da się jednak ukryć, że na Ukrainie wciąż istnieją dwa nurty: prozachodni i prowschodni. Jak radzicie sobie z integracją społeczeństwa?

- Stawiamy na tolerancję. Na Ukrainie rodzi się nowa tożsamość. Rzeczywiście, przed Rewolucją Godności Ukraina dzieliła się na tzw. ukraińską i nieukraińską. Polacy takiego problemu nigdy nie mieli. Majdan połączył nas wszystkich w jeden rewolucyjny kocioł. Stali na nim zarówno ukraińskojęzyczni, jak i rosyjskojęzyczni obywatele. Obecnie kwestie języka i historii nie są stawiane tak ostro, jak kiedyś. Zaczęło się to zbliżać, lecz jest to powolny proces. Choć na Majdanie protestował nie cały kraj, dziś w obronie przed agresją stają wszyscy. Obecnie kryterium jest jedno: opowiadasz się za Ukrainą europejską czy jesteś przeciwko? Jeśli tak, to pracuj nad jej rozwojem.

Mówi pan także często o konieczności reformy finansowania ukraińskiej kultury. Czy polskie rozwiązania mogą być przydatne i w tej dziedzinie?

- Tak, chcemy przeszczepić je na nasz grunt. W szczególności dotyczy to kinematografii. Rozmawiałem o tym niedawno z Krzysztofem Zanussim. Chcielibyśmy wprowadzić podobne zasady finansowania twórczości filmowej. Jest to konieczne m.in. po to, by wyprzeć z rynku produkcję rosyjską. Wiadomo jednak, że sami nie produkujemy tyle filmów, ile potrzeba. Polska produkuje wiele seriali, które są dla ukraińskiego widza atrakcyjne. Chcemy kupować polskie filmy i będziemy to robić.

Rozmawiał w Kijowie Jarosław Junko

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje