​Kolejny skandal wstrząsnął Białym Domem

Rob Porter, jedna z najważniejszych postaci gabinetu prezydenta Donalda Trumpa, podał się do dymisji po tym, jak dwie jego byłe żony oskarżyły go o przemoc domową. Jak wynika z medialnych doniesień, urzędnicy Białego Domu ignorowali niepokojące doniesienia na temat Portera, a dyrektor komunikacji Hope Hicks miała z nim romans.

Dwie byłe żony Roba Portera twierdzą, że znęcał się nad nimi psychicznie i fizycznie. Colbie Holderness, pierwsza żona, ujawniła zdjęcia z obrażeniami, których miała od niego doznać na wakacjach we Florencji. Również była dziewczyna Portera, z którą spotykał się już po rozwodach, przyznała, że 40-latek był wobec niej agresywny.

Reklama

Porter miał swoje partnerki m.in. dusić, kopać, bić pięściami, wyzywać i przewracać. 

Przy okazji wyszło na jaw, że z powodu mrocznej przeszłości FBI zablokowało Porterowi dostęp do informacji niejawnych.

O sprawie wiedzieli wysocy rangą urzędnicy Białego Domu - Don McGahn i generał John Kelly - jednak ocenili, że Porter powinien zachować stanowisko.

W centrum skandalu nieoczekiwanie znalazła się Hope Hicks, dyrektor komunikacji Białego Domu i najbardziej lojalna współpracownica Donalda Trumpa. W trakcie pracy dla prezydenta między Hicks a Porterem doszło do romansu. Wcześniej Hicks miała również romans z szefem sztabu wyborczego Trumpa - Coreyem Lewandowskim. 

Już po wybuchu skandalu wspomniany John Kelly, szef personelu Białego Domu, określił Portera mianem "człowieka honoru". Oświadczenie zredagowała... Hope Hicks.

Rob Porter stanowczo zaprzecza oskarżeniom byłych partnerek. Część pracowników Białego Domu jest przekonana, że za całą aferą stoi Corey Lewandowski.

Dowiedz się więcej na temat: Biały Dom

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje