Reklama

Reklama

​Diabelski libijski młyn

Złudne porozumienie

W maju 2014 r. Haftar rozpoczął operację wojskową, której celem było wyparcie islamistów z kontrolowanych przez nich terenów, szczególnie z nader ważnego strategicznie Bengazi. Interwencja dowodzonej przezeń Libijskiej Armii Narodowej (LNA) trwała aż do grudnia 2017 r., kiedy to zakończyła się pełnym sukcesem. Już wiosną 2015 r. doszło do porozumienia między Haftarem a rządem w Tobruku, który oficjalnie uznał jego status dowódcy libijskich sił zbrojnych. Wydawało się, że wszystko zmierza w dobrym kierunku, ponieważ w tym samym czasie ONZ skutecznie namawiała przedstawicieli obu rządów do negocjacji. Na konferencji w marokańskim Skhirat ogłoszono zawarcie porozumienia w sprawie utworzenia tzw. Rządu Zgody Narodowej (GNA). Tyle że ta zainscenizowana przez ONZ harmonia szybko okazała się iluzoryczna. Islamiści z Trypolisu wzdragali się przed zaakceptowaniem zbyt silnej według nich pozycji Haftara. Również parlament w Tobruku zgłosił zastrzeżenia wobec rządu premiera Sarradża, któremu zarzucił, że jest marionetką dżihadystów. Ale to właśnie Sarradż jest na Zachodzie powszechnie uznawany za oficjalnego przywódcę Libii. Tymczasem Chalifa Haftar nie przejmuje się zbytnio tym, że w efekcie konferencji w Skhiracie rząd tobrucki stracił międzynarodowe uznanie na rzecz GNA, bo w tym czasie zdołał rozszerzyć kontrolę nad niemal 90% libijskiego terytorium, podczas gdy rząd w Trypolisie panuje zaledwie nad północno-zachodnią częścią kraju.

Reklama

Swoją drogę do sukcesu Haftar zawdzięcza nie tylko wytrwałości i cierpliwości, umiejętnemu negocjowaniu czy mądrym militarnym posunięciom, lecz także wsparciu władz egipskich i saudyjskich, które podobnie jak on dostrzegają wroga w Braciach Muzułmanach. GNA ma natomiast po swojej stronie m.in. Turcję, która najchętniej zatrzymałaby marsz Haftara na Trypolis. Gorzej, że tlący się wciąż konflikt między libijskim wschodem a zachodem dzieli także Unię Europejską, m.in. z powodu kryzysu migracyjnego i zagrożenia terrorystycznego.

Libia wciąż pozostaje ważnym punktem węzłowym dla uchodźców i dżihadystów w drodze do Europy. Przykładowo Francja wspiera Chalifę Haftara, obawiając się utraty swoich wpływów w zachodniej Libii na rzecz islamistów. Natomiast Włochy nadal

flirtują z Trypolisem, kierującym libijską strażą przybrzeżną, gdyż są zainteresowane zawracaniem afrykańskich migrantów. Libia pozostaje kością niezgody w i tak już napiętych stosunkach między Emmanuelem Macronem i Matteo Salvinim.

Zdaniem ekspertów ds. Bliskiego Wschodu jest tylko kwestią czasu, kiedy armia Haftara wkroczy do Trypolisu, tym bardziej że obecny prezydent USA, w przeciwieństwie do poprzednika, nie obawia się tego, że Libia może zostać kolejną Syrią. Donald Trump zamierza jednak przede wszystkim skończyć z polityką opartą na złudnym przeświadczeniu, że w krajach Bliskiego Wschodu można zbudować demokrację na fundamencie Braci Muzułmanów. W mediach krążą plotki o rozmowach telefonicznych między gospodarzem Białego Domu a libijskim "marszałkiem", a także o przygotowaniach do spotkania bilateralnego.

Ale czy ewentualna wiktoria Haftara w wojnie o Trypolis zmieni sytuację zwykłych Libijczyków? - Wojna coraz bardziej zżera nasze dusze. Młodzi chłopcy z mojej jednostki spędzają całą młodość w okopach, kryjąc się przed bombami i granatami. Nie wiem, czy kiedykolwiek będą mogli prowadzić normalne życie - podsumowuje Hamza.

Wojciech Osiński 

Więcej newsów znajdziesz
w aplikacji INTERIA
Pobierz aplikację

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje