Reklama

Reklama

Sprawa ks. Stanisława P. Rzecznik abpa Wiktora Skworca wydał oświadczenie

"Pierwotna ocena działalności ks. P. mogła być błędna. (...) Nie można wykluczyć, iż bardzo krótki czas, jaki upłynął od promulgacji nowych przepisów, i brak doświadczeń w dziedzinie ich stosowania mogły wpłynąć na podjętą ocenę sprawy, czy wiarygodności oskarżeń" - pisze w oświadczeniu rzecznik abpa Wiktora Skworca. "Żenujący argument" - komentuje Tomasz Terlikowski. Z kolei ks. Tadeusz Isakowicz-Zaleski, który nagłośnił sprawię ks. P., uważa, że tłumaczenie to "ucieczka do przodu" przed zebraniem KEP.

Oświadczenie dotyczy sprawy ks. Stanisława P., byłego proboszcza diecezji tarnowskiej, którego sprawę nagłośnił Tadeusz Isakowicz-Zaleski.

Reklama

Ks. P. został odwołany ze stanowiska w 2002 roku. Oficjalnie - przez względy zdrowotne. Ks. Isakowicz-Zaleski pisał jednak, że chodziło o skargi, jakie do kurii wpłynęły od rodziców chłopców, którzy mieli być molestowani przez ks. P.

"Okazało się przy tym, że do molestowań chłopców, co potwierdzali niektórzy duchowni, dochodziło także w poprzednich parafiach, w których posługiwał ów ksiądz" - opisywał ks. Isakowicz-Zaleski na swoim blogu. 

Ks. P. po kilkumiesięcznym urlopie został skierowany do pracy w diecezji kamieniecko-podolskiej na Ukrainie. Wrócił do kraju w 2009 roku i trafił do jednej z parafii, gdzie nadal uczył w szkole i prowadził rekolekcje. Decyzję w jego sprawie podejmował bp Skworc.

Najpierw grozili procesem...

Publikacja o ks. Stanisławie P. spotkała się z ostrą reakcją diecezji tarnowskiej. Ks. Isakowiczowi-Zaleskiemu zarzucono pominięcie dowodów i osąd oparty na jednostronnej relacji. Zagrożono także procesem.

"Z racji podania w tekście nazwisk oraz urzędów oraz zasugerowania zaniedbań w tym dochodzeniu, w najbliższym czasie sprawa zostanie skierowana do kancelarii prawnej, by na tej drodze bronić dobrego imienia, które w sposób ewidentny zostało naruszone przez tekst publikacji" - napisał ks. Ryszard St. Nowak, rzecznik prasowy biskupa tarnowskiego Andrzeja Jeża.

...później przyznali się do błędów

W kolejnym stanowisku przyznano się jednak do błędów. Nazwano je "niedociągnięciami i zaniechaniami". W obszernym oświadczeniu opisano sprawę.

"Kierujemy słowa przeproszenia, zwłaszcza do Osób Pokrzywdzonych i ich rodzin, a także wyrażamy żal, iż sprawa zgłoszona w roku 2002 nie została doprowadzona do końca" - napisał rzecznik prasowy, ks. Nowak.

Abp Wiktor Skworc, który podejmował decyzje w sprawie ks. Stanisława P. jako ówczesny biskup tarnowski, jest dziś metropolitą katowickim. Głos w sprawie zabrała więc także tamtejsza kuria.

Uznano, że Watykan nie musi wiedzieć

Rzecznik i sekretarz abpa Skworca, ks. Tomasz Wojtal, przekonuje, że w 2002 roku kompetentne osoby na polecenie bpa Skworca przeprowadziły postępowanie wyjaśniające i uznały, że sprawy nie należy zgłaszać do Kongregacji Nauki Wiary. Było to wówczas obowiązkiem w myśl motu proprio "Sacramentorum sanctitatis tutela". W dokumencie zaznaczono, że hierarcha lub ordynariusz powinien zgłosić watykańskiemu gremium podejrzenie przestępstwa zawsze, gdy otrzyma "przynajmniej prawdopodobną" wiadomość o jego popełnieniu.

"W wyniku postępowania wyjaśniającego oceniono sprawę jako niespełniającą warunków do przekazania jej do Kongregacji. W konsekwencji nie było przeszkód do wyrażenia zgody na posługę księdza P. na Ukrainie" - tłumaczy ks. Wojtal.

"Nie można wykluczyć, iż bardzo krótki czas, jaki upłynął od promulgacji nowych przepisów, i brak doświadczeń w dziedzinie ich stosowania mogły wpłynąć na podjętą ocenę sprawy, czy wiarygodności oskarżeń" - czytamy w oświadczeniu.

"W świetle aktualnej wiedzy i zebranych informacji dokonana 18 lat temu pierwotna ocena zdarzeń może być oceniona jako błędna" - przyznano.

"Nie wyjaśnia, a dodatkowo obciąża"

Zdaniem publicysty Tomasza Terlikowskiego oświadczenie rzecznika abpa Skworca "nie tylko niczego nie wyjaśnia, ale obciąża go dodatkowo". "Teraz były ordynariusz tarnowski ma obowiązek udowodnić, że miał wówczas bardzo mocne argumenty, żeby domniemywać, że informacja była całkowicie niewiarygodna, i że w związku z tym mógł nie tylko nie informować Watykanu, ale też wysłać księdza do kolejnych ofiar (ciekawe, że mimo iż jego zdaniem informacja mogła być uznana za niewiarygodną, to jednak nie wysłał go na parafię w diecezji tarnowskiej, ale na Ukrainę, czyli jednak coś na rzeczy było)" - komentuje w mediach społecznościowych.

Terlikowski zwraca też uwagę na tłumaczenie kurii, że znaczenie miał fakt, iż dokument nakazujący zgłoszenie do Watykanu zaczął obowiązywać pół roku wcześniej.

Z kolei ks. Tadeusz Isakowicz-Zaleski uważa tłumaczenie abpa Skworca za pokrętne i będące "typową ucieczką do przodu" przed dzisiejszym zebraniem KEP na Jasnej Górze.

"Czemu abp W. Skworc sam nie zabiera głosu, a jedynie zasłania się swoim podwładnym? W 2002 r. były wystarczające relacje rodziców i nauczycieli z Woli Radłowskiej Diecezja Tarnowska. Dochodziło też do molestowań w poprzednich parafiach. Mimo to S.P. działał bezkarnie, także na Ukrainie, przez wiele lat. Uczył w szkole w Krynica-Zdrój, chodził po kolędzie w B., jeździł na pielgrzymki, uczestniczył w uroczystościach diecezjalnych. Co do suspensy to była ono dopiero ostatnio, ale ani bp Andrzej Jeż, ani abp Wiktor Skworc nie chcą ujawnić daty jej wydania" - pisze na Facebooku.

Justyna Kaczmarczyk

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje