Katastrofa awionetki na Alasce. Komunikat MSZ

Władze parku narodowego Denali na Alasce oświadczyły, że ze względu na złe warunki pogodowe nie są w stanie przewidzieć, kiedy i czy w ogóle podejmą próbę dotarcia na miejsce katastrofy samolotu z pięcioma osobami na pokładzie. Polskie służby konsularne pozostają w stałym kontakcie z miejscowymi służbami, biurem podróży oraz z rodzinami Polaków, którzy znajdowali się na pokładzie rozbitego samolotu.

Z powodu złych warunków atmosferycznych i niedostępnego górskiego terenu dwaj eksperci federalnego Urzędu ds. Bezpieczeństwa Transportu (NTSB), którzy zostali skierowani do przeprowadzenia dochodzenia, nie będą w stanie dokonać wizji lokalnej na miejscu tragedii - poinformowały władze stanowego oddziału NTSB w stolicy Alaski, Anchorage.

Reklama

We wtorek władze parku Denali zniosły tymczasowy zakaz lotów nad miejscem wypadku.

Cztery ofiary, jedna osoba zaginiona

W katastrofie samolotu wycieczkowego, która wydarzyła się w sobotę o godz. 18 (ok. godz. 4 nad ranem w niedzielę w Polsce), zginęły cztery osoby. Ciała piątej osoby nie odnaleziono; jest ona uznawana zaginioną. Do tej pory nie udało się ustalić, czy ta zaginiona osoba była pilotem czy jednym z czworga polskich turystów na pokładzie.

Do katastrofy doszło w trudnych warunkach atmosferycznych, przy niskim pułapie chmur i poważnie ograniczonej widoczności, na wysokości ok. 3200 metrów, blisko wierzchołka masywu górskiego zwanego lokalnie Thunder Mountain w odległości ok. 23 km na południowy zachód od góry Denali (do 2015 roku szczyt oficjalnie znany był jako McKinley) - najwyższego szczytu w Ameryce Północnej, od którego wziął swoją nazwę park narodowy.

Utrudniona akcja ratunkowa

Pierwszą próbę dotarcia do miejsca katastrofy podjęto w niedzielę o świcie czasu miejscowego. Uczestniczyły w niej ekipy ratunkowe złożone ze strażników Służby Parków Narodowych (National Park Service), funkcjonariuszy Federalnej Administracji Lotnictwa (FAA), ratowników NTSB i załóg czterech śmigłowców - w tym przystosowanego do lotów wysokogórskich śmigłowca Straży Parków Narodowych (NPS) i trzech śmigłowców lotnictwa Gwardii Narodowej stanu Alaska.

Jednak mimo posiadanych dokładnych namiarów GPS miejsca, w którym znajduje się wrak samolotu, ekipy ratunkowe z powodu ograniczonej widoczności nie były w stanie go zlokalizować. Jednopłatowy, jednosilnikowy samolot należał do firmy K2 Aviation, organizującej przeloty turystyczne nad parkiem narodowym Denali.

Wznowione poszukiwania

Dopiero w poniedziałek warunki atmosferyczne poprawiły się na tyle, że ekipy wznowiły poszukiwania, kierując się sygnałami nadal działającego lokalizatora samolotu. Wtedy Chris Erickson, ratownik górski i strażnik NPS, w uprzęży przymocowanej na stałe liną do śmigłowca, został opuszczony na zbocze Thunder Mountain, gdzie w jedną ze szczelin, nad lodowcem zwisającym nad przepaścią, wbił się samolot K2 Aviation.

W wywiadzie udzielonym lokalnej stacji KTUU-TV Erickson powiedział, że przekopał się przez zwały śniegu i zobaczył w kabinie samolotu zwłoki czworga pasażerów. Z powodu trudnych warunków na miejscu katastrofy przebywał "nie dłużej niż pięć minut", co tłumaczy, dlaczego nie udało mu się odnaleźć ciała piątej ofiary. Jest pierwszą i jedyną dotąd osobą, która dotarła na miejsce tragedii.

"To zdumiewające, że wrak samolotu utrzymał się na tej wysokości, wbity w prawie pionową szczelinę skalną" - ocenił Erickson. Jego zdaniem opuszczenie się na linie z podkładu śmigłowca to jedyny sposób na dotarcie do wraku. Z powodu groźby lawin na pionowym zboczu, które według jego słów jest "mieszaniną lodu, śniegu i kamieni", Erickson jako niewykonalny określił pomysł wspięcia się do tego miejsca od podnóża góry.

Polacy na pokładzie

Władze parku narodowego potwierdziły, że czworo pasażerów samolotu było Polakami, ale na prośbę konsulatu generalnego RP w Los Angeles nazwiska ofiar zostaną podane do wiadomości publicznej dopiero po poinformowaniu ich najbliższych.

Jak przekazał w rozmowie z PAP konsul honorowy RP na Alasce Stanisław Borucki, wszelkie sprawy związane z katastrofą koordynuje polskie MSZ. 

Biuro prasowe MSZ, pytane przez PAP o ustalenia dotyczące losów i tożsamości osób poszkodowanych w katastrofie, potwierdziło, że "samolotem podróżowali obywatele polscy". Resort poinformował zarazem, że do tej pory "nie wydobyto i nie zidentyfikowano ciał ofiar katastrofy".

Jak podkreśliło MSZ, sprawa katastrofy "znana jest Konsulatowi Generalnemu RP w Los Angeles, który od momentu uzyskania informacji o wydarzeniu podjął odpowiednie działania konsularne w tej sprawie". Polskie służby konsularne - dodano - pozostają w stałym kontakcie z miejscowymi służbami oraz biurem podróży.

Resort poinformował również, że konsul nawiązał kontakt z rodzinami podróżujących awionetką. "Niemniej, z uwagi na charakter sprawy oraz prawo do poszanowania prywatności rodzin, MSZ nie jest upoważnione do udzielania osobom trzecim szczegółowych informacji związanych z tą sprawą" - zaznaczono w odpowiedzi skierowanej do PAP.

Rzeczniczka parku narodowego Denali Katherine Belcher poinformowała, że czworo polskich turystów zarezerwowało wycieczkę samolotem za pośrednictwem polskiej firmy turystycznej. Nazwy tej firmy nie ujawnili dotąd ani ona sama, ani właściciele K2 Aviation. Belcher nie była też w stanie powiedzieć, czy polscy turyści podróżowali razem, czy też spotkali się dopiero na lotnisku w Talkeetna przed feralnym lotem.

Sobotnia katastrofa była najgorszą w ostatnich 20 latach lotów wycieczkowych nad parkiem narodowym Denali, który w ubiegłym roku odwiedziło prawie 650 tys. turystów.

Marceli Sommer, Tadeusz Zachurski 

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje