Reklama

Reklama

Dwa mocarstwa walczą o wpływy w Afryce

Słowa wypowiedziane przez Hillary Clinton na wstępie oficjalnej podróży przez siedem krajów afrykańskich uruchomiły falę zgryźliwych komentarzy w Chinach. Wojna na słowa obnaża walkę, jaką dwa mocarstwa toczą o wpływy w bogatej w surowce naturalne Afryce.

W przemówieniu, które sekretarz stanu USA Hillary Clinton wygłosiła w Senegalu - pierwszym przystanku swojej podróży po Afryce, zadeklarowała oddanie wartościom demokratycznym i poszanowanie praw człowieka.

Reklama

Podkreśliła że Stany Zjednoczone wierne są "modelowi zrównoważonego partnerstwa, które wnosi wartości, nie czerpiąc jedynie korzyści". Dodała również że "czasy obcych, którzy przybywają do Afryki jedynie czerpać jej bogactwa, nie zostawiając po sobie nic lub niewiele, w XXI wieku powinny się skończyć". Szefowa dyplomacji USA nie sprecyzowała jednak, jakich "obcych" miała na myśli.

Jej wypowiedź wzięły sobie jednak do serca Chiny. W piątek rękawicę podjęła oficjalna agencja informacyjna Xinhua. "Czy Clinton ignoruje fakt azjatyckich inwestycji w Afryce, czy zignorowała nas?" - pyta. "Jej wniosek, że Chiny z Afryki jedynie czerpią, jest daleki od prawdy" - podkreśla chińska agencja.

"Jak na ironię, to zachodnie mocarstwa kolonialne - "obcy" - jak je określiła Clinton, przybyły do Afryki i czerpały z niej zyski jedynie dla siebie. Nie zostawiając nic lub bardzo mało" - kontynuuje Xinhua.

W komentarzach agencja zapewnia, że związki Chin z Afryką oparte są na przyjaźni i równości, z której strony czerpią obopólne korzyści. Wypowiedź Clinton nazywa "insynuacjami" i "tanimi chwytami".

Na falach Głosu Ameryki cel afrykańskiej podróży Clinton zdefiniował profesor American University w Waszyngtonie Emilio Viano. Jego zdaniem, "jednym z głównych celów wizyty jest chęć współzawodnictwa z Chinami i próba ograniczenia wpływów Państwa Środka w biznesie i polityce Afryki".

Zadanie trudne, ponieważ chińskie inwestycje od kilku lat znacznie przyćmiewają inwestycje amerykańskie w Afryce. Wartość chińskich kontraktów handlowych w zeszłym roku wyniosła 160 mld dolarów. To obecnie najważniejszy partner i inwestor handlowy na kontynencie afrykańskim. Kilka miesięcy temu odbyło się uroczyste otwarcie nowej siedziby Unii Afrykańskiej, wartej 20 mln dolarów, którą w darze naród chiński ufundował w stolicy Etiopii. Do tego dochodzi 20 mld dolarów, które Pekin przeznaczył na pożyczki dla państw afrykańskich na najbliższe trzy lata.

Działalność Chin na kontynencie wzbudza jednak wątpliwości. Główne zarzuty to brak poszanowania praw pracowniczych i metody działania, które potęgują korupcję.

Krytycy wytykają Chinom wspieranie dyktatur i przymykanie oczu na represje i łamanie praw człowieka w krajach takich jak Angola, Etiopia czy Sudan. Podobne zarzuty można postawić jednak również Stanom Zjednoczonym, które w ciągu ostatnich 50 lat ingerowały w wewnętrzną politykę wielu krajów Afryki.

"Dla mnie nie ma różnicy czy Stany Zjednoczone, czy Chiny" - powiedział PAP Gilbert Lwando, który jest kierowcą tira na trasie DR Kongo-RPA. "Kiedy jadę przez Zambię klnę na drogę, którą Chińczycy zbudowali kilka lat temu, a po której już nie da się jeździć. Kiedy wjeżdżam do DR Konga czekając na ładunek kobaltu z chińskiej kopalni, wspominam czasy szalonego dyktatora Mobutu Sese Seko, przez lata wspieranego przez Amerykę ze względu na komunizm w sąsiedniej Angoli. A w Kongo jak to w Kongo, mimo że to bogaty w surowce kraj, nic się nie zmienia. Ludzie umierają codziennie. Prawa człowieka się nie liczą" - tłumaczył.

W ostatnim dwudziestoleciu polem bitwy dwóch mocarstw był również Sudan. Kiedy w latach 70. amerykański koncern Chevron odkrył złoża ropy w największym kraju Afryki, wsparciem Waszyngtonu cieszył się islamski dyktator Dżafar Numajry.

Jednak wprowadzone przez niego prawo szariatu i próba zawłaszczenia roponośnych terenów na południu kraju zaowocowała wybuchem krwawej wojny domowej, uniemożliwiając wydobycie cennego surowca.

Kiedy do władzy doszedł Omar al-Baszir, sojusznikiem islamskiej Północy zostały Chiny, sowicie dozbrajając reżim z Chartumu. Południe przez lata wspierał zaś Waszyngton - kluczowy mediator podczas negocjacji pokojowych, które zakończyły 22-letnią wojnę domową. Sudan Południowy proklamował niepodległość w lipcu 2011 roku.

Krótko po ogłoszeniu niepodległości Południe zakręciło jednak kurek z ropą ze względu na spory z Północą o wysokość opłat za korzystanie z rurociągu, który biegnie nad Morze Czerwone. Oba kraje pogrążyły się w kryzysie. W kwietniu pokój pomiędzy państwami sudańskimi stanął pod znakiem zapytania. ONZ zagroził sankcjami, jeśli oba kraje nie dojdą do porozumienia. Termin ultimatum minął w przeddzień przyjazdu Hillary Clinton do Sudanu Południowego.

W piątek sekretarz stanu podczas krótkiej wizyty w stolicy najmłodszego kraju świata powiedziała dziennikarzom, że "trzeba, by surowce popłynęły". Nie minęła doba, a główny negocjator Unii Afrykańskiej Thabo Mbeki ogłosił, że rządy z Chartumu i Dżuby doszły do porozumienia i kurek z ropą zostanie odkręcony w najbliższym czasie.

"Mam nadzieję, że teraz będzie lepiej" - powiedział PAP Otim - właściciel lokalnej restauracji. "Może ludzie zobaczą choć ułamek zysków z ropy. Do tej pory ich nie widzieliśmy, bo mamy skorumpowany rząd."

Niedawno Sudanem Południowym wstrząsnęła afera korupcyjna. Z budżetu państwa wyparowały niemal 4 mld dolarów.

"No i co my mamy z wielkich mocarstw?" - zastanawia się w rozmowie z PAP farmaceuta Akol. "Wszyscy chodzą w chińskich klapkach i rozmawiają przez chińskie telefony komórkowe. Za rogiem otwarto chiński szpital o nazwie +Przyjaźń+, ale drogi i trudno się z lekarzem dogadać po angielsku. Z Ameryki mamy coca-colę, chociaż produkowaną w Ugandzie. Dla normalnego człowieka i tak to niewiele zmienia. Chiny czy Ameryka. Wszystko mi jedno. Każdy chce od Afryki tylko nasze surowce. Ludzie się nie liczą" - mówi z goryczą.

Więcej newsów znajdziesz
w aplikacji INTERIA
Pobierz aplikację

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne