Reklama

Reklama

​Gruzini są zmęczeni rewolucjami

O gruzińskiej polityce, Rosji i nastrojach społecznych w Gruzji rozmawiamy z Wojciechem Góreckim, historykiem, reporterem i analitykiem Ośrodka Studiów Wschodnich specjalizującym się w tematyce Kaukazu Północnego i Południowego.

Monika Borkowska, Interia: Ostatnio na ulice Tbilisi znów wyszli demonstranci. Około 20 tys. osób blokowało parlament, protestując przeciw złamaniu obietnicy danej przez partię rządzącą. Posłowie odrzucili projekt ustawy o zniesieniu mieszanej ordynacji wyborczej i wprowadzeniu zasady proporcjonalności, co miało nastąpić już w przyszłorocznych wyborach. Czy to koniec Gruzińskiego Marzenia, głównej siły parlamentu?

Reklama

Wojciech Górecki: - Mamy kolejną falę niezadowolenia, ale skala tych protestów nie wskazuje, by na tę chwilę miało dojść do przewrotu. Oczywiście trzeba mieć na uwadze, że w Gruzji społeczeństwo jest podmiotowe, wyraża ono swą wolę także na ulicy. Jest tu tradycja zmiany władzy poprzedzanej ulicznymi wystąpieniami i wiecami. Życie polityczne jest bardzo żywiołowe. W każdej chwili można spodziewać się jakiegoś katalizatora, który przyspieszy rozwój wydarzeń. Ale 10 czy nawet 50 tys. demonstrantów nie ma siły sprawczej. Musiałoby wyjść 100-200 tys., żebyśmy mogli się zastanawiać, czy to doprowadzi do zmiany władzy.

Manifestacje odbywały się również wcześniej, w czerwcu.

- Faktycznie, podczas sesji zgromadzenia parlamentarzystów krajów prawosławnych rosyjski deputowany Siergiej Gawriłow zajął miejsce przewodniczącego parlamentu Gruzji, co wzbudziło powszechne niezadowolenie wśród Gruzinów. Ludzie wyszli na ulicę, ale protestowali nie tyle przeciwko Rosji, co przeciw swoim władzom. Sytuacja w gruzińskim parlamencie była raczej wpadką protokolarną, niedopatrzeniem ze strony gruzińskich władz, a nie prowokacją. Ten katalizator ujawnił jednak skalę niezadowolenia społecznego.

Ostatni sondaż wskazuje, że popularność Gruzińskiego Marzenia spada. Poparcie dla głównej partii wynosi 23 proc., podczas gdy opozycja w sumie może liczyć na 41 proc. głosów.

- Cały czas utrzymuje się jednak przewaga Gruzińskiego Marzenia nad poszczególnymi partiami opozycyjnymi. Jako pojedyncza siła to ono jest najbardziej wpływowe. Poza tym, obiektywnie patrząc, 23 proc. to nie jest źle jak na partię, która jest już siedem lat u władzy i ma różnego rodzaju problemy.

Nie dojdzie więc i tym razem do ulicznej rewolucji?

- Jeśli nie będzie bardzo silnego kryzysu gospodarczego, który wszyscy odczują, mocnej dewaluacji tamtejszej waluty, nadszarpnięcia oszczędności, jeśli nie wyłoni się po stronie opozycyjnej prawdziwy lider, który porwie za sobą ludzi, to myślę, że Gruzińskie Marzenie nie musi stać na przegranej pozycji nawet jeśli chodzi o przyszłoroczne wybory. Dla ludzi istotna jest stabilność i spokój. Nie chcą powrotu do polityki, jaka była prowadzona za czasów Saakaszwilego - bardzo nerwowej, rewolucyjnej. Tamtejsze społeczeństwo jest zmęczone niepokojami, aferami, walkami, wojnami. Poza tym istotnym problemem jest w Gruzji słabość opozycji. Brak silnej alternatywy, na którą można zagłosować.    

Czyli Gruzińskie Marzenie nadal pozostaje w grze...

- Od października 2012 roku ta partia wygrywała wszystkie wybory - dwa razy parlamentarne, dwa razy samorządowe. Dwa razy wskazywani przez nią kandydaci wygrali wybory prezydenckie. Co prawda nie byli to członkowie Gruzińskiego Marzenia, ale zostali przez nie wytypowani. Tak było zarówno w przypadku poprzedniego prezydenta, Giorgi Margwelaszwilego, jak i obecnej prezydent Salome Zurabiszwili. Wszystko to świadczy o sile ugrupowania. Choć ewidentnie mamy do czynienia z naturalną sytuacją wypalenia się partii, która przebywa u władzy i zmęczenia nią społeczeństwa.

Pokazały to już zeszłoroczne wybory prezydenckie, w których w pierwszej turze kandydatka z poparciem Gruzińskiego Marzenia przegrała, zwyciężając dopiero w drugiej turze.

- Przy czym od razu po pierwszej turze podjęto działania populistyczne na niespotykaną wcześniej skalę, spłacono między innymi część zadłużenia obywateli. Skorzystało na tym aż 600 tys. Gruzinów. W efekcie Salome Zurabiszwili cieszyła się w drugiej turze przewagą aż 20 pkt. proc. Ostatecznie ludzie zagłosowali na stabilność. Tamtejsze społeczeństwo boi się politycznych awantur, rozchwiania, ma dość rewolucji. Ówczesny kontrkandydat obecnej prezydent, Grigol Waszadze, zapowiadał, że jedną z pierwszych jego decyzji będzie ułaskawienie byłego prezydenta Michaiła Saakaszwilego, który jest w tej chwili skazany prawomocnymi wyrokami w Gruzji (inna rzecz, jak te wyroki oceniać) i przebywa za granicą. A Saakaszwili jest cały czas bardzo kontrowersyjną postacią. Ma wielu zwolenników, ale jeszcze więcej przeciwników.

Co ludzi zniechęca do obecnej władzy?

- Przede wszystkim brak spełnienia obietnic wyborczych. Wbrew wcześniejszym zapowiedziom nie wzrosła liczba miejsc pracy, Gruzini borykają się z drożyzną, osłabiła się waluta narodowa. Do tego doszło wycofanie się z obietnicy zniesienia mieszanej ordynacji wyborczej w najbliższych wyborach. Dlatego społeczeństwo zaczyna okazywać swoje niezadowolenie.

Tamtejsza cerkiew wpływa na decyzje polityczne ludzi?

- Cerkiew gruzińska jest podzielona. Większość hierarchów jest prorosyjska, bardzo konserwatywna, ale jest też niewielka grupa prozachodnich hierarchów. Tamtejsza cerkiew cieszy się bardzo dużym szacunkiem i zaufaniem wśród ludzi. Na jej czele od ponad 40 lat stoi Eliasz II, który jest ciężko schorowanym 86-letnim człowiekiem u kresu życia. To bardzo rozsądny polityk, łagodzący napięcia. Ale walka o następstwo między wpływowymi hierarchami już trwa. Gdy przyjdzie nowy, bardziej radykalny patriarcha, wszystko może się zmienić. Wyobrażam sobie sytuację, w której cerkiew odegra istotną rolę w politycznych wyborach Gruzinów.

Gruzini mają na głowie jeszcze inny poważny problem - rosyjską politykę. Nieformalna granica między Osetią Południową a Gruzją jest wciąż przesuwana w głąb Gruzji. Jaki jest cel tych działań? Posterunki znajdują się już kilkaset metrów od głównej drogi łączącej wschód kraju z zachodem.

- Rosja chce zmusić w ten sposób Gruzję do uznania linii administracyjnej za granicę państwową. Chodzi o wymuszenie na Gruzinach budowy swoich umocnień. Mamy do czynienia z tak zwaną borderyzacją, wystawianiem posterunków w nowych punktach. Przy wjeździe do Osetii Południowej i Abchazji nie ma pograniczników gruzińskich, bo dla Gruzji to nie jest granica. A Rosjanie chcieliby, by Gruzini budowali tam zasieki, umocnienia. Przy okazji są to działania prowokacyjne, zaczepne. To taka gra psychologiczna. W tym momencie nie chodzi bowiem Rosji o aneksję gruzińskich terenów. To nie jest jej teraz potrzebne. 

Czy Gruzini wciąż liczą na ponowne włączenie Abchazji i Osetii do Gruzji?

- Gruzja nigdy nie pogodzi się z utratą tych regionów. Sądzę zresztą, że w perspektywie powiedzmy półwiecza być może wrócą one do Gruzji. Ale w perspektywie krótkoterminowej nie widać dużych szans na zmianę. Rosja nie pozwoliłaby sobie na to.

Jakie jest podejście Gruzinów do Rosji?

- Mamy do czynienia z chłodnymi relacjami dwustronnymi, a właściwie ich brakiem, bo stosunki dyplomatyczne są zawieszone od 2008 roku. Niechęć do Putina, do Rosji, jako państwa o zakusach neoimperialnych, nie przekłada się jednak na brak sympatii do Rosjan jako narodu. Łączy ich wiele - wspólna prawosławna kultura, świadomość wspólnoty losów, dziedzictwo życia we wspólnym państwie. Do Gruzji przyjeżdża bardzo wielu turystów z Rosji, co przekłada się na realne pieniądze. Zamknięcie lotów z Rosji do Tbilisi w wyniku czerwcowych wydarzeń spowodowało spore straty dla kraju. Podobnie zablokowanie części gruzińskiego eksportu. Gospodarka mocno to odczuła. Gruzini nie odcinają się od Rosjan.

Rozmawiała Monika Borkowska 

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne