Reklama

Reklama

"Bo przyjdzie Krampus i zabierze ci nupel"

"Mogę być Polką, Niemką, Ukrainką, Austriaczką... obojętne. Chciałabym tylko wiedzieć, kim jestem".

Dzwoni pani Anna.

- Coś mi się przypomniało: Krampus. Pamiętam, że nas nim straszyli - mówi.

Reklama

- Gdzie?

- Dokładnie nie pamiętam...

Dziecko znaleziono po wojnie w Öblarn, niewielkiej austriackiej miejscowości. Repatriowano w 1948 roku do Katowic. "Niemra", "niemiecki bękart". Usłyszy to później wiele razy.

Obrazy z dzieciństwa: drewniana chatka, długi stół w gospodarstwie Angerer, lalka, brązowa sukienka z kołnierzykiem, jakiś "brat", który ją trzymał za rękę, buraczki krojone w słupki, czekająca Mutti, chleb smarowany melasą, żołnierze, tobołki w pociągu, paczki UNRRA. 

Być może nikt w Öblarn nie uwierzyłby Annie, że tam była.

- Ale pani Berezowska pamiętała detale. I wszystko się zgadzało - mówi mi archiwista Johann Madl.

Zbiegali z "bratem" na dół, do linii lasu, by z ukrycia oglądać przejeżdżające przez miasteczko czołgi. A przecież nie wolno im było tam chodzić.

Rok urodzenia? 1943 lub 1944. Pewności nie ma. Anna ma jasne włosy i niebieskie oczy.

***

Drugi telefon.

- Przepraszam, że dzwonię z pierdołami, ale znalazłam coś takiego jak Krampusspiel w folderze turystycznym, który mam z Austrii - mówi podczas kolejnej rozmowy pani Anna.

Do Öblarn jadę w lipcu 2018 roku. Zatrzymuję się u Irmine i Rudolfa Lasserów. Obok pokoju na poddaszu wisi zdjęcie z Krampusami. Lokalni mieszkańcy opowiadają mi o tej tradycji, o grudniowych pochodach przebierańców, w których szły odrażające diabły.

- Dla dzieci to było przykre, straszne przeżycie - wspomina Adelheid Planitzer. Anna musiała być grzeczna. Mówiono jej: bo przyjdzie Krampus i zabierze ci nupel. Nupel, czyli smoczek.

W piśmie, które Anna otrzymuje z Polskiego Czerwonego Krzyża w 1981 roku, pojawia się informacja, że "na liście dzieci polskich odnalezionych w Austrii (nadesłanej przez Polską Misję Repatriacyjną w Austrii w Villach) oraz na wykazie osób dorosłych i dzieci, przebywających na terenie Austrii, nadesłanym przez PCK w Katowicach, figuruje Anna Berezowska". 

"W uwagach podano: zabrana przez Niemców".

Annę przywieziono transportem repatriacyjnym w 1948 roku do Katowic. Ale nie znajduję jej na żadnej liście przywozowej.

- Była pani w Öblarn po wojnie?

- Tak. Byłam nawet w miejscu, gdzie stała drewniana chatynka. Mieszkałam tam z Rosą Stauder. Jak się wchodziło do środka, to po lewej była kuchnia z paleniskiem. Zawsze się tam ogień palił. Po prawej sypialnia z wielkim łóżkiem i pierzyną. Gdy mnie kładła spać, to przy mnie siedziała i mi coś śpiewała lub opowiadała. Moja Mutti...

- W drugim budynku była olbrzymia kuchnia. Stał tam duży stół z ławami. Siedziałam przy nim, jadłam kromki chleba z melasą, popijałam mlekiem. - Kiedyś, to musiało być po Bożym Narodzeniu, bo stała choinka i dostałam lalkę Puppe, Mutti ściągnęła mnie w nocy z łóżka i zaczęła ubierać. Dwóch żołnierzy wzięło mnie na ręce, a ona stała i płakała.

- I więcej jej nie zobaczyłam. Anna przywołuje w pamięci pojedyncze obrazy i składa z nich dzieciństwo. Jeżeli urodziła się w 1944 roku, to do kraju wracała jako czterolatka. Czy to możliwe, by cokolwiek pamiętała?

Krampus, nupel, ciepły uśmiech Mutti Rosy.

Co mała dziewczynka z Polski robiła w Austrii w czasie II wojny światowej i chwilę po niej? Dlaczego tylko wieczorem zaprowadzano ją do Mutti Rosy, samotnej kobiety, która przyjechała tu - w okolicznościach na razie mi nieznanych - z włoskiego Naturns? Czy biologiczni rodzice dziewczynki zmarli? Kim byli? Przymusowymi robotnikami? Musieli ukrywać dziecko? A może Anna urodziła się w ośrodku Lebensbornu? Zarówno ona, jak i Madl wspominają o klinice położniczej.


Z Johannem Madlem spotykam się u Adelheid Planitzer. Od lat stara się pomóc Annie. Pyta, czy mam czas. Przynosi gruby segregator.

***

Austria stanowiła dobre zaplecze dla planów germanizacyjnych Heinricha Himmlera. Niedługo po Anschlussie Gregor Ebner, szef wydziału zdrowia Lebensbornu, pojechał do Marchii Wschodniej, by sprawdzić grunt pod planowane ośrodki. Uznał wówczas, że należy - wzorując się na takich miejscach w "starej Rzeszy" - zbudować podobne i tam.  

Ośrodki, do których wysyłano dzieci spełniające kryteria rasowe, były zakładane często w malowniczych miejscowościach wypoczynkowych, jak choćby nad otoczonym górami jeziorem Traunsee, gdzie funkcjonował dom dziecka "Alpenland", czy Oberweis - ośrodek, którym kierowała Maria Knipp-Merkel, wcześniej zatrudniona w Lebensbornie w Krakowie. Do Oberweis trafiały przede wszystkim polskie dzieci przeznaczone do zniemczenia.  

Od południowej strony jeziora jest zaś Ebensee - miejscowość przewijająca się również w dokumentacji związanej z germanizacją dzieci. Wiemy o 200 polskich dzieciach, które przyjechały do Oberweis z zakładu germanizacyjnego w Kaliszu (o Kaliszu pisałam w materiale Gaukinderheim w Kaliszu. Przystanek-widmo dla zrabowanych dzieci).

Po wojnie na terenie Austrii odnajdują się polskie dzieci. Pisze o tym inż. Landsberg w sprawozdaniu z 13 października 1945 roku: "Tak na terenie Niemiec, jak i Austrii, znajduje się duża ilość dzieci w swoim czasie wywiezionych z Polski w celach germanizacji, które zostały rozdane chłopom na wieś. Wyszukiwanie tych dzieci jest sprawą bardzo trudną i żmudną, zwłaszcza że chłopi przyzwyczaili się do tych dzieci i niechętnie je oddają. Pomiędzy dziećmi jest duża grupa sierot, w wielu przypadkach nie można nawet ustalić nazwisk tych dzieci".

Poszukiwaniem dzieci i zapewnieniem im opieki zajmuje się PCK. W sierocińcu w Salzburgu jest już ponad 50 odnalezionych polskich dzieci. Landsberg apeluje o wymuszenie na władzach amerykańskich zarządzenia, by niezwłoczne zgłaszanie dzieci było obowiązkowe, a ukrywanie ich surowo karane.

W dokumentach przysłanych z ITS Bad Arolsen, które ma u siebie pani Ania, widnieje informacja: "zabrana przez Niemców". Nie wiemy, kiedy i skąd. I nie wiemy, czy to o niej. Ta informacja może dotyczyć Anny Berezowskiej lub dziewczynki, którą była Anna. Bo dopiero w 2015 roku okazało się, że Anną Berezowską, córką Juliana i Mirosławy Genyk Berezowskich, nie jest, choć tak wcześniej sugerowano. Ośrodki Lebensbornu prowadziły własne urzędy stanu cywilnego i biura meldunkowe. Skutecznie zacierały ślady zbrodni. Zrabowanym dzieciom zmieniano imiona i nazwiska, daty i miejsca urodzenia - najczęściej dodawano im dwa lata. Dla zmylenia tropu, gdyby ktoś z krewnych później szukał.

***

Warszawa. Mutti oprawiona w ramkę, dostojna, patrzy na Annę codziennie z regału z książkami.

Zawieszam wzrok na jednym z obrazów. Kobieta z jasnymi włosami siedzi na krześle. Nie ma twarzy.

- To ja - mówi Anna.

***

Przeglądam kolejne dokumenty w Archiwum Akt Nowych. "Rewindykacja dzieci na terenie Austrii trwa w dalszym ciągu. Mimo braku akredytacji w amerykańskiej strefie Austrii i zlikwidowania tamtejszej placówki otrzymaliśmy ostatnio zwolnienie 15 dzieci. Dzieje się to dzięki współpracy z IRO, w szczególności z Wydziałem Opieki Społecznej IRO i jego kierowniczką, panią Brownlee. Ostatnio zaznaczyły się tendencje, głównie w austriackim Jugendamcie przetrzymywania dzieci polskich względem ich adoptowania w wypadkach, kiedy dziecko jest sierotą i nie ma krewnych w Polsce. Delegatura nasza mocno przeciwstawia się tym tendencjom, podkreślając, że dziecko polskie, nawet jeżeli jest zupełnie sierotą, winno wrócić do Kraju, gdzie znajdzie w sierocińcach lub u rodzin zastępczych na pewno lepszą opiekę niż u rodzin austriackich"."Pewnym problemem jest kwestia dzieci rodziców wyznania greckokatolickiego z Małopolski, terenów obecnie należących do USSR. Nie wiemy, czy mamy prawo rewindykować te dzieci, których rodzice byli obywatelami polskimi, czasami jednak narodowości ukraińskiej.

Trudno jest dzisiaj stwierdzić szczegóły dotyczące narodowości rodziców. Są to w większości dzieci robotników wywiezionych przez Niemców na przymusowe roboty z Małopolski Wschodniej i Wołynia do Niemiec. (...)".

Z kolejnych dokumentów wynika, że niektórzy rodzice nawet nie wiedzą, że dziecko już wróciło do kraju. "Prosimy bardzo o zwrócenie uwagi PCK Okręgu Śląsko-Dąbrowskiego w Katowicach, by przesyłane dzieci skrupulatniej i prędzej oddawać do rodziców względnie rodzin. Ostatnio były wypadki, że rodzice lub rodziny pisały listy do IRO, zaniepokojone o los dziecka, mimo że dziecko zostało repatriowane daleko wcześniej. Tego rodzaju listy wytwarzają nieprzychylną atmosferę w stosunku do PCK i akcji rewindykacji dzieci oraz wywołują niepewność co do dalszych losów dziecka i tym samym utrudniają nam pracę na tutejszym terenie".

***

Szukam dziecka o imieniu Anna Berezowska wszędzie: na listach repatriacyjnych, do których dotarłam, w dokumentach, które odkryłam w Archiwum Akt Nowych. Dzwonię do domu dziecka, który wciąż jest w tym samym miejscu. Nie znajduję takiej osoby.  Wysyłam ponad sto e-maili do przeróżnych instytucji w Austrii. Odpisuje Astrid Simmet z Austriackiego Czerwonego Krzyża: możliwości dalszego poszukiwania informacji zostały wyczerpane.

Anna od lat koresponduje z ITS Bad Arolsen. Według Arolsen, które powoływało się na informacje Austriackiego Czerwonego Krzyża, rodzicami Anny byli Julian i Mirosława Genyk Berezowscy. Później okazało się, że to niemożliwe. Arolsen poinformowało o błędzie w piśmie z 21 stycznia 2015 roku: "Przeprowadziliśmy poszukiwania, w wyniku których okazało się jednak, że to dziecko o nazwisku Anna Berezowska wyemigrowało z rodzicami (Julianem i Mirosławą Genyk von Berezowski) do Kanady (...). Jest nam bardzo przykro, ale nie widzimy żadnej innej możliwości udzielenia pani dalszej pomocy".

Po latach poszukiwań Anna znowu znalazła się w punkcie wyjścia i szuka swojej tożsamości. Ale przecież człowiek nie może się tak po prostu rozpłynąć! Muszą być jakieś ślady, świadkowie, zdjęcia, dokumenty. Ktoś coś musi pamiętać...

A Mutti Rosa? Kim była ta tajemnicza, samotna kobieta z domku na górce? Szukam Rosy. Najpierw w nekrologach. Sprawdzam wszystkie Rosy Stauder, porównuję zdjęcia, szukam kobiety, która miała się urodzić w 1899 roku w Naturns, we Włoszech.

Na jednego z moich e-maili odpowiada Valentin Stocker z rady gminy Naturns. Sam angażuje do sprawy kolejną osobę i prosi ją o pomoc w poszukiwaniach. Po dwóch tygodniach docierają do mnie informacje.  Rosa Stauder - ukochana Mutti Anny - urodziła się 2 stycznia 1899 w liczącym około 300 mieszkańców Staben, części Naturns. Została ochrzczona w dniu urodzin przez księdza Franza Gassera. Mama Rosy to Maria Platzer, a tata to Josef Stauder. Matką chrzestną była Rosa Platzer.

Jeszcze nie wiem, dlaczego Rosa wyprowadza się, a może ucieka, ponad 400 km na północny wschód do miejscowości Öblarn w środkowej Austrii. I dlaczego dostaje na wychowanie małą dziewczynkę? Wiem natomiast, że w tej samej miejscowości przebywała siostra Rosy wraz z małym synem. Czy to ten "brat", który prowadzał Anię za rękę? Mutti Rosa do końca życia była sama. Niemal siłą wyciągano ją z domu, który groził zawaleniem. Trafiła do domu opieki w Öblarn i tam zmarła.

- Wydaje mi się, że ona cały czas na mnie czekała... Madl przysyła mi zdjęcia grobu Mutti Rosy, żebym widziała, że tam o niego dbają - mówi Anna.

***
- Obudziłam się w pociągu. Chyba dawali nam jakieś środki uspokajające, bo niewiele pamiętam. Ale pamiętam, jak wietrzyli wagony i wynosili tobołki. Potem się dowiedziałam, że to były dzieci, które nie przetrwały tej podróży. Jak już wylądowałam w Katowicach, w Polskim Czerwonym Krzyżu, to po jakimś czasie dzieci "znikały" - wspomina dziś pani Anna. "Znikały", bo ktoś po nie przychodził, ktoś na nie czekał. Ja nie "zniknęłam", trafiłam do sierocińca.

***
Chcę pomóc i wysłać wniosek poszukiwawczy do PCK, ale jest to niemożliwe. Nie dlatego, że nie jestem z panią Anią spokrewniona. Wniosek jest tak skonstruowany, że osoba poszukująca własnej tożsamości po prostu go nie wypełni. Trzeba w nim wpisać nazwisko (pani Ania nie wie, czy ma na nazwisko Berezowska), imię (czy na pewno ma na imię Anna?), datę urodzenia (pani Ania ma dwie i nie wiadomo, czy któraś z nich jest prawdziwa), miejsce urodzenia (chyba ma ze trzy), imiona rodziców i nazwisko panieńskie matki (gdyby tylko je znała...). Jedyne, co może wpisać, to ostatnie miejsce zamieszkania.

***
Z Polskim Czerwonym Krzyżem korespondowała od 1947 roku Halina Świerczewska, zainteresowana adopcją dziewczynki. W czasie wojny zabito jej męża i dzieci. "Uprzejmie komunikujemy, że o ile rodzice Anny Berezowskiej, których poszukujemy, nie odnajdą się, nic zdaniem naszym nie stoi na przeszkodzie wzięcia małej przez panią na wychowanie" - czytamy w odpowiedzi Polskiego Czerwonego Krzyża, oddział w Villach w Austrii.

Wydawało się, że rodziców Anny - jeśli faktycznie jest Anną Berezowską - nigdy nie odnaleziono, więc Halina Świerczewska mogła ją adoptować. W Archiwum Akt Nowych są setki dokumentów związanych z germanizacją, repatriacją, działalnością poszczególnych instytucji i osób odpowiedzialnych za poszukiwanie dzieci. Wśród teczek dokumenty Delegatury PCK na Austrię w Villach. Przerzucam kartki. Przelatuję szybko nad nazwiskiem Berezowski. Wracam. Króciutka wzmianka na pożółkłej kartce. Odręczne pismo. "Profesor Ludwik Berezowski, poszukiwany przez Halinę Świerczewską z Sosnowca, ojciec małej Anny Berezowskiej, mieszka obecnie wraz z dzieckiem w Öblarn 27".  Czyli obok domu, w którym Anna pomieszkiwała u Rosy Stauder. Ludwik?

Jadę do Anny, żeby pokazać jej kopię dokumentu.

- Pani Aniu, czy pani wiedziała wcześniej o Ludwiku Berezowskim?

- Nie, absolutnie.

Szukamy Ludwika Berezowskiego. Zaczynam od Uniwersytetu Jagiellońskiego, z którym był związany Julian Genyk Berezowski. Otrzymuję odpowiedź, że nikt o imieniu Ludwik Berezowski w latach 1850-1939 na UJ nie studiował. "Jeżeli znajdzie pani dokładniejsze dane - być może drugie imię - bądź jakiekolwiek poszlaki, że taka osoba studiowała w UJ, to proszę napisać. Przy okazji szukania wypłynęła taka informacja ze strony internetowej Muzeum Wojska Polskiego, że niejaki Berezowski Ludwik, ur. 31 maja 1894 roku, był kapitanem uzbrojenia".

Zwracam się więc do Centralnego Archiwum Wojskowego Biura Historycznego. Okazuje się, że mają akta personalne na nazwisko Berezowski Ludwik s. Mikołaja, ur. 1894 r. w Latyczowie. Pani Ania musi się stawić osobiście. Składa wniosek. Dowiaduje się, że ten Ludwik na pewno nie był w Austrii.

Inny ślad prowadzi do Wrocławia. Sprawdzam, czy Ludwika Berezowskiego nie ma na listach studentów i wykładowców Uniwersytetu Wrocławskiego. Uczelnia robi kwerendę, odpisuje, że nie ma.

Zwracam się następnie z prośbą do Sądu Okręgowego we Wrocławiu o sprawdzenie, czy była rozstrzygana w latach 60. sprawa Anny Berezowskiej lub/i Ludwika Berezowskiego lub/i Haliny Świerczewskiej. Bo Halina jeździła do Wrocławia "do dentysty". Jak się później okazało, nie do dentysty, ale załatwiać "sprawy wojenne", związane z Anią. Sąd początkowo nie chce udzielić informacji. Musi przyjechać pani Ania. Ale w tym konkretnym czasie ma problemy ze zdrowiem i podróż nie wchodzi w rachubę. Później nadchodzi wiadomość, że żaden z sądów rejonowych okręgu wrocławskiego nie znalazł akt sprawy.

Kolejny ślad prowadzi na cmentarz Osobowicki. Pomaga mama koleżanki - znajduje mogiłę Ludwika i Karoliny. Dowiaduje się, że opiekuje się nią ich wnuczka. Grób jest opłacony do 2034 roku. Pan Ludwik pochodził z Kresów. Z małej miejscowości koło Lwowa. Piszę do Zarządu Cmentarzy Komunalnych we Wrocławiu. Proszę o przekazanie moich danych osobie, która opłaca grób Karoliny i Ludwika Berezowskich.  "W  odpowiedzi na Pani e-maila uprzejmie informuję, że w dniu 13.11.2017 r. wysłaliśmy Pani prośbę do osoby, która figuruje w naszych księgach jako opiekun grobu zm. Ludwika Berezowskiego. Do dnia dzisiejszego nie otrzymaliśmy zwrotu przesyłki ani żadnej innej informacji".

Cisza.

***

Halina adoptuje Annę, ale z jakiegoś powodu nie przychodzi po nią na stację w Katowicach, gdy w 1948 roku dociera tam jeden z transportów repatriacyjnych.

Sprawuje opiekę na odległość. Organizuje pobyt u znajomych w kolejnych miejscach. Lista tych miejsc jest bardzo długa. Spotykają się po wielu latach.

- Czy Halina nie przekazała pani żadnych informacji?

- Nie, jakoś nie potrafiłyśmy ze sobą rozmawiać na ten temat. Były inne sprawy na głowie. Zostawiła mi tylko te dwa dokumenty. Powiedziała, że kiedyś mi się mogą przydać.

O Halinie mówi Hala, ciepło. Hala była bardzo dobrą babcią.

***

Z notatki PCK dowiaduję się, że największe skupiska Polaków znajdowały się w 1945 roku w pobliżu Salzburga, Linzu i Villach. Byli to albo byli robotnicy przymusowi (fabryczni i rolni), albo byli więźniowie polityczni. Dużo Polaków trafiło w te rejony wskutek ucieczki z Wiednia, który pod koniec wojny przeszedł kilkutygodniowe oblężenie. Udzielaniem pomocy i odnajdywaniem wywiezionych z Polski dzieci, zajmowały się poza PCK inne instytucje, jak na przykład Komitet Polski w Gmunden czy Ośrodek Polski w Linzu. Pracownicy tych placówek docierali do małych Polaków w domach dziecka w Oberweis, Salzburgu, Domu Dziecka UNRRA w Ebensee. Brakowało jednak środków, panował chaos, a dokumentacja była niepełna.

***

Jak to jest zastanawiać się przez kilkadziesiąt lat, kim się tak naprawdę jest? Na stole w mieszkaniu pani Ani leżą dokumenty. Wylicza miejsca, do których trafiła po przyjeździe do Polski, wymienia kolejne nazwiska osób, które się nią opiekowały. Co chwilę poprawia, koryguje. Katowice, Wisła, Jastrzębie Górne, Międzyzdroje, Wisła - pierwsza klasa podstawówki, Rybnik, Kętrzyn.

- Ale namieszałam... - mówi.

A później jeszcze był Dom Małego Dziecka w Otwocku, którego nie chce pamiętać. Wtedy już była kilkunastoletnią dziewczyną.

Teraz Warszawa. Informacje z dokumentów nie składają się jeszcze w logiczną całość. Tu nic do siebie nie pasuje. Ale szczegóły zapamiętane przez Annę - tak. Pozwalają się jej zakotwiczyć w konkretnej czasoprzestrzeni, to dla niej punkt zaczepienia.

Był duży stół w gospodarstwie, była Rosa i drewniany dom. Krampus też był, ale nupel zostawił.

Jedno zdanie przewija się podczas każdego naszego spotkania: "Tak bardzo chciałabym jeszcze kiedyś odwiedzić Öblarn".

***

(fragment listu Anny Berezowskiej do uczestników międzynarodowej konferencji naukowej "Rabunek i germanizacja polskich dzieci w czasie II wojny światowej", w której pani Anna, ze względu na stan zdrowia, nie mogła uczestniczyć. Konferencja odbyła się w dniach 21-22 listopada 2018 r. w Krakowie)

Chciałabym, by strona niemiecka zajęła się poszukiwaniami dzieci, które padły ofiarami nazistowskiej ideologii. Uważam, że trzeba tę sprawę uczciwie załatwić do końca, wyjaśnić, pomóc. Przedłużające się poszukiwania odbywają się kosztem naszego zdrowia.

A jeżeli nic się nie da w tej sprawie zrobić, to chciałabym to usłyszeć. Wiem, że w Niemczech Christoph Schwarz walczy w naszej sprawie - i chyba tylko on. Walczy w sądach o odszkodowania. Tylko wiadomo, że tu nie chodzi o pieniądze. Ja się o nie nie upominam, bo są kwestie ważniejsze, jak choćby to, kim była moja mama, skąd jestem, jak się naprawdę nazywam.

Mam ogromny żal o to, że skrzywdzono tak wiele osób. W moim przypadku rodziców, Rosę, która opiekowała się mną w Austrii i Halinę, która mnie adoptowała. Czy ja sama mogę narzekać? Nie. Ja sobie jakoś poradzę - zawsze sobie radziłam, tylko chciałabym, by instytucje przestały nas zwodzić, ignorować, rozciągać sprawy w czasie i faktycznie, szczerze nam pomogły w poszukiwaniu utraconej tożsamości.

Czas pracuje na naszą niekorzyść.

Źródła:

Wyjątek ze sprawozdania inż. Landsberga z 13 października 1945 r., Zespół dokumentów Generalny pełnomocnik rządu RP ds. repatriacji, Archiwum Akt Nowych [dalej: AAN], sygn. 313, karta nr 7

Dokument z 15 marca 1948 r. [w:] AAN, PCK Zarząd Główny, sygn. 101, karty nr 34 i 35 Dokument z kwietnia 1947 r., [w:] AAN, PCK Delegatura na Austrię, sygn. 11, karta nr 34. Notatki PCK Delegatura na Austrię, Wiedeń, 30 listopada 1948 r., AAN

Volker Koop, Organizacja Lebensborn. Rozrodcze stajnie Himmlera, wydawnictwo Bellona, 2014, s. 147-148

Jacek E. Wilczur, Roman Hrabar, Zofia Tokarz, Czas niewoli, czas śmierci, Wydawnictwo Interpress, 1979, s. 132.

ZOBACZ RÓWNIEŻ:

Pierwsza międzynarodowa konferencja naukowa poświęcona zrabowanym dzieciom

Najważniejszymi gośćmi konferencji byli świadkowie historii. Zobacz panel dyskusyjny ze zrabowanymi dziećmi:

***

Wyżej przytoczony tekst jest rozdziałem z książki "Teraz jesteście Niemcami", która ukazała się 17 października 2018 roku nakładem Wydawnictwa M.

Więcej newsów znajdziesz
w aplikacji INTERIA
Pobierz aplikację
Wasze komentarze
No hate

Dodawanie komentarzy pod tym artykułem zostało wyłączone

Grupa Interia.pl przeciwstawia się niestosownym, nasyconym nienawiścią komentarzom, niezależnie od wyrażanych poglądów. Jeśli widzisz komentarz w innych serwisach, który jest hejtem – wyślij nam zgłoszenie.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy