Ziemowit Szczerek - świata strona B

​Co robi nacjonalista z Ukrainy gdy spotyka nacjonalistę z Polski?

Może Polska powinna przestać tak mocno stawiać na zachód Ukrainy, a skoncentrować się na "innych" Ukrainach?

- Bo to nie jest tak, że my, tu, w Bandersztacie, nie lubimy Polaków - mówi mi stary Ukrainiec, który we Lwowie pod pomnikiem Iwana Fedorowa sprzedaje książki. 

Reklama

- To znaczy no dobra, z tym lubieniem to jest różnie, ale teraz to nie Polacy nam zagrażają, tylko kto inny. 

- Kto? - Spytałem dla porządku, choć doskonale wiedziałem, kto. 

- Ruscy - odpowiedział pan Mychajło - więc, rozumiesz, w gruncie rzeczy najlepiej by było nam było z wami dogadać i pójść razem na Moskwę. Rozumiesz?. 

 Bandersztat - tak się mówi na Lwów. Na wschodzie Ukrainy to nazwa pejoratywna, bo Bandera to tam faszysta i zbrodniarz. Na zachodzie Ukrainy, gdzie Bandera to bohater, nazwa Bandersztat ma pozytywny wydźwięk. 

We Lwowie można sobie, na przykład, kupić koszulkę, że się jest "z Bandersztatu", sprzedają je handlarze na Prospekcie Swobody. Za Polski ulica nazywała się Wały Hetmańskie, ale teraz nie jest już za Polski. Można sobie do tego kupić czarno-czerwoną flagę-wpinkę. Albo opaskę na rękę. Albo podkoszulkę ze Stepanem Banderą. I mnóstwo innych banderowskich gadżetów. W ogóle Bandera i UPA to we Lwowie nośny towar. Można na tym wszystkim zarobić, czemu nie. Zarabiają więc, na przykład właściciele słynnej knajpy Kryiwka w rynku. 

Knajpa jest niby ukryta i bez szyldu, ale to tylko kokieteria. Każdy dobrze wie, gdzie jest Kryiwka. Stuka się w drewniane drzwi i otwiera koleś w mundurze. Warczy groźnie i każe podać hasło. Mówi się "chwała Ukrainie", on odpowiada "chwała bohaterom", nalewa szota piercówy i już można spokojnie iść się nawalić. Knajpa jest stylizowana na partyzancką ziemiankę. Można sobie strzelić fotę z pepeszą i w hełmie, zjeść metrowe kiełbasisko i smażone świńskie uszy i nałotać się gorzałą. I to bynajmniej nie z nacjonalistami, tylko z typowymi lwowskimi normalsami: koszula w kratę za paskiem dżinsów etc.      

Bo tu nie chodzi o żaden nacjonalizm. To po prostu kolejna knajpa z tzw. klimatem. Lwów ogólnie ostatnio przeżywa boom knajp tematycznych - kilku żwawych biznesemenów dostrzegło w tym dobry sposób na biznes i zamienili stare miasto w swego rodzaju knajpiany Disneyland. Poza knajpą w stylu UPA jest knajpa w stylu sado-maso ze stojącym przed nią pomnikiem Sacher-Masocha, któremu można wsadzić łapę do kieszeni i sobie pomacać co tam jest do pomacania, jest knajpa żydowska, gdzie można się potargować o cenę gefilte fisz, jest knajpa w stylu kopalni, co nawiązuje do borysławskiej gorączki naftowej. I generalnie rzeczy tego typu.      

Po tym, jak Lwów opuścili Polacy i wprowadzili się do niego mieszkańcy okolicznych ukraińskich wsi (i kupa Rosjan, chcących żyć w "kulturnym" mieście o zachodniej architekturze), życie knajpiane Lwowa zdechło na długie dekady. Jeszcze parę lat temu po 22 w centrum Lwowa nawet po łbie trudno było dostać bo nie było od kogo. Teraz jest knajpa na knajpie i knajpą pogania, i nawet ludzie ze wschodu Ukrainy się tu przenoszą żeby "żyć po europejsku" (mimo, że Lwów to ekonomiczna zabiedzona ukraińska prowincja). Wszystko to w imię starej, dobrej kawiarnianej tradycji Lwowa, środkowoeuropejskiej Atlantydy, która, jak się okazuje, wcale nie zatonęła, tylko trzeba było sobie o niej przypomnieć. I teraz Ukraińcy chwalą się tym lwowskim "kiedyś". W sumie czemu nie. Uznali tę tradycję za atrakcyjną, więc się pod nią podpinają. Jak Macedończycy pod Aleksandra Wielkiego, czy polscy szlachcice pod Sarmatów. Zresztą Ukraińcy w tej kulturze też uczestniczyli - bo w jaki sposób ich z niej wykluczyć: genetycznie? Kulturowo? Narodowo? Wszystko to w tzw. Galicji wschodniej było tak ze sobą splątane i tak względne, że nie ma co robić z siebie idioty i wrzeszczeć, że "Ukraińcy przywłaszczają sobie polską kulturę".      

Tak więc Ukraińcy śpiewają "Tylki u Lwowi", chwalą się spuścizną baciarów, tych ostatnich zresztą do swojego panteonu bohaterów włączyli nawet lwowcy kibole, którzy we Lwowie, jak prawie wszędzie na świecie, są bardzo często nacjonalistami o dość buracko-konserwatywnym podejściu do życia.   

Inna spawa, że w Kryiwce faktycznie nie ma żadnych antypolskich haseł. Same antyrosyjskie. Bo Lwów, wychowany na europejskiej wersji nacjonalizmu, którego uczył się głównie od Polaków w XIX i XX wieku (tak, tak - zachodnioukraiński nacjonalizm powstał głównie w opozycji do polskiego, który, z kolei, powstał na fali europejskich ruchów narodowych końca XVIII i całego XIX wieku), nie cierpi "ruskiego wschodu". Który jest zupełnie inny od niego. Przynajmniej tak się we Lwowie twierdzi, zapominając rozkosznie na przykład o fakcie, że tak "wschodnia" cecha jak na przykład korupcja jest na Lwowszczyźnie większa, niż gdziekolwiek na wschodzie, co wykazały badania.     

Ale zachód Ukrainy uznaje się za esencję europejskości, i w rzeczy samej jest Europą - ale anachroniczną. Jest konserwatywnym europejskim zaściankiem, tym, czym Europa była - powiedzmy - przed II wojną światową. Zamknięty w sobie nacjonalizm, bigoteryjna religijność, niechęć do mniejszości jakiegokolwiek typu i jakiegokolwiek myślenia, które nie koncentruje się wokół ojczyzny i religii. Paradoksem jest, że najbardziej "zachodnia" ukraińska partia, czyli Swoboda, jest w rzeczy samej antyzachodnia, uważa bowiem obecną Brukselę, podobnie jak nasza prawica, za siedlisko zła, rozwiązłości, "planowego wyniszczania", eutanazji narodu ukraińskiego dokonywanego przez gejów i ateistów, i generalnie kwaterę główną Szatana. Ukraińscy nacjonaliści, zupełnie jak nasi, bredzą o żydowskich spiskach i wzdychają za "dobrym, narodowym porządkiem", w którym wszyscy biegają po Ojczystej Ziemi w mentalnych mundurach i marzą o silnym i potężnym Wodzu, któremu z radością podsuną pupy w wiernopoddańczym geście, kiedy będzie trzeba.       

Facet, który chciał ze mną iść na Moskali miał na imię Mychajło i był sympatykiem Swobody.   Swoboda to dziwna partia. Mimo swojej dziwności, w wyborach 2012 roku otrzymała ponad 10 procent głosów. Do Swobody nie mogą, na przykład, należeć ateiści. Nie wspominając o nie-Ukraińcach. A jak Ukrainiec, to musi być z "krwi i ducha". Ale jak ocenić czy krew jest wystarczająco ukraińska? Z duchem już łatwiej, wystarczy popaplać trochę o odzyskiwaniu Zakerzonia albo uronić łzę nad pamięcią dywizjonu SS Galizien.   Mychajło się niespecjalnie zresztą nad tym wszystkim zastanawia. Macha ze zniecierpliwieniem ręką. 

To są sprawy dla doktrynerów, mówi, czy ja wyglądam na doktrynera? Mnie, mówi, tylko chodzi o to, żeby Ukraina była potężna, wielka i bogata. 

- I europejska? - pytam. Siedzimy sobie na murku i popijamy piwo lwiwskie, patrząc, czy gliny czapskach jak radary nie idą, bo od razu wywracanie oczami, pouczanie, warczenie i mandat. Na szczęście widać ich z daleka dzięki tym wielkim czapom i można schować flaszkę gdzieś za nogę, albo za stos książek.  

- Ja ci powiem tak - Mychajło zapalił sobie papierosa. - Po pierwsze, Lwów to jest Europa. Czysta Europa! No popatrz dookoła, na te kamienice, ulice, na te kawiarenki. Przecież to nie jest żaden Związek Radziecki, to jest najczystsza Europa! A po drugie, powiem ci więcej - nachyla się do mnie. 

- To u nas, na zachodniej Ukrainie, zachowały się prawdziwe wartości Europy. Bo w Europie to tak - zaczął odginać palce - Araby, asfalty, aborcja, ateizm - powiedział. - I eutanazja. Brak wartości. My jesteśmy tutaj jak ostatnie zdrowe europejskie terytorium. Tu, na zachodniej Ukrainie.   - A na wschodniej już nie? - Spytałem.    

- Ee - machnął ręką Mychajło - wschodnia to jakiś Związek Radziecki, tam Ukrainy to nie ma prawie nic. Tam jakiś ZSRR dalej trwa. Poza tym patrz, ile ten ZSRR ma wspólnego z tym europejskim zepsuciem, które się nazywa Unia Europejska. Też mają ateizm, jak w ZSRR. Też mają internacjonalizm, też mają kult nauki a nie ducha. A u nas wszystko proste: naród to najważniejsza rzecz na świecie. 

- Ale dlaczego akurat naród? - Spytałem.

 Mychajło znowu westchnął. 

- No bo jak inaczej. 

- A może jednak nacjonalizm przeszkadza w pokojowym współżyciu z sąsiadami? - Drążyłem, w sumie z nudów. 

- No to trudno - oznajmił pan Mychajło. 

 - Jeśli naród zostaje zabsolutyzowany - powiedziałem - to wtedy wszyscy inni, którzy nie podzielają opinii, że  rzeczony naród jest najważniejszy, albo, co gorsza, nie są jego członkami i realizują interesy własnego narodu, wchodzą automatycznie w konflikt z tym niby-najważniejszym narodem. - Niech każdy żyje u siebie, to będzie spokój - mruknął Mychajło. 

- A jeśli "u siebie" jest pojęciem względnym? - Spytałem. - Na Wołyniu na przykład i Polacy i Ukraińcy twierdzili, że są u siebie. I w sumie nawet było dobrze, dopóki nacjonaliści uznali, że jednak nie jest dobrze. 

- To była reakcja na działania waszych nacjonalistów - obraził się Mychajło. -- No cóż - odpowiedziałem - ale zaraz, czemu się panu nie podobają polscy nacjonaliści? Przecież to tacy sami nacjonaliści jak pan, tyle, że polscy. 

- No właśnie dlatego, że polscy, to są źli - odpowiedział z prostotą pan Mychajło. 

- Aha - zastanowiłem się. - Czyli żeby polscy nacjonaliści byli dobrzy i żeby nie trzeba było ich, dajmy na to, pozabijać, musieliby się stać ukraińskimi nacjonalistami? Pan Mychajło popatrzył na mnie smutno, po czym wrócił do handlowania książkami.      

W pewnym sensie polskie opory przed nazwaniem wołyńskiego ludobójstwa ludobójstwem były manifestacją siły a nie słabości Polski. Dlatego aż tak bardzo się nie oburzałem, jak polscy histerycy, którzy bardzo się lubią oburzać (na przykład na to, że FC Barcelona nie przyjechała do Polski, bo zatrzymał ją taki drobiazg jak rak na którego choruje jej trener), kiedy w Sejmie przeszła słynna ustawa o "znamionach" ludobójstwa a nie o ludobójstwie. 

Oczywiście, że Wołyń to było ludobójstwo, i można było powiedzieć to głośno. Ale Polska, decydując się na poszanowanie narodowych uczuć Ukraińców nawet w tak delikatnej i bolesnej dla Polski sprawie (bo wrzucanie całej Ukrainy do worka z napisem "rezuni" to jednak nie jest właściwa rzecz) pokazała, że jest państwem coraz bardziej dojrzałym, kontrolującym emocje, panującym nad sytuacją. Bo tylko absolutny kretyn może z całą powagą powiedzieć, że ten polski gest był motywowany "tchórzostwem". Podobnie, jak tylko kretyn może uważać, że FC Barcelona upokorzyła Polaków. Albo, że geje z Brukseli chcą dokonać eutanazji na narodzie ukraińskim.  

Poza zachodem Ukrainy też jest życie    

Z drugiej strony - może Polska niepotrzebnie lawirowała w sprawie Wołynia, nie nazywając ludobójstwa ludobójstwem? Zrobiła to po to, by nie rozdrażniać najbliższego Polsce, i, jak nam się wydaje, najbardziej przychylnego Europie zachodu Ukrainy, gdzie UPA postzegana jest pozytywnie, jako organizacja bijąca się za wolną Ukrainę. Ale być może Polska powinna przestać stawiać tak mocno na ukraiński Zachód i skoncentrować się na tej "trzeciej" Ukrainie, leżącej pomiędzy wschodem a zachodem kraju? Ta "trzecia" Ukraina to efekt trwania już od ponad 20 lat państwowej rzeczywistości - miejsce, gdzie tożsamość ukraińska jest silna, ale nie wynosząca pod niebiosa ukraińskich, nie dających się do pogodzenia "ognia i wody", czyli ani UPA, jak na zachodzie, ani Armii Czerwonej, jak na wschodzie. "Trzecia" Ukraina to naród, który się właśnie tworzy, a swoją tożsamość buduje na "ogólnoukraińskich" narodowych mitach, czyli legendzie Rusi Kijowskiej, micie kozackim czy pamięci Wielkiego Głodu. "Trzecia Ukraina" jest pragmatyczna: ma silne odruchy prozachodnie, ale zdaje sobie sprawę z tego, że i z Rosją trzeba jakoś żyć, jeśli się ma położenie geograficzne takie, jakie się ma. A przede wszystkim - "trzecia" Ukraina nikim nie gardzi: ani pogardzającym "Ruskimi" zachodem, ani nienawidzącym "upowskich faszystów" wschodem.

Zresztą, żeby było jeszcze ciekawiej - być może Polska powinna postawić też na ten przeklęty, poradziecki wschód Ukrainy? W końcu jest tam wiele cech, które łączą ten region z Unią Europejską, tak brzydzącą się prymitywnego nacjonalizmu i postulującą trzymanie mistycznego, zaczadzonego myślenia z dala od instytucji państwowych. Wschód, oczywiście, ma bardzo wiele zaległości do odrobienia względem przejrzystej i humanitarnej Europy, ale zachód Ukrainy, niestety, też. Bo, jak się wydaje, ze współczesną Europą łączy go głównie tradycja historyczna. I wygląd zewnętrzny. 

P.S. Przepraszam uprzejmie wszystkich lwowian o umiarkowanych poglądach, o których w tym tekście nie napisałem. Jest ich we Lwowie więcej, niż nacjonalistów i to oni, na szczęście, dominują w publicznym dyskursie i - nadal jeszcze - nadają mu kształt. Podobnie zresztą, jak w Polsce. Tyle, że ta dominacja jest, obawiam się, zagrożona przez nacjonalistyczne bredzenie, prymitywne, a przez to łatwe do przyswajania. A jeśli dominować zaczną ci, którzy uważają, że cały świat chce ich upokorzyć, poniżyć, wymordować (0:54 słychać strzały), to czeka nas prawdziwy i kolejny "koniec cywilizacji białego człowieka".  Do którego to końca "biały człowiek" już kilka razy dopuścił.

Ziemowit Szczerek

Ziemowit Szczerek jest dziennikarzem portalu INTERIA.PLl i autorem książki "Przyjdzie Mordor i nas zje, czyli tajna historia Słowian".  Współpracuje z "Nową Europą Wschodnią" i "Ha!Artem". Jest autorem tekstów publikowanych m.in. w "Ha!Arcie", "Lampie", "Studium", "Opowiadaniach" i E-splocie oraz współautorem wydanej w 2010 r. książki pt. "Paczka radomskich". W portalu INTERIA.PL prowadzi raport "Środek-Wschód" i blogi AHistoria i Światowidz.pl. Zajmuje się wschodem Europy i dziwactwami geopolitycznymi, historycznymi i kulturowymi. Jeździ po dziwnych miejscach i o tym pisze. Ostatnio najbardziej inspiruje go gonzo i literatura / dziennikarstwo podróżnicze.


Dowiedz się więcej na temat: Bandera i banderowiec | Ziemowit Szczerek | Stepan Bandera | UPA | Wołyń

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje