Reklama

Reklama

"Holendrzy oddali hołd demokracji"

Środowe wybory w Holandii pokazały, że zwycięstwo populistów nie jest nieuchronne oraz że nie potrafią oni wygrać walki na argumenty - komentuje w czwartek belgijski dziennik "Le Soir". Frekwencja na poziomie około 80 proc. to hołd dla demokracji - ocenia.

Według wstępnych wyników holenderskie wybory parlamentarne wygrała centroprawicowa Partia Ludowa na rzecz Wolności i Demokracji (VVD) premiera Marka Ruttego z 33 mandatami. Na drugim miejscu jest populistyczna, antyislamska i antyunijna Partia na rzecz Wolności (PVV) Geerta Wildersa z 20 mandatami - to o pięć więcej, niż miała dotychczas.

Reklama

"Już drugi raz, po Austrii, kraj udowadnia, że zwycięstwo populistów nie jest nieuchronne. 80-procentową frekwencją Holendrzy oddali hołd demokracji" - pisze "Le Soir". Ocenia, że sama mobilizacja wyborców, do której mogło przyczynić się zdenerwowanie wywołane napięciami z Turcją, to odpowiedź, jaką powinni wykorzystać demokraci w obliczu fali populizmu.

"Wstępne wyniki wyborów w Holandii (...) pokazują, że gdy jest odwaga, by stawić czoło populistom i złudzeniom, jakie proponują, można ich powstrzymać. PVV Geerta Wildersa zyskała kilka miejsc w parlamencie, ale jest daleka od zapowiadanego przez Wildersa przełomu. I mimo utraty 10 mandatów partia VVD premiera Marka Ruttego jest zdecydowanie najsilniejszym ugrupowaniem w Holandii. W tych proporcjonalnych wyborach, które niezwykle mocno koncentrowały się na dwóch emblematycznych postaciach, wynik jest jasny: populista Wilders przegrał z demokratą Ruttem" - pisze belgijski dziennik. Dodaje jednak, że Rutte powinien się zastanowić, czy dryf w stronę populistycznych haseł ograniczył jego straty, czy też się do nich przyczynił.

"Prawie pogodziliśmy się z opinią, że nawet jeśli Wilders nie osiągnie wyniku, który pozwoli mu stanąć na czele rządu albo wpływać na niego, to i tak jego rezultat będzie znaczącym przełomem na poziomie europejskim. Tak się nie stało. Dwie postępowe partie, Zieloni i liberalna D66, osiągnęły spektakularny wzrost, a chrześcijańscy demokraci też wypadli dobrze" - zauważa "Le Soir". Jak dodaje, największym przegranym jest socjaldemokratyczna Partia Pracy, co jest ważną lekcją, nad którą zastanowić się musi tradycyjna socjaldemokracja.

Według komentatora belgijskiej gazety wydaje się, że w globalnej konfrontacji między liberalną demokracją a populizmem, miedzy otwartością na świat a zamknięciem się w sobie, między tolerancją a odrzuceniem inności, socjaldemokracja przestaje być ważną alternatywą.

"Tak jak w wyborach prezydenckich w Austrii, gdzie polityk Zielonych (Alexander) Van der Bellen wygrał wybory poprzez sprzeciw wobec tez skrajnie prawicowego kandydata, znów mamy dowód, że nie ma lepszej broni niż determinacja, niż przekonanie i odważne argumenty, które odwołują się do mądrości wyborcy. To właśnie bitwy na argumenty populiści i skrajna prawica nie mogą wygrać" - ocenia "Le Soir". Świadczyć o tym może także wynik referendum w Wielkiej Brytanii z czerwca ubiegłego roku, gdy poziom argumentów sięgał dna, "a wynik wszyscy znamy" - pisze gazeta.

"Nasi przyjaciele z Francji, którzy będą walczyć w kolejnej rundzie z populizmem, powinni starannie przestudiować holenderską lekcję" - ocenia "Le Soir", odnosząc się do zaplanowanych na kwiecień i maj wyborów prezydenckich we Francji.

Z Brukseli Anna Widzyk

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje