Reklama

Reklama

1 września 1939 r., Wieluń. Masakra na bezbronnym mieście

Pod gruzami szpitala zginęli pacjenci, pielęgniarki i siostry zakonne. Bomby spadły na kościół i na synagogę, na rynek i na gęsto zabudowane centrum miasta. Dorośli, starcy i dzieci, Polacy i żydowscy mieszkańcy Wielunia zostali zabici we śnie albo podczas rozpaczliwych prób ucieczki. Pierwszego dnia wojny, już o świcie, niemieccy lotnicy zgotowali masakrę bezbronnemu miastu.

Porucznik Kurt Hartmann czuł się zniecierpliwiony. Irytowało go czekanie. 25 sierpnia 1939 r. jego I dywizjon 77. pułku bombowców nurkujących - znanych później w Polsce jako sztukasy - przeniósł się na lotnisko polowe Neudorf (Polska Nowa Wieś) w pobliżu Oppeln (Opole). Wieczorem tego dnia samoloty zostały uzbrojone i przygotowane do walki.

"Rzygać się chce od tego czekania"

Reklama

Następnego dnia nic się nie wydarzyło. Nie padł rozkaz, na który porucznik Hartmann i jego koledzy czekali. "Rzygać się chce od tego czekania" - pod datą 26 sierpnia 1939 r. zanotował porucznik Hartmann w dzienniku bojowym 3. eskadry, której był dowódcą.

Luftwaffe stanowiło chlubę sił zbrojnych III Rzeszy. Posiadanie lotnictwa przez Niemcy zostało postanowieniami traktatu wersalskiego z 1919 r. zakazane. Remilitaryzacja Niemiec po dojściu do władzy Adolfa Hitlera i NSDAP oznaczała też budowę od podstaw Luftwaffe, które w przededniu wybuchu wojny stało się najsilniejszym lotnictwem świata.

Jak zauważa niemiecki dziennikarz Joachim Trenkner, najbardziej fanatyczni wyznawcy Hitlera znajdowali się zapewne w siłach SS i Waffen SS, ale lotnicy Luftwaffe korzystali z uprzywilejowanego statusu.

- Lotnictwo stanowiło najnowszą i najnowocześniejszą część sił zbrojnych, a do tego na jego czele stał Herman Goering, czyli osoba nr 2 w nazistowskiej hierarchii - podkreśla Joachim Trenkner.

Młode kadry Luftwaffe przygotowywały nazistowskie przybudówki "Fliege-Hitlerjugend" czy "Jungvolk", gdzie przyszłym pilotom wpajano przede wszystkim całkowite posłuszeństwo i bezkrytyczną wiarę w Fuehrera. Sfanatyzowani młodzi Niemcy siadali za sterami maszyn bojowych. "Byli w swej masie idealnym elementem Luftwaffe, jako narzędzie terroru" - pisał przez laty prof. Andrzej Rzepniewski

Bojowy potencjał i niszczycielską taktykę Luftwaffe odczuli jako pierwsi Hiszpanie walczący w wojnie domowej w latach 1936-39 po stronie republiki. Jednym z dowódców Legionu Condor, wysłanego przez Hitlera na pomoc generałowi Francisco Franco, był Wolfram von Richthofen. Do historii przeszło zwłaszcza zbombardowanie baskijskiego miasta Guernica. Von Richthofen odpowiadał za ten nalot.

W końcu sierpnia 1939 r. generał Wolfram von Richthofen stacjonował w zamku Schoenwald (Świercze) na Dolnym Śląsku jako dowódca lotnictwa do zadań specjalnych 4. Floty Powietrznej. Miał pod swoją komendą jednostki bombowców nurkujących. W nadciągającym Blitzkriegu przewidziano dla nich zadania związane z niszczeniem lotnisk i węzłów komunikacyjnych, ale także sianie zamętu i wprowadzanie chaosu na zapleczu wroga. Od czerwca 1939 r. najważniejsi dowódcy III Rzeszy wiedzieli, że tym wrogiem jest Polska.

22 sierpnia 1939 r. na odprawie w Obersalzbergu Hitler nie pozostawił wątpliwości, że celem wojny z Polską jest jej bezlitosne, fizyczne zniszczenie. Atak miał nastąpić 26 sierpnia, ale został przesunięty o tydzień. To właśnie odłożenie napaści, gdy wszystko było już gotowe, tak zirytowało porucznika Hartmanna. Nie wiedział, że Hitler wykonał gest propagandowy, który miał pokazać światu, jak bardzo zależy mu na zachowaniu pokoju.

Wieluń był wygodnym celem

W podobnej jak Neudorf odległości od Wielunia - około 100 km w linii prostej - niedaleko Góry Świętej Anny, położone było lotnisko Nider-Ellguth (Ligota Dolna). W ostatnich dniach sierpnia na sygnał do działania oczekiwał tu I dywizjon 2. pułku bombowców nurkujących majora Oskara Dinorta. Dziesięć lat wcześniej, jako cywilny lotnik, Dinort zasłynął najdłuższym w tamtym czasie przelotem szybowcowym. Po dojściu Hitlera do władzy został włączony do tworzenia - jeszcze w tajemnicy - Luftwaffe i stał się jednym z pierwszych instruktorów szkolących nazistowskich pilotów.

Na tym samym polowym lotnisku Nider-Ellguth ostatnie dni pokoju i oczekiwania na "coś" spędził kapitan Walter Sigel ze swoim I dywizjonem 76. pułku bombowców nurkujących. Sigel miał bardzo silną motywację, aby wykazać się jako dowódca i specjalista od precyzyjnego bombardowania. Ledwo w połowie sierpnia na poligonie Neuhammer (Świętoszów) położonym na Saganer Heide (Żagańskie Wrzosowiska) spowodował śmierć 26 swoich podkomendnych. Na oczach generalicji Luftwaffe 13 nowych samolotów junkers Ju 87B zderzyło się z ziemią. Kapitan Sigel, dowodzący próbnym nalotem, poderwał w ostatniej chwili swoją maszynę.

31 sierpnia 1939 r. generał Wolfram von Richthofen wezwał podległych dowódców do Schoenwald. Około godz. 20 odbyła się odprawa bojowa. Von Richthofen przekazał zebranym, że otrzymał radiogram od dowódcy Luftwaffe Hermanna Goeringa z rozkazem o rozpoczęciu operacji "Ostmarkflug", czyli ataku powietrznego na Polskę. Początek operacji wyznaczony został na 1 września na godz. 4.30.

Joachim Trenkner jako pierwszy niemiecki dziennikarz pokazał widzom w RFN historię zbombardowania Wielunia, realizując w 1989 r. program dla publicznego kanału ARD.

- Do tego czasu w Niemczech nikt nie wiedział o tej zbrodni - relacjonuje Joachim Trenkner. Nie ma wątpliwości, że na odprawie w zamku Schoenwald 31 sierpnia 1939 r. generał von Richthofen wydał rozkaz zbombardowania Wielunia.

Joachim Trenkner: - Pyta pan dlaczego Wieluń? Odpowiem: a dlaczego nie? I powiem szczerze, że nie przypuszczam, aby dowódcy nazistowskiego Luftwaffe zadawali sobie takie pytania. Może dlatego Wieluń, że był wygodnym celem, bo znajdował się odpowiednio blisko, jeżeli weźmiemy pod uwagę zasięg  bombowców. Wiadomo też, że Luftwaffe chciało oficjalnie przetestować unowocześnione  "Sturzkampfbomber", te niesławne sztukasy. I oczywiście chodziło o zademonstrowanie potęgi Niemiec i o próbę zastraszenia Polski oraz innych potencjalnych przeciwników jak Anglia czy Francja.

Dlaczego Wieluń nadawał się do testów bombardowania z powietrza? Bo - o czym wiedzieli niemieccy dowódcy - w mieście nie było polskiego wojska ani obrony przeciwlotniczej. Dlatego mogli bezkarnie wykonać to "zadanie bojowe".

Badacz historii Wielunia prof. Tadeusz Olejnik zwraca uwagę w swoich publikacjach na dokładność, z jaką Niemcy prowadzili oględziny miasta po bombardowaniu. To dowodzi, że chcieli zebrać mnóstwo danych i przeanalizować skutki nalotów, aby wyciągnąć wnioski z przeprowadzonego testu. Testu na żyjącym mieście.

"Dzięki Bogu, w końcu decyzja"

Pisemnego rozkazu generała von Richthofena nie odnalazł 30 lat temu Joachim Trenkner, ani archiwiści czy historycy badający ten temat.

Nie udało się dotrzeć do takiego dokumentu także prowadzącemu śledztwo w sprawie zbombardowania Wielunia prokuratorowi Arkadiuszowi Gałajowi z Oddziałowej Komisji Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu w Łodzi. Postępowanie, którym kierował, trwało siedem lat - od 2004 r do 2011 r. W siedmiu tomach akt śledczy zgromadzili 1320 kart z dokumentami, dowodami w sprawie, zeznaniami świadków i ekspertyzami.

   

W aktach postępowania znajduje się także Kriegstagebuch porucznika Hartmanna.

Pod datą 31 sierpnia 1939 r. oficer odnotował najpierw wielkie zakupy w Oppeln.

Sytuacja zmieniła się po godzinie 20. Wtedy w dzienniku pojawił się wpis: "4.15 uhr geht es los" ("4.15 zaczynamy").

I zwrot, który wyraża ulgę, że czekanie dobiega końca: "Gott sei dank, endlich eine Entscheidung" ("Dzięki Bogu, w końcu decyzja").

46 ton śmierci

Chronologii wydarzeń następnego dnia nawet do dziś nie sposób w pełni odtworzyć. Z jednej strony odnajdywane są wciąż niemieckie dokumenty, w tym dzienniki bojowe, tworzone wówczas na bieżąco, dokumenty urzędowe powstałe jeszcze w 1939 r., jak i w następnych latach, oraz wspomnienia i opisy, z których znaczna cześć ma charakter propagandowy. Z drugiej strony zgromadzone zostały wspomnienia i relacje świadków bombardowania, ocalałych z masakry mieszkańców Wielunia, którzy mogli opowiedzieć swoją wersję wydarzeń dopiero po wojnie, a niektórzy nawet kilkadziesiąt lat później.

1 września 1939 r. na Wieluń spadło 46 ton bomb - burzących i zapalających. Tak wynika z zapisów w dziennikach bojowych Luftwaffe. Niemiecka taktyka bombardowania zakładała użycie różnych rodzajów ładunków, aby zwiększać straty i utrudniać ekipom ratunkowym gaszenie pożarów.

W kilka godzin Lufftwaffe zniszczyło 90 proc. centrum miasta. W całym Wieluniu szkody sięgały 70 proc. zabudowy. Z prawie 16 tys. przedwojennych mieszkańców miasta, wkraczające do niego 2 września oddziały Wehrmachtu doliczyły się około 200. Tylu pozostało w zmasakrowanym Wieluniu.

Joachim Trenkner: - Odpowiedzialność za zniszczenie Wielunia ponoszą nazistowskie Niemcy, dlatego, że Hitler i inni przestępcy u władzy dążyli do wojny i chcieli, żeby była tak brutalna, jak to tylko możliwe.

Jak podkreśla prokurator Arkadiusz Gałaj, jest oczywiste, że w Wieluniu popełniona została zbrodnia wojenna. O tym świadczy atak na niebronione miasto, w czasie którego zniszczone zostały obiekty znajdujące się pod ochroną w trakcie konfliktów  (szpital, świątynie, zabytki, zabudowa mieszkaniowa, która nie pełniła żadnych funkcji militarnych), a ponawiane naloty doprowadziły do śmierci i kalectwa wielu osób cywilnych. Śledczy chcieli odnaleźć winnych zbrodni, poznać przyczyny nalotów, ustalić, ile niszczycielskich fal bombardowania dotknęło Wieluń i ilu mieszkańców zginęło od niemieckich bomb.

- Nie ma wątpliwości, o której godzinie nastąpił pierwszy atak. I z całą pewnością przyczyną bombardowania nie mogła być obecność polskiego wojska w mieście, bo polskich żołnierzy w Wieluniu nie było - zapewnia prokurator Gałaj.

Pierwsze z tych ustaleń podważa przyjętą po wojnie w Polsce godzinę pierwszego nalotu na Wieluń. Na tablicach pamiątkowych w mieście, czy w publikacjach na ten temat podawana był godzina 4.40. Taką przyjął również Joachim Trenkner we wspomnianym materiale dla ARD, w artykule dla dziennika "Die Zeit" czy "Tygodnika Powszechnego". Śledczy są przekonani, że pierwsze bomby spadły na miasto 1 września o godzinie 5.40. Dowodem jest w tym przypadku wpis w dzienniku bojowym dowódcy pierwszego nalotu na Wieluń. Błędem, według prokuratora Gałaja, jest odejmowanie jednej godziny od podanej w niemieckim raporcie, co miałoby wynikać z różnicy czasu pomiędzy Polską a Niemcami. Takiej różnicy w 1939 r. nie było - i na to śledczy zdobyli potwierdzenie w obydwu krajach.  

Druga z tez postawionych w śledztwie uderza w twierdzenia autorów, którzy bronią Luftwaffe przed zarzutem dokonania zbrodni. Ci - tak w czasie wojny, jak i teraz - przekonują, że bombowce nurkujące uderzyły na polską brygadę kawalerii, niszcząc ją doszczętnie, albo w innej wersji zakładają, że doszło do pomyłki, która wynikała z błędnego rozpoznania. Niemcy mieli zdobyć informacje o obecności polskich jednostek w Wieluniu na kilka dni przez 1 września i nie zweryfikowali tej wiadomości.

Dowodów na nieobecność wojska w Wieluniu jest wiele. W aktach śledztwa znajduje się szczegółowa analiza dyslokacji polskich wojsk w przededniu i w pierwszych dniach po wybuchu wojny.

Wiadomo, że wspomniana brygada kawalerii tego samego dnia, kiedy Niemcy chcieli ją widzieć w Wieluniu, biła się dzielnie z niemieckimi pancerniakami pod Mokrą, czyli kilkadziesiąt kilometrów od miasta. Już po wkroczeniu Niemców do miasta, nie natrafiono w nim na zabitych polskich żołnierzy, których musiałoby paść setki albo nawet tysiące, gdyby sztukasy miały zdziesiątkować tak dużą jednostkę wojskową.

- Argument o pomyłce jest również pozbawiony logiki. Przyjmijmy nawet, że pierwszy nalot został zarządzony po informacjach o obecności wojska w mieście. Ale po tym ataku było już wiadomo, że na dole są tylko cywile. Po co w takim razie był drugi nalot i ten trzeci, kilka godzin później? - punktuje prokurator Gałaj.

"Cel zniszczony. Stwierdzono pożary"

Meldunek złożony przez kapitana Waltera Sigela zawierał precyzyjne informacje. Celem nalotu był Wieluń. W bombardowaniu uczestniczyło 29 samolotów I dywizjonu 76. pułku sztukasów. Śmiercionośny ładunek składał się z 29 bomb, każda o wadze pół tony i ze 112 ważących po 50 kg.

Start: 5.02.   

Czas ataku: 5.40

Lądowanie: 6.05

Wroga nie zaobserwowano.

Cel zniszczony. Stwierdzono pożary.

Wszystkie 29 samolotów wróciło do bazy. Nikt ich nie ostrzelał. Bombardowane miasto nie miało przecież obrony przeciwlotniczej, a Niemcy nie wypowiedzieli Polsce wojny.

Czy kapitan Sigel po powrocie na lotnisko Nider-Ellguth odczuł dumę z dobrze wykonanego zadania? Czy uznał się za zrehabilitowanego po spowodowaniu tragedii na poligonie?

Meldunek dowódcy pierwszego w II wojnie światowej nalotu na niebronione miasto odnalazł Joachim Trenkner. - Jestem pewien, że ten dokument jest autentyczny - zaręcza.

Niemcy wysłali samolot rozpoznawczy, żeby sprawdził skutki nalotu. Jego pilot Dietrich Lehmann zanotował: "W szarości przed nami widać naraz ogromny pożar, z którego prawie pionowo wzbija się w górę ciemna, szeroka ściana dymu i miesza się z mgłą i wiszącymi nisko chmurami. Przerażająco piękny widok! [...] na dole widzę dziki chaos, wygląda na to, że ludzie kompletnie potracili głowy.

Oświetlone pożarami miasto dostrzegł porucznik Hartmann, gdy nadleciał nad Wieluń z drugą falą bombardowań. Jego 3. eskadra z I dywizjonu 77. pułku wzbiła się powietrze o 4.40. Lotem kierował dowódca dywizjonu Friedrich-Karl zu Lichtenfels Dalwigk.

Trasa z lotniska w Neudorf prowadziła w sposób okrężny przez Ostrów i Kalisz nad Wieluń. Lotnicy dostali zadanie zniszczenia polskich lotnisk w pobliżu dwóch pierwszych miast, a gdyby do tego nie doszło, mieli zbombardować Wieluń. Lotnisk nie znaleźli.

O godz. 6.08 rozpoczęli atak na Wieluń. O 6.35 wylądowali w Neudorf. W meldunku znalazła się informacja o tym, że przeciwnik nie został dostrzeżony.

Trzeci udokumentowany nalot na Wieluń nastąpił około godz. 14. Bomby na miasto zrzucili lotnicy I dywizjonu 2. pułku bombowców nurkujących, którymi dowodził major Oskar Dinort. Po kilku miesiącach w propagandowej publikacji opowiadał o ataku, opisując jak ze swojej kabiny obserwował w dole oddziały polskich żołnierzy, kolumny wozów i konnicę.

Dinort najpierw zrzucił bomby na leżący pod miastem folwark, gdzie - według niego - znajdowało się pełno wojska. Z najcięższym ładunkiem nadleciał nad centrum Wielunia. "W sam środek rynku" - opowiadał z dumą, gdzie spadła ostatnia bomba na Wieluń.

"Fontanna płomieni, dymu i odłamków wzbiła się wyżej niż wieża małego kościoła. A kiedy przechylamy się na skrzydło, ostatnie spojrzenie. Nie widać już ani śladu polskiej brygady kawalerii" - relacjonował major Dinort.

Joachim Trenkner nie ma wątpliwości: - Major Dinort nie mówił prawdy.

Czy spanikowanych mieszkańców, ładujących na wozy ocalały dobytek i próbujących w przerwie między nalotami uciec z miasta, doświadczony lotnik mógł wziąć za kolumny wojska i brygadę kawalerii? Dinort po prostu musiał widzieć konnicę, bo lotnicy Luftwaffe nie walczyli przecież z bezbronnymi cywilami. Wieluń jeszcze płonął po dwóch nalotach, gdy Adolf Hitler oświadczył w przemówieniu do Reichstagu: "Nie chcę prowadzić wojny z kobietami i z dziećmi. Zleciłem mojej Luftwaffe, by skoncentrowała swoje ataki na obiektach wojskowych"

Rozpętało się piekło

Prof. Tadeusz Olejnik skrupulatnie przez lata gromadził i publikował materiały dotyczące zniszczenia Wielunia. Z jego prac wyłania się obraz tragedii miasta widzianej oczami ofiar nalotów.

Pierwsze bomby spadły na Szpital Wszystkich Świętych. Pod gruzami zginęło 26 pacjentów, cztery siostry zakonne i dwie pielęgniarki. Ocalałych z nalotu ordynator szpitala dr Zygmunt Patryn nakazał wynieść do pobliskiego parku i tam udzielał im pomocy. Po kilku bombardowaniach budynek szpitala został zniszczony doszczętnie.

Niemieckie bomby spadły na synagogę, bursę szkolną, kościół farny i budynek starostwa, elektrownię, hotel, a następnie - jak wymienia prof. Olejnik - na domy wokół Starego Rynku (pl. Legionów) i przy ul. Palestranckiej, Różanej, Okólnej, Barycz i Reformackiej.

Relacje mieszkańców, którzy doświadczyli nalotów, są przerażające. Tak je opisał prof. Olejnik: "Tymczasem samoloty myśliwskie, nie mające potrzeby osłaniania ataków bombowców przed polskimi samolotami, gdyż takich nie było w okolicach Wielunia, latały nad miastem lotem koszącym i z broni pokładowej ostrzeliwały uciekających mężczyzn, kobiety i dzieci. Wszyscy świadkowie tego wydarzenia zgodnie potwierdzają, iż wówczas rozpętało się piekło"

Do dziś nie została ustalona liczba ofiar nalotów. Przez lata przewijała się informacja o 1200 zabitych mieszkańcach miasta. Zdaniem prok. Gałaja jest to liczba zawyżona i może dotyczyć wszystkich ofiar pierwszych dni wojny w Wieluniu i okolicach.

Z nazwiska udało się z zidentyfikować 127 ofiar nalotów. Ta liczba jest za to zbyt niska, bo wiadomo, że przez pewien czas po najeździe Niemiec na Polskę nie wydawano w Wieluniu zaświadczeń o zgonach. Wielu ofiar nalotów nie udało się rozpoznać, ciała były rozczłonkowane, zabitych chowano w zbiorowych mogiłach. Wraz z niemieckim najazdem zaczęło się zupełnie inne traktowanie ludności żydowskiej, pozbawianej wszelkich praw. Zgonów w tej społeczności, szacowanej przed wojną na ok. 4 tys., już formalnie nie odnotowywano.

W urzędowym dokumencie z 1942 r., jakim było wystąpienie ówczesnego okupacyjnego starosty Wielunia do ministra sprawa wewnętrznych Rzeszy, pojawiła się jeszcze inna liczba. Starosta, opisując straty wynikające z bombardowania w 1939 r. Wielunia i pobliskich miejscowości, podaje, że podczas odgruzowywania znaleziono około 650 ciał. Należy przyjąć, że większości byli to zabici mieszkańcy Wielunia.

Wielunianie ginęli nie tylko w swoim mieście. Ranni, którym udało się wydostać z miasta, umierali na drogach i w przydrożnych rowach. Uciekinierzy z Wielunia zginęli od niemieckich bomb w masakrze Sulejowa 4 września, kiedy to miasto także zostało zrównane z ziemią przez Luftwaffe. W bombardowaniu uczestniczył major Oskar Dinort.

Wieluń i Sulejów doświadczyły tego samego, co 160 innych polskich miast i wsi zniszczonych w wojnie 1939 r. w niemieckich nalotach.

Przedwojenna granica Polski i Niemiec przebiegała nieco ponad 20 km na południe od Wielunia, dlatego już pierwszego dnia wojny jej okrucieństw doświadczyli także mieszkańcy okolicznych miejscowości. Tego dnia - jak wylicza prof. Tadeusz Olejnik - wkraczający żołnierze Wehrmachtu zamordowali kilka osób w Bolesławcu, kolejne ofiary zostały zastrzelone w Chotyninie, Chróścinie i Zdżarach.

Następnego dnia Niemcy dopuścili się masowego mordu w Parzymiechach, gdzie rozstrzelali - według różnych źródeł - od ponad 70 do 150 osób.

Od początku wojny wojska niemieckie przynosiły pożogę podbijanym miejscowościom. Wehrmacht dokonał podpaleń zabudowań m.in. Bolesławca, Goli i Cieciułowa, a niemieccy żołnierze doszczętnie spalili Działoszyn, Raciszyn, Trębaczew i Lisowice.

3 września Niemcy wkroczyli do Złoczewa. W ciągu dwóch dni rozstrzelali około 200 osób - miejscowych mieszkańców i uciekinierów. Najmłodszą z rozpoznanych ofiar był dwuletni Ludwik Golec, najstarszą - licząca 93 lata Kajla Gutman.

Wojna zaczęła się bez litości i jej pierwsze dni pokazały, że będzie inna niż wszystkie dotąd znane, a przed zbrodnią nie będzie ucieczki. W tej wojnie miał nie istnieć honor i honorowe kapitulacje. Chodziło o zniszczenie wroga.

Bez kary

Pierwsze polskie śledztwo w prawie zbombardowania Wielunia rozpoczęło się w 1970 r. Ówczesna Główna Komisja Badania Zbrodni Hitlerowskich w Polsce zgromadziła dowody i przekazała je w 1978 r. centrali ds. zbrodni narodowosocjalistycznych w Ludwigsburgu. Po kilku miesiącach do Polski przyszła odpowiedź z prokuratury w Monachium, że na podstawie prawa RFN śmierci ludzi w nalotach na Wieluń nie można rozpatrywać jako morderstwa. Niemcy wyjaśnili także, że gdyby w grę wchodziły przepisy dotyczące zabójstwa w rozumieniu niemieckiego kodeksu karnego, to i tak te czyny nie mogą być ścigane, bo uległy przedawnieniu.

GKBZHwP uzupełniła dokumentację o nowe zeznania i fakty. Wniosek wysłany w lutym 1983 r. do Niemiec obejmował teraz już nie tylko zarzuty śmierci 32 osób zabitych w nalotach na wieluński szpital, ale także zamordowania w wyniku bombardowania nieznanych z liczby mieszkańców miasta. Monachijska prokuratura już na początku maja 1983 r. odpisała, powtarzając, że nie widzi podstaw do rozpatrywania sprawy o morderstwo, a terminy ścigania za zabójstwo uległy przedawnieniu. Niemcy odmówili również wskazania miejsc pobytu lotników, których Polska uważała za sprawców nalotów.

W ocenie prokuratora Arkadiusza Gałaja ówczesna postawa niemieckich instytucji śledczych wskazywała, że nie podjęły żadnych działań.

W 2004 r. postępowanie w sprawie zbombardowania Wielunia podjął pion śledczy Instytutu Pamięci Narodowej. Niemieckie Federalne Archiwum Wojskowe we Fryburgu dostarczyło polskim prokuratorom m.in. kopie dzienników bojowych jednostek Luftwaffe, odpowiedzialnych za zbombardowanie Wielunia oraz nazwiska lotników biorących udział w nalotach.

Na podstawie potwierdzonych niemieckich dokumentów, śledczy uznali za sprawców bombardowania Wielunia i śmierci jego mieszkańców Alexandra Loehra, Wolframa von Richthofena, Waltera Sigela i Kurta Hartmanna.

Feldmarszałek Luftwaffe Alexander Loehr po wojnie wydany został Jugosławii, gdzie osądzono go za zbrodnicze zbombardowanie Belgradu, w którym zginęło 17 tys. ludzi. Został skazany na śmierć i stracony w 1951 r.

Generał, a w późniejszym okresie feldmarszałek Wolfram von Richthofen, po wojnie z Polską, brał udział w walkach we Francji, w bitwie o Anglię, w nalotach na Jugosławię, Grecję, Kretę, a także na froncie wschodnim. Wszędzie jego działania miały charakter bezwzględny. Zawzięcie bombardowany przez jego lotnictwo Stalingrad zamienił się w gruzowisko. Niemieccy dowódcy liniowi zarzucali mu, że w ten sposób utrudnił Wehrmachtowi zdobycie miasta, bo w zdewastowanych budynkach chowali się żołnierze Armii Czerwonej i skutecznie się tam bronili. W listopadzie 1944 r. von Richthofen odszedł ze służby z powodu guza mózgu. Operacja, której się poddał, nie uratowała mu życia. Zmarł w amerykańskim obozie jenieckim w Austrii w lipcu 1945 r.

Porucznik Kurt Hartmann zginął w maju 1940 r. w Belgii, a kapitan Walter Sigel cztery lata później w Norwegii.

Major Oskar Dinort za udział w wojnie z Polską otrzymał Krzyż Żelazny. Walczył we Francji, w bitwie o Anglię, dokonywał bombardowania alianckich konwojów na Atlantyku oraz nalotów na Grecję i Kretę. Awansował do pracy w sztabie Luftwaffe, dosłużył się stopnia generała majora oraz jednego z najwyższych odznaczeń III Rzeszy Krzyża Rycerskiego Krzyża Żelaznego z Liśćmi Dębu. Po wojnie Dinort dostał się do obozu jenieckiego, skąd został wypuszczony w 1947 r. Osiadł w Dortmudzie, przez pewien czas przebywał w Chile. Zmarł w Kolonii w 1965 r. i tam został pochowany. Nigdy nie został oskarżony o zbrodnię w Wieluniu.

9 czerwca 2011 r. Okręgowa Komisja Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu w Łodzi zakończyła śledztwo w sprawie zbombardowania Wielunia. Z powodu śmierci Alexandra Loehra, Wolframa von Richthofena, Waltera Sigela, Oskara Dinorta i Kurta Hartmanna oraz niewykrycia pozostałych sprawców postępowanie zostało umorzone.

*   *    *

Kopia dziennika bojowego porucznika Kurta Hartmanna trafiła do Muzeum Ziemi Wieluńskiej dzięki Joachimowi Trenknerowi. Przekazała go rodzina niemieckiego lotnika. Dzięki tym zapisom i fotografiom prawda o bombardowaniu Wielunia może być lepiej wyjaśniona i pokazana na wystawie poświęconej tragedii zmasakrowanego miasta.

W 2004 r. Wieluń odwiedził krewny Wolframa von Richthofena - Dieter Richthofen. Dzięki jego staraniom wybitny znawca prawa międzynarodowego prof. Michael Bothe przygotował opinię oceniającą zbombardowanie Wielunia, w której napisał: "Miejscowość nie stanowiła żadnego celu militarnego i nie powinna być zgodnie z zasadami prawa międzynarodowego atakowana przez Luftwaffe. Dlaczego mimo to Richthofen wydał rozkaz do ataku. Przekonujące wyjaśnienie według najnowszych badań dowodzi, że chciał on wypróbować nowe Stukasy, czego dotychczas nie można było dokonać. Rozkaz ataku był zatem według obowiązujących wówczas zasad niezgodny z prawem". 

*    *    *

W 80. rocznicę ataku III Rzeszy na Polskę 1 września 2019 r., prezydent Republiki Federalnej Niemiec Frank-Walter Steinmeier, stojąc na Starym Rynku Wielunia i zwracając się do mieszkańców miasta, powiedział: "Chylę czoła przed ofiarami ataku na Wieluń, chylę czoła przed polskimi ofiarami niemieckiej tyranii i proszę o przebaczenie".

Krzysztof Fijałek, Interia

Bibliografia

Dokumentacja śledztwa Okręgowej Komisji Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu w Łodzi - sygnatura akt S 10/04/Zn

Materiały i publikacje Muzeum Ziemi Wieluńskiej

"Wieluń 1 IX 1939 r." pod red. Joanny Żelazko i Artura Ossowskiego, Instytut Pamięci Narodowej, Łódź 2009 

Jochen Boechler "Najazd 1939" Wydawnictwo Znak, Kraków 2011

Szymon Datner "55 dni Wehrmachtu w Polsce" Wydawnictwo MON, Warszawa 1967

Richard Hargreaves "Blitzkrieg w Polsce. Wrzesień 1939" Wydawnictwo Bellona, Warszawa 2009

Tadeusz Olejnik "Historia - moja miłość" Muzeum Ziemi Wieluńskiej, Wieluń 2019

Tadeusz Olejnik "Wieluńska hekatomba. Początek wojny totalnej" Wieluńska Biblioteka Regionalna, Wieluń 2014

Andrzej Rzepniewski "Wojna powietrzna w Polsce 1939 r. na tle rozwoju lotnictwa Polski i Niemiec" Warszawa 1970
 

Artykuł powstał w ramach akcji "Zbrodnia bez kary", organizowanej przez Interię, Deutsche Welle i Wirtualną Polskę.

"Zbrodnia bez kary" w serwisie specjalnym Deutsche Welle i Wirtualnej Polsce

Więcej newsów znajdziesz
w aplikacji INTERIA
Pobierz aplikację

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje