Reklama

Reklama

Niemcy: Skandal po latach. Jugendamt oddawał dzieci pedofilom

Marco i Sven pamiętają do dzisiaj przerażenie i wstyd, jakie towarzyszyły im prawie trzydzieści lat temu. Dorośli już mężczyźni trafili pod opiekę pedofila, który regularnie wykorzystywał przybranych synów. Jugendamt, czyli niemiecki urząd ds. nieletnich, doskonale wiedział o skłonnościach mężczyzny. Jak to możliwe?

Historia mężczyzn została opisana przez dziennikarkę niemieckiego tygodnika "Der Spiegel". Marco i Sven byli ofiarami przemocy domowej. Trafili pod opiekę tzw. zastępczego ojca. Mężczyzna miał być wybawieniem dla dwóch chłopców pochodzących z patologicznych rodzin. Okazało się, że piekło Marco i Svena dopiero się zaczyna.

"Rewolucyjny" program

Reklama

W 2013 r. na łamach niemieckich mediów ukazały się artykuły o decyzji władz regionalnych w Berlinie, które zdecydowały się zakończyć trwający 60 lat projekt oddawania dzieci pod opiekę mężczyzn o pedofilskich skłonnościach. Nowi opiekunowie byli zazwyczaj dobrze sytuowani finansowo, a urzędnicy starannie selekcjonowali kandydatów. Argumentacja urzędników po latach budzi obrzydzenie i szok. "Ci mężczyźni po prostu zakochiwali się w tych chłopcach, byli nimi zauroczeni" - wyjaśniał na łamach tygodnika "Der Spiegel" Helmut Kentler, jeden z ideologów procederu.

Kentler był psychologiem, którego tezy - z dzisiejszej perspektywy - mogą budzić zdziwienie. Pod koniec lat 60. był dyrektorem Centrum Pedagogicznego w Berlinie i wpływową osobą w stolicy Niemiec. Wpadł wtedy na pomysł legalizacji stosunków seksualnych z dziećmi, a jego koncepcja zyskała aprobatę Departamentu Edukacji, Nauki i Badań. Instytucja zaczęła finansować placówki opieki w mieszkaniach pedofilów. Kentler brał udział w selekcji opiekunów. Fritz H. mężczyzna, którego Marco i Sven oskarżają o wykorzystywanie seksualne, był wybrany właśnie przez Kentlera. Fritz H. już nie żyje, a wykorzystywani przez niego chłopcy opowiedzieli swoją historię po raz pierwszy, kiedy stali się dojrzałymi mężczyznami.

Marco i Sven

Obaj mężczyźni uważają się za braci. Marco jako pięciolatek sam chodził nocami po ulicach Berlina. Jego biologiczni rodzice bardzo wcześnie się rozwiedli, a chłopiec wielokrotnie padał ofiarą przemocy domowej. Kiedyś jego ojciec związał mu nogi w kostkach, by nie uciekał. Marco był bity, zadawano mu kary cielesne, które śmiało można nazwać torturami. W 1989 r. Marco trafił do Jugendamtu w Berlinie. Po kilku tygodniach przekazano go w ręce Fritza H. Chłopiec miał sześć lat. Początkowo wszystko było w porządku, choć Marco zauważył, że jego przybrany ojciec jest dość stary.

Szczęście nie trwało długo, Marco zaczął być bity, a F. często na niego krzyczał. Mimo wszystko, po pół roku zaczął nazywać mężczyznę "tatą".

Na jesieni w 1989 r. Fritz H. przyszedł do pokoju chłopca. Powiedział, że chce się "przytulać". Po chwili zaczął molestować seksualnie siedmiolatka. "Tak robią synowie z ojcami, kiedy się bardzo kochają" - Marco przywołuje w rozmowie z dziennikarką "Der Spiegel" argumentację przybranego ojca. Chłopiec uwierzył. Zaczęło się jego dziesięcioletnie piekło. H. molestował przybranego syna przynajmniej raz w tygodniu. Dorosły już Marco do dzisiaj ma blizny po ranach. W miarę dorastania, zainteresowanie pedofila chłopcem słabło. Kiedy Marco miał 17 albo 18 lat, F. przestał przychodzić do jego pokoju. Chłopak był też na tyle dorosły, by postawić się opiekunowi.

Nie zrobił tego wcześniej, bo nie zdawał sobie sprawy, że zachowanie ojca nie jest normalne.

Historia Svena przypomina opowieść Marca. Zabrano go z domu rodzinnego, kiedy miał siedem lat. Zanim trafił do Jugendamtu, musiał spędzić cztery miesiące w szpitalu z powodu żółtaczki typu B. Potem nikt nie chciał adoptować chorego chłopca, w końcu zdecydował się na to Fritz H. Sven miał wtedy osiem lat. "Byłem mu taki wdzięczny" - powiedział reporterce "Der Spiegel". Chłopiec cieszył się, że ma wreszcie - jak mu się wydawało - prawdziwy dom. Niestety, po jakimś czasie Sven podzielił losy Marco. Fritz H. przychodził do niego regularnie. "Na początku nie wiedzieliśmy, że on robi coś niewłaściwego" - potwierdził słowa brata Sven. Jak to możliwe? Fritz H. wielokrotnie zapewniał chłopca, że go kocha.
 

Fritz H.

W aktach nie ma wielu informacji na temat Fritza H. Wiadomo, że pracował jako spawacz i technik telekomunikacji. Na przestrzeni lat w jego domu żyło przynajmniej pięcioro dzieci. Pierwsze dziecko przekazano mu w 1973 r., kiedy trafili do niego Marco i Sven miał odpowiednio 47 i 49 lat.

Marco i Sven opowiedzieli dziennikarce "Der Spiegel", że ich adopcyjny ojciec stosował rozmaite metody, by wymusić na chłopcach milczenie. Najskuteczniejszym sposobem była groźba oddania Marco i Svena do sierocińca. Innym "rozwiązaniem" był zakup nowej konsoli do gier. Poza tym ciągle tłumaczył swoim adoptowanym synom, że wykorzystywanie seksualne jest normalne. Do chłopców jednak docierały sygnały, że coś jest nie w porządku. Widzieli nieletnich, którzy prostytuowali się przy niesławnym dworcu ZOO. Marco i Sven dowiedzieli się, że tamci chłopcy robią "to" za pieniądze, ale nie są wykorzystywani w domach. Do obu braci docierały też materiały telewizyjne o podobnych przypadkach.

Fritz H. nie pozwalał synom wyjeżdżać na kolonie, rzadko kiedy pozwalał na odwiedziny kolegów w domu. Kiedy już do tego dochodziło, ostrzegał znajomych chłopców, że Marco jest "kłamcą, któremu nie można wierzyć", a Sven "ma wyobraźnię".

W międzyczasie lekarz zauważył, że jeden z chłopców ma ślady po molestowaniu na ciele, w 1992 rozpoczęło się postępowanie przeciwko Fritzowi H. Specjaliści ocenili, że prawidłowy rozwój chłopców w domu pedofila jest zagrożony. Marco został skierowany na specjalną terapię. Mimo to postępowanie przeciągało się latami. Dlaczego? Doprowadziło do tego wstawiennictwo Helmuta Kentlera, który nadzorował wymyślony przez siebie projekt. 

"Dzięki latom doświadczeń w tej dziedzinie mogę powiedzieć, że pan H. wykonuje swoją pracę edukacyjną z tak pozytywnymi wynikami, że za każdym razem jestem pod wrażeniem" - napisał Kentler. Co więcej, psycholog polecał Fitza H. jako "wrodzony talent wychowawczy" - podkreśla Ann Katrin Mueller na łamach "Der Spiegel".

Skutki

Obaj bracia nie pracują, żyją z pomocy socjalnej. Nie mają wykształcenia, by zdobyć godziwą pracę, Sven wcześniej zmywał naczynia w jednym z hoteli. Teraz stan zdrowia uniemożliwia mu pracę. Ich przybrany ojciec latami zadawał im fizyczną krzywdę, której następstwem jest brak zaufania do ludzi i publicznych instytucji. Mimo straszliwej zbrodni, jaką wyrządzał im ich ojciec, do dzisiaj nie otrzymali żadnego zadośćuczynienia. Mają poczucie, że urzędy i instytucje za mało dla nich zrobiły - pisze dziennikarka "Der Spiegel". 

Najgorszy jest jednak fakt, że setki dzieci mogły podzielić los Marco i Svena. Projekt oddawania nieletnich pod opiekę mężczyzn o skłonnościach pedofilskich był realizowany przez lata, prawdopodobnie objęto nim przynajmniej kilkudziesięciu mężczyzn. 

Jugendamty powstały w latach 20. XX wieku jako instytucja opiekująca się trudną młodzieżą, zdeprawowaną na skutek wojny. Naziści, po dojściu do władzy w 1933 r. włączyli sieć tych placówek do swojego systemu wychowawczego. Obecnie działalność urzędów do spraw młodzieży znajduje się w gestii niemieckich krajów związkowych.

W przypadkach zaniedbania dzieci przez opiekunów lub znęcania się nad nimi, Jugendamty często są krytykowane za opieszałość i brak zdecydowania. Z drugiej strony regularnie zarzuca się im ingerowanie w życie rodzin i naruszanie prywatności. W Polsce szczególnie głośno komentowane były przypadki dzieci odbieranych z polskich rodzin.


Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje