Reklama

Reklama

Zapadł wyrok w procesie tzw. śląskiej afery korupcyjnej

Wyrokiem uniewinniającym zakończył się we wtorek po blisko siedmiu latach proces w tzw. śląskiej aferze korupcyjnej, w której głównymi oskarżonymi byli śląski biznesmen Krzysztof P. i były wiceprezes Sądu Okręgowego w Katowicach Andrzej H.

Sąd uznał, że prokuratura nie przedstawiła dowodów jednoznacznie potwierdzających stawiane oskarżonym zarzuty. Stwierdził, że w niektórych przypadkach stawiała zarzuty bez dowodów lub nawet wbrew nim. Samo postępowanie sądowe nazwał specyficznym, a nawet zadziwiającym, ponieważ to sąd musiał przeprowadzić w znacznym zakresie postępowanie dowodowe zamiast prokuratury, a niektórych rzeczy do końca wyjaśnić się nie udało.

Reklama

Akt oskarżenia w tej sprawie powstał po śledztwie przeprowadzonym na polecenie ówczesnego ministra sprawiedliwości Lecha Kaczyńskiego przez prokuraturę w Gdańsku w 2002 roku. Zarzuty postawiono ośmiu osobom, w tym śląskiemu biznesmenowi Krzysztofowi P., który odpowiadał przed sądem m.in. za przekupstwa urzędników państwowych i wyłudzenie od ZUS w latach 1992 - 1999 prawie 7 mln zł zasiłków chorobowych i świadczeń rehabilitacyjnych

Dziewiątym oskarżonym miał być minister przemysłu i handlu w rządzie Hanny Suchockiej, Wacław N. Dotyczące go akta wyłączono do odrębnego postępowania z powodu choroby podejrzanego.

Według prokuratury, Krzysztof P. w 1993 roku wręczył łapówkę w wysokości 20 tys. zł, pokrył koszty przelotu i pobytu w Dubaju oraz podarował samochód hyundai ministrowi przemysłu i handlu w rządzie Hanny Suchockiej, Wacławowi N. W zamian za to - według prokuratury - ówczesny minister doprowadził do połączenia przedsiębiorstwa państwowego Pew-Pewex (którego był organem założycielskim) z małą firmą Krzysztofa P. W efekcie Krzysztof P. przejął faktyczną kontrolę nad nową spółką, wnosząc do niej tzw. aportem jedynie nieruchomość w Katowicach.

Dążąc do przejęcia kontroli nad spółką zawiązaną z Pewexem, Krzysztof P. miał też przekupić zarządcę komisarycznego Pew- Pewexu, Zbigniewa H. Według prokuratury, urzędnik dostał od przedsiębiorcy dwa samochody: mercedesa i pontiaca. Bawił też na koszt biznesmena w Dubaju. Zbigniew H. był jednym z oskarżonych w tej sprawie.

W 1993 r. 100 tys. dolarów łapówki miał otrzymać od Krzysztofa P. sędzia Andrzej H., późniejszy wiceprezes sądu w Katowicach. Był o to m.in. oskarżony przez prokuraturę. Miał w zamian za to nakłaniać komornika do sprzedaży dużej liczby samochodów firmie Krzysztofa P. i wydania aut przed zapłaceniem za nie. Według prokuratury, robiąc interesy z Krzysztofem P. Andrzej H. otrzymał również mercedesa wartego ok. 20 tys. zł. W 1991 roku sędzia miał też dostać ponad 8 tys. zł.

Sędzia odpowiadał też za wzięcie łapówki w kwocie 15 tys. zł od Andrzeja D., jednego ze współoskarżonych, powiązanego z Krzysztofem P. Przed sądem odpowiadali także jeden ze śląskich komorników oraz koledzy Krzysztofa P., którzy - według prokuratury - uczestniczyli w jego przestępczej działalności.

Biznesmena Krzysztofa P. jesienią 2000 r. zatrzymali funkcjonariusze katowickiej delegatury Urzędu Ochrony Państwa w jego domu w Międzybrodziu Żywieckim.

Proces w tej sprawie rozpoczął się przed krakowskim sądem w listopadzie 2002 roku. Oskarżeni nie przyznali się do winy. Krzysztof P. stwierdził, iż proces jest spreparowany przez służby specjalne, które inspirowały świadków i kontrole skarbowe przeciwko niemu. Powoływał się na rzekomo przeprowadzaną przez katowicki UOP akcję Temida, która miała na celu podporządkowanie sobie katowickich środowisk sędziów i prokuratorów.

Twierdził, że po zatrzymaniu go ówczesny wiceszef katowickiego UOP przeprowadził z nim rozmowę, w której zaproponował mu obciążanie prawników. Oskarżenie go - twierdził - miało być karą za to, że się tego nie podjął. Tego wątku nie potwierdził przesłuchany w toku procesu wiceszef UOP.

Jak stwierdził sąd w ustnym uzasadnieniu wyroku uniewinniającego, postępowanie sądowe było specyficzne, ponieważ w ogromnym zakresie postępowanie dowodowe musiało zostać przeprowadzone przez sąd, a nie przez prokuraturę, która m.in. nie zweryfikowała linii obrony oskarżonych ani dokumentów świadczących o rozliczeniach samochodów i delegacji.

Były też w nim - stwierdził sąd - rzeczy zadziwiające, których do końca wyjaśnić się nie udało. Powołał się na podawane przez prokuraturę w toku postępowania zarzuty, które nigdy nie zostały postawione; na sposób zatrzymania Krzysztofa P., dokonany wbrew wiedzy, a nawet woli prokuratury.

Sąd przywołał także niewyjaśnioną i sprzeczną z procedurą rozmowę zatrzymanego biznesmena z wiceszefem UOP, z której nagranie, rzekomo dokonane, nie zachowało się. Podał przykład niewyjaśnionych okoliczności wypadku jednej z oskarżonych, która wyjechała z salonu rzekomo sprawnym samochodem, ale - jak się okazało - uszkodzonym przez osoby trzecie.

- Wbrew tezie prokuratury, zarzuty nie są oparte na dokumentach, ale na pomówieniach dwóch współoskarżonych i dokonaną przez nich interpretacją dokumentów, różną od tego, co z nich wprost wynika - powiedziała w uzasadnieniu wyroku sędzia Ewa Szymańska.

Sąd nie dał również wiary, że faktycznie doszło do wyłudzenia świadczeń ZUS, ponieważ nie znalazł podstaw do twierdzenia, że zwolnienia lekarskie były niezasadne. Podkreślił także, że z powodu konieczności uniewinnienia oskarżonych nie rozważał kwestii przedawnienia zarzutów.

Jak stwierdził, linię obrony Krzysztofa P., dotyczącą czynności niejawnych, omówi w osobnej części pisemnego uzasadnienia.

Krzysztofa P. i Andrzeja H. nie było we wtorek podczas ogłaszania wyroku. Jedna z oskarżonych powiedziała po wyroku: "Oczywiście jesteśmy szczęśliwi z takiego rozstrzygnięcia, ale tych 9 lat nic nie wymaże".

Wyrok nie jest prawomocny.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje