Reklama

Reklama

Gruzja poza szlakiem turystycznym

Gruzja, jaką znamy z folderów biur podróży i opowieści urzeczonych nią turystów, to tylko część prawdy. Piękne krajobrazy, cenne zabytki, gościnni ludzie, wspaniała kuchnia, wyjątkowe wino - wszystko to niezaprzeczalne fakty. Ale za fasadą turystycznego raju kryje się wiele problemów, z którymi Gruzini muszą się mierzyć na co dzień.

Najbardziej dotkliwe są kłopoty natury finansowej. Wystarczy zejść z głównych szlaków turystycznych, by zobaczyć, że część ludzi żyje w biedzie. Emerytury wynoszą 200 lari, co stanowi równowartość niecałych 300 zł. Zakupy w sklepie robią na kreskę, regulują część długu po wypłacie pensji czy emerytury, po czym znów mechanizm się powtarza. Nawet w takich miastach jak Batumi, czy Tbilisi można spotkać Gruzinów, którzy ledwo wiążą koniec z końcem.

Cienki portfel

Reklama

Brakuje pracy, a jak już jest, to często nisko płatna. Nikt tak naprawdę nie wie, jak duże panuje w Gruzji bezrobocie, a to za sprawą bardzo szerokiej definicji osoby zatrudnionej. Wiele osób pracuje w rolnictwie, we własnych gospodarstwach, które czasem działają na granicy opłacalności lub są zwyczajnie niedochodowe. Te osoby nie kwalifikują się już jako bezrobotne. Według niezależnych szacunków, realne bezrobocie może wynosić nawet 30 proc. Sytuację pogarsza wzrost cen, z jakimi borykają się mieszkańcy kraju.

Wielu Gruzinów zdecydowało się w ostatnich latach na emigrację. Decyzję ułatwił fakt zniesienia dla nich wiz do krajów Unii Europejskiej wiosną 2017 roku. Wyjeżdżają za chlebem do Europy. Sporo z nich zatrzymuje się w Polsce. Zarobione pieniądze ślą do domów w różnych zakątkach Gruzji, zapewniając utrzymanie bliższej i dalszej rodziny.

Emigracja się nasila. Problem z napływem gruzińskich obywateli sygnalizują Niemcy. Od początku mieli oni duże wątpliwości co do zniesienia wiz do UE dla obywateli Gruzji. Rośnie liczba wniosków o azyl, dlatego Niemcy sprawdzają możliwości powstrzymania migracji z tego kraju. We wrześniu 2017 roku wnioski złożyło 238 osób, w październiku 355, w listopadzie 444, a w grudniu 522. W styczniu 2018 roku o azyl ubiegało się natomiast już 745 obywateli. Wzrost odnotowały też władze Francji, Włoch i Szwecji.

Ważnym źródłem dochodów w Gruzji jest turystyka, dlatego kto może wynajmuje pokój czy dom dla przyjezdnych, oferując też przy okazji wyżywienie i wycieczki. Miejsca pracy generuje również sektor gastronomiczny, a także przemysł winiarski. 

Mężczyźni chętnie zatrudniają się jako taksówkarze. Kto podróżował po tym kraju, wie, że od ofert przejazdów ciężko się opędzić, szczególnie na szlakach turystycznych. Gruzja jest zagłębiem taksówkowym. Własne auto to szansa na dodatkowe dochody, zatem w kraju rozwija się biznes motoryzacyjny. Sporo osób para się handlem używanymi samochodami i częściami.

PKB w Gruzji, według danych Międzynarodowego Funduszu Walutowego za 2018 rok, wynosi na mieszkańca około 330 euro miesięcznie. Dla porównania w Niemczech jest to ponad 3600 euro, a w Polsce 1160 euro. Przepaść jest więc ogromna.

Kierunek - Unia

W Gruzji na każdym kroku można spotkać wiszące obok siebie flagi gruzińską i Unii Europejskiej, i to zarówno na budynkach państwowych, jak i prywatnych. Gruzini podkreślają, że oni nie idą do Europy, ale już w niej są, jako kraj chrześcijański, osadzony w europejskiej tradycji. Są przekonani, że wstąpienie do Unii Europejskiej będzie symbolicznym zwrotem, gwarancją stabilizacji, zarówno politycznej jak i gospodarczej.

Liczą, że kurs unijny poprowadzi również ich kraj do dobrobytu. A, co ważniejsze, będzie stanowił zaplecze, które uchroni Gruzję przed rosyjskimi wpływami i naciskiem. Moskwa jest zresztą świadoma tego zagrożenia. Podsyca więc w gruzińskim społeczeństwie obawy przed Unią, która - jak przekonuje - zniszczy prawosławną kulturę, wprowadzi zepsucie, ideologię LGBT i swoje porządki w każdej dziedzinie życia.

Gruzja pretenduje też do bycia członkiem NATO. Jakiś czas temu pojawiały się informacje o możliwej budowie amerykańskiej bazy wojskowej na terenie kraju. Tu jednak Gruzini mają więcej oporów. Spora część z nich twierdzi, że byłoby to prowokowanie Rosji. Nikt nie chce tu kolejnej wojny, tym bardziej, że wciąż jeszcze niezagojone są rany po walkach z 2008 roku.

- Po co drażnić Rosjan? Co to nam da? Chcemy żyć spokojnie, bez konfliktu. Chcemy, by nasze dzieci i wnuki wychowywały się w pokoju. Jeśli Ameryka chce siłować się z Rosją, niech nie robi tego naszym kosztem. Nie chcemy być ofiarą tej rywalizacji - mówi Aleksandr, mieszkaniec nadmorskiego Poti.

Polityczne wypalenie

Gruzini są nieco rozczarowani obecną sytuacją, bowiem rządząca w kraju od 2012 roku partia Gruzińskie Marzenie nie dotrzymała swoich obietnic, wśród których była między innymi zapowiedź zwiększenia liczby miejsc pracy i poprawa sytuacji gospodarstw domowych. Do tego doszło wycofanie się z obietnicy zniesienia mieszanej ordynacji wyborczej i wprowadzenia zasady proporcjonalności w przyszłorocznych wyborach. To wywołało ostatnie demonstracje na ulicach Tbilisi.

Za rok odbędą się wybory, ale mimo niezadowolenia obywateli przegrana Gruzińskiego Marzenia w wyborach wcale nie jest przesądzona. Przyczyn jest wiele. Po pierwsze - na tamtejszej scenie politycznej nie ma wystarczająco silnej opozycji, alternatywnego lidera, który pociągnąłby za sobą tłumy. Z kolei rządzący z pewnością będą przed wyborami podejmować populistyczne działania, obliczone na zdobycie głosów. Tak było choćby w przypadku ostatnich wyborów prezydenckich.

Obecna prezydent, Salome Zurabiszwili, kandydatka wskazana przez Gruzińskie Marzenie, przegrała w pierwszej turze zeszłorocznych wyborów. Przed drugą turą władze ogłosiły, że spłacą część długów obywateli. Akcja objęła 600 tys. gospodarstw domowych. W efekcie w finałowej rozgrywce miała 20 punktów procentowych przewagi.

Gruzini oddali swój głosi na Zurabiszwili tym chętniej, że jej kontrkandydat Grigol Waszadze zapowiadał, iż jedną z pierwszych jego decyzji będzie ułaskawienie byłego prezydenta Michaiła Saakaszwilego, który ma w Gruzji wielu wrogów.

Podzielone społeczeństwo

Sakaszwili budzi skrajne emocje w gruzińskim społeczeństwie. Część ludzi go popiera. Argumentują, że zrobił porządek w kraju. Zanim objął prezydenturę, o zmroku strach było wyjść z domu. Kwitł bandytyzm, ludzie bali się zostawić na noc auto na ulicy. Panowała powszechna korupcja. Borykano się z przyziemnymi problemami - brakowało prądu i gazu. Kraj był w ruinie. Sakaszwili, młody, dziarski, wykształcony między innymi w Stanach Zjednoczonych, wprowadził nowe porządki. Wzmocnił policję, rozpoczął walkę z kryminalistami, zbudował wiele nowych obiektów.

Ale przeciwnicy, których jest tu więcej, podkreślają, że za czasów Miszy, bo tak się w Gruzji o nim mówi, połowa kraju siedziała w kryminale. Początkowo więzienia były zapełniane bandytami, potem dołączali do nich niewygodni politycznie, ludzie biznesu itd. W czerwcu 2018 roku gruziński sąd skazał Saakaszwilego na sześć lat więzienia, zarzucając mu, że jako prezydent wydał polecenie zorganizowania ataku na swojego przeciwnika politycznego, opozycjonistę Walerego Gelaszwilego, którego brutalnie pobito w 2005 roku w Tbilisi. Z kolei w styczniu 2018 roku gruziński sąd skazał go na trzy lata więzienia za to, że miał zastosować amnestię wobec czterech funkcjonariuszy sił bezpieczeństwa skazanych za zamordowanie urzędnika bankowego.

Przeciwnicy Miszy przyznają, że początkowo robił dobre rzeczy, ale potem poszedł w złą stronę. Wypominają mu jego bogactwo i bezwzględność w dochodzeniu do celu. Mówią, że to przez jego buńczuczną politykę doszło do wojny w 2008 roku. Zwolennicy odpierają te ataki, argumentując, że tylko ci, którzy nic nie robią, nie popełniają błędów. Pod tym względem tamtejsze społeczeństwo jest dość mocno podzielone. Za rok odbędą się kolejne wybory, ale powrót Saakaszwilego póki co nie wydaje się możliwy.

Trudne sąsiedztwo

Gruzja to nie raj. Kraj ten boryka się nie tylko z problemami wewnętrznymi, ale i zewnętrznymi. Po wojnie w 2008 roku Rosja uznała niepodległość oderwanych od Gruzji regionów Abchazji i Osetii Południowej, po czym urządziła w nich swoje bazy wojskowe. Gruzini cały czas czują na plecach gorący oddech Rosji, która przesuwa nieformalną granicę między Gruzją a Osetią Południową w głąb Gruzji.

Gruzini uważają oderwane terytoria za część swojego kraju. Cały czas liczą, że kiedyś odzyskają nad nimi kontrolę. Póki co jednak mają związane ręce. Są świadomi, że w wojnie z Rosjanami nie mają szans. Nie są też gotowi na kolejny rozlew krwi, bo świeże są jeszcze rany po walkach sprzed dekady.

Rosjanie z kolei nie odpuszczą sobie południowego Kaukazu. Chcą, by pozostał w orbicie ich wpływów. Nie dopuszczą, by wpadł w ramiona Europy. Posługują się przy tym najróżniejszymi środkami, począwszy od ekonomicznych poprzez polityczne i propagandowe. W efekcie Gruzja pozostaje w pacie, nie mogąc do końca wyrwać się z żelaznego uścisku wielkiego brata.

aida

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje