Reklama

Reklama

​Koszmar w największym obozie dla uchodźców w Europie. "Morii już nie ma"

W środę (9 września), po raz drugi w ciągu jednej doby w Morii, największym obozie dla uchodźców w Europie, wybuchł pożar. Ogień niemal doszczętnie strawił dramatycznie przepełniony obóz. - Morii już nie ma - mówi w rozmowie z Interią Mateusz Gasiński, prezes Fundacji Dobra Fabryka, która pomaga migrantom na Lesbos. Jak podkreśla, zarówno uchodźcy, jak i mieszkańcy wyspy, byli zgodni - to było piekło na ziemi.

Dwa pożary, do jakich doszło w tym tygodniu w Morii na greckiej wyspie Lesbos, pozbawiły dachu nad głową kilkanaście tysięcy osób. Już wcześniej uchodźcy mieszkający w obrębie obozu znajdowali się w dramatycznej sytuacji.

Reklama

- Z pierwszymi falami uchodźców na wyspy dotarło setki tysięcy ludzi. Teraz tych łódek płynie mniej, ale obozy pękają w szwach. Przewidziana na 2800 osób Moria w pewnym momencie musiała pomieścić ich 30 000, tuż przed pożarem 13 000. Sytuacja nie jest lepsza na kontynencie - wyjaśnia w rozmowie z Interią Mateusz Gasiński. Fundacja Dobra Fabryka, którą kieruje, jest obecna na Lesbos już od jesieni 2019 roku i aktywnie pomaga uchodźcom na miejscu.  

Piekło na ziemi

Ogromne przeludnienie sprawiało, że warunki socjalne i higieniczne były koszmarne. Z powodu pandemii SARS-CoV-2 obóz został dodatkowo odcięty od świata w obawie przed rozprzestrzenianiem się wirusa (w Morii wykryto przypadki zakażenia). Ludzie byli odizolowani przez pięć miesięcy. Suma tych okoliczności sprawiła, że już przed wybuchem pożaru sytuacja stłoczonych w Morii uchodźców była wprost dramatyczna, a organizacje pomocowe z całego świata wyrażały się o niej krytycznie.

W nocy z wtorku na środę ogień doszczętnie strawił dużą część obozu. Ludzie zmuszeni byli uciekać przed żywiołem, chwytając w pospiechu choć część swojego niewielkiego dobytku. Z pożarem walczyło około 30 strażaków. Wśród osób, które ewakuowały się z obozu w nocy z wtorku na środę wykryto zakażenie koronawirusem, co dodatkowo utrudniło znalezienie dla nich schronienia. W środę wieczorem doszło do drugiego pożaru, który przypieczętował los Morii. Chyba tylko cudem nikt w obu pożarach nie zginął. Rzecznik greckiego rządu o podłożenie ognia oskarżył samych uchodźców, którzy w ten sposób mieli odpowiedzieć na restrykcje wprowadzone w związku z koronawirusem.

Na pytanie o to, co dzieje się teraz w obozie, Mateusz Gasiński stwierdził wprost, że nic, bo obóz już nie istnieje. - Nie ma już Morii i zapewne nie będzie się już dało jej odbudować - powiedział w rozmowie z Interią. - Co do tej jednej rzeczy zgodni są zarówno uchodźcy jak i mieszkańcy wyspy - Moria była piekłem na ziemi - dodał.

"Przynajmniej tak mogliśmy im pomóc w pierwszej chwili"

Jak zauważył, bardzo trudno jest policzyć, ile osób znajdowało się w przepełnionym obozie dla uchodźców. Podkreślił jednak, że migranci mieszkali nie tylko w zorganizowanym obozie. Jak zauważył, ze zniknięciem Morii wiąże się jeszcze jeden problem, który zagraża bytowi uchodźców.

- Mieszkańcy obozu się rozproszyli. Wielu z nich mieszkało poza obrębem samej Morii, w gajach oliwnych. Żyło tam bardzo wielu migrantów którzy jeszcze nawet nie zostali zarejestrowani, przez co ciężko dokładnie powiedzieć, jaka liczba osób się rozpierzchła. Szacuje się, że jest to około 13 tys. osób. Oni są teraz wszędzie, widać ich na ulicach. Noc spędzili na poboczach dróg, w kontenerach na śmieci. Cały czas jestem w kontakcie ze współpracownikami, którzy odpowiadają za nasz projekt na miejscu. Rozwieźliśmy kilka tysięcy posiłków. Uchodźcy zjedli na miejscu obiad, wieczorem kolację. Tak naprawdę te posiłki, które im dostarczyliśmy, były jedynymi, jakie wczoraj zjedli. Nie było obozu, nie było zatem oficjalnej dystrybucji żywności. Przynajmniej tak mogliśmy im pomóc w pierwszej chwili - powiedział Gasiński.

Spłonął sam obóz, jednak problem zapewnienia opieki i dachu nad głową kilkunastu tysiącom jego mieszkańców pozostał. Jak wyjaśnia prezes Fundacji Dobra Fabryka, rząd w Atenach podjął już w tym zakresie pewne kroki.

- Już wczoraj (9 września) wieczorem zapadła decyzja, że dzieci i młodzież, która była w obozie, opuszczają wyspę. Mają zostać skierowani na kontynent. Wczoraj wypłynął pierwszy prom, o 22 był samolot. Dzisiaj rano, o 6 i 11, kolejne loty. Łącznie szacuje się, że około 600 dzieciaków ma trafić na kontynent. To w dużej części dzieci, którymi się opiekowaliśmy - podkreślił.  

W miejsce jednej Morii wyrosną dwie?

Te ruchy greckich władz nie oznaczają jednak zażegnania kryzysu. Wiadomo, że wyjadą między innymi dzieci przebywające dotąd w obozie bez opieki dorosłych. Francja i Niemcy zadeklarowały przyjęcie około 400 z nich. Jak zauważa Gasiński, tylko te, które już były zarejestrowane w obozie. - Staramy się przekonać jak najwięcej krajów europejskich do przyjmowania uchodźców, w szczególności nieletnich - zapewniał w czwartek prezydent Emmanuel Macron. 

Osoby zarządzające Morią wspominają o planach zaadaptowania terenów wojskowych w celu zakwaterowania tych, którzy zostali i tych, którzy dotąd nie zostali zarejestrowani. Na wyspie wciąż przebywa około 400 dzieci bez opieki. Dodatkowe miejsca dla migrantów mają powstać w porcie. W tym celu mają zostać zaadaptowane jednostki marynarki wojennej i promy.

- Mieszkańcy póki co skutecznie blokują jednak możliwość dotarcia do nich z obawy, że uchodźcy znów zostaną tam na lata - mówi Gasiński. - Za chwilę jednak może się okazać, że zamiast jednej Morii, będziemy mieć dwie i to takie, w których warunki sanitarne, będą sto razy gorsze od tego, co było do tej pory, a napięcia będą tylko eskalowały. Mamy na wyspie Lesbos poważny kryzys i na razie nie ma na stole dobrych pomysłów na to, co dalej - ostrzega.

Czy Grecja sobie poradzi?

Rząd w Atenach mierzy się z gigantycznym kryzysem humanitarnym, spotęgowanym jeszcze przez pożar Morii. Na pytanie o to, czy Grecja jest sobie w stanie sama poradzić, ekspert stwierdza wprost, że nie ma takiej możliwości.

- W zeszłym roku bardzo pogorszyła się współpraca Grecji i Turcji w sprawie migrantów. Trzy tygodnie temu te kraje prawie wypowiedziały sobie wojnę z powodu i migrantów i paliw kopalnych na Morzu Śródziemnym. Na granicy lądowej w Evros w lutym doszło do starć, a tureckie wojskowe samochody forsowały ogrodzenie graniczne, żeby migranci mogli wejść do Europy. Przerwał to trochę koronawirus, ale prezydent Recep Tayyip Erdogan już zapowiedział, że migranci tam wrócą. Bez pomocy z zagranicy Grecy zostają sami, a szacuje się że uchodźców czekających na otwarcie granic jest w Turcji nawet kilka milionów. W tym momencie bez interwencji międzynarodowej Atenom będzie trudno się z tym uporać - mówi.

Zdaniem Gasińskiego, Grekom potrzebne jest wsparcie ze strony innych państw. Prywatnie też można się jednak przyczynić do poprawy losu osób, które mierzą się ze skutkami pożarów w Morii. Na przykład poprzez fundacje i inne organizacje pomocowe, działające na miejscu.  

- Wspieramy tam parę Greków - Katerinę i Nikosa, którzy przed tak zwanym kryzysem migracyjnym prowadzili restauracyjkę dla turystów. Widząc zziębniętych i głodnych ludzi, którzy wysiadali z łódek na brzegu wyspy, zaczęli jedzenie przygotowane dla turystów rozwozić i rozdawać im za darmo. To było w 2015 roku. W zeszłym roku wyremontowaliśmy im kuchnie, co sprawiło, że liczba posiłków, jaką jesteśmy w stanie tam przygotować, wzrosła do kilku tysięcy dziennie. Te posiłki były przygotowywane codziennie i codziennie dowożone do Morii - opowiada Gasiński.

Organizacje charytatywne musiały dynamicznie zareagować na zmianę sytuacji na Lesbos i dotrzeć z pomocą do rozproszonych na wyspie potrzebujących. Także ludzie współpracujący z Fundacją Dobra Fabryka wyruszyli tam, gdzie koczują ludzie pozbawieni po pożarze codziennych racji żywnościowych, jakie otrzymywali dotąd w obozie.  

- Kuchnia działa. Praktycznie non stop. Dostarczamy potrzebującym koce i śpiwory, wszystkie materiały pierwszej potrzeby. Na stronie fundacji dobrafabryka.pl trwa pilna zbiórka. Teraz sytuacja jest taka, że ci ludzie mają mnóstwo problemów do rozwiązania, ale nie uda im się tego zrobić, jeśli nie będą mieć na to siły. Więc w pierwszej kolejności trzeba ich nakarmić, a później będziemy się zastanawiać co dalej. Naprawdę możemy mieć różne zdania co do takiego, czy innego kształtu polityki migracyjnej Europy. Ale gdy cierpi choć jedno dziecko, które już u nas jest, to nie ma chwili na dyskusje. Trzeba je ratować, nakarmić i już - stwierdza Mateusz Gasiński.

Aleksandra Zaprutko-Janicka

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje