Sławomir Idziak świętuje 40-lecie pracy twórczej

Nigdy nie brałem pod uwagę innego zawodu - zapewnia światowej sławy operator filmowy Sławomir Idziak, świętujący właśnie 40-lecie swojej pracy twórczej w rodzinnych Katowicach.

Podczas piątkowej konferencji prasowej mówił m.in. o tym, że dla niego - dziecka małżeństwa fotografów - był to wybór naturalny. Wskazywał też swoje ulubione filmy i reżyserów, spekulował na temat przyszłości kina.

Reklama

Idziak urodził się w 1945 roku w Katowicach w wielopokoleniowym rodzie fotografów. Jego dziadek - Józef Holas kierował Zakładem Fotograficznym cesarskiego fotografa Piperhoffa. W latach międzywojennych otworzył i prowadził w Katowicach cieszący się uznaniem zakład fotograficzny. Znakomitymi fotografikami byli też jego rodzice.

- Cała atmosfera domu skupiała się wokół fotografii. Przeważnie mama wywoływała zdjęcia, bo tata był uczulony na chemikalia, więc najczęściej rozmawiałem z nią po ciemku, w ciemni fotograficznej. Wszystkie wyjazdy rodzinne koncentrowały się wokół fotografii, podobnie jak dyskusje i kłótnie. Nad morze jechaliśmy trzy dni, bo co chwilę ktoś widział coś, co chciał natychmiast fotografować. Siostra specjalizowała się w krowach, ja w chmurach, rodzice mieli bardziej ambitny program, mama się specjalizowała w drzewach - opowiadał Sławomir Idziak.

Jak mówił, w czasach jego dzieciństwa i wczesnej młodości ruch intelektualny gromadził się wokół kina, a oknem na świat były Dyskusyjne Kluby Filmowe. - Nie brałem innego zawodu pod uwagę. W wieku pięciu lat kochałem się w pewnej dziewczynce, która chciała być aktorką, więc pomyślałem, że przyda się jej jakiś filmowiec - żartował.

Wspominając dzieciństwo mówił też o swoim szkolnym występie w roli małego Stalina. - Jako mały Soso pouczałem młodzież, że ma donosić na swoich rodziców i inne takie teksty, których musiałem się uczyć na pamięć. Byłem bardzo dumny, to była największa kariera szkolna, jaką sobie można było wyobrazić. W pewnym momencie zapomniałem jednak tekstu. Przerażający moment, straszna cisza na sali, wychowawczyni wzięła mnie za rękę i ściągnęła ze sceny. Następnego dnia umarł Stalin, a Katowice przerobiono na Stalinogród - mówił Idziak.

Opowiadał, że pielęgnuje w sobie "poczucie prowincjusza", które bardzo pomaga w życiu. - To jest pewien magazyn, wiedza, dystans do tego, co jest wokół - wyjaśnił.

Jego zdaniem, każdy człowiek angażujący się w projekt filmowy powinien czuć się odpowiedzialny za cały film, bo wybiórcze podejście tylko do własnej specjalności jest złą filozofią. Za swoją najważniejszą szkołę filmową dla zawodu operatora uznał filmy, które robił jako reżyser i scenariusze, które pisał.

Choć możliwości techniczne w kinie są obecnie niemal nieograniczone, to Sławomir Idziak ocenia, że nastąpi pewien naturalny odwrót od efektów specjalnych, a obraz filmowy nie będzie tak bezwzględnie atakował widza, jak obecnie. W jego ocenie zalew efektów specjalnych powoduje, że zawód operatora umiera, bo jego praca staje się zaledwie półproduktem.

- Mam wrażenie, że estetyka filmowa na świecie jest estetyką drzewka bożonarodzeniowego. Daje się coraz więcej dekoracji, świecidełek, a pod tą dekoracją jest dramat umierającego drzewa - powiedział.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje