Opozycjoniści na Białorusi skazani na lata w łagrze

Na kilka lat w kolonii karnej skazał w środę białoruski sąd trzech uczestników demonstracji opozycji w wieczór po wyborach prezydenckich 19 grudnia. Alaksandr Atroszczankau dostał 4 lata, Alaksandr Małczanou - 3, Źmicier Nowik - 3,5 roku pozbawienia wolności.

Adwokaci zapowiedzieli apelację. Obrończyni praw człowieka Ludmiła Hriaznowa w rozmowie z PAP nazwała wyrok "absurdalnym i motywowanym politycznie".

Reklama

Sędzia Tacjana Czarkas uznała, że w zmowie z innymi osobami oskarżeni brali udział w masowych zamieszkach, którym towarzyszyło zniszczenie mienia. Prokuratura żądała pięciu lat pozbawienia wolności. Adwokaci kwestionowali sam fakt masowych zamieszek. "Niewielka grupa osób, od 7 do 15 osób, biła szyby (w drzwiach budynku rządu na Placu Niepodległości w Mińsku - PAP). Biło je tylko pięciu ludzi, a ponad 10 tysięcy pozostałych niczego nie zniszczyło" - mówił obrońca Nowika Andrej Sankowicz.

Najmłodszy z oskarżonych, 22-letni Małczanou, przyznał się do zerwania flagi państwowej z budynku KGB. Przyznał też, że kiedy wybito szkło w drzwiach budynku rządu, uderzał w drewniane osłony za nimi. Bronił się, że działał w euforii i nie spowodował zniszczeń. Nowik również bronił się, argumentując, że pchał osłony, ale nie próbował ich zniszczyć.

Ich wyjaśnienia padały w trakcie przeglądu materiału wideo podczas rozprawy. Nagrania z kilku różnych ujęć pokazywały ludzi przed wejściem do budynku rządu. Widać, że szkło w drzwiach budynku rządu zostało rozbite, a za nim znajdują się drewniane osłony, prawdopodobnie meble. Widać ludzi uderzających w osłony, słychać okrzyki.

Atroszczankau, który był rzecznikiem prasowym byłego kandydata opozycji na prezydenta Andreja Sannikaua, mówił, że znajdował się na demonstracji jako dziennikarz. Nie przyznał się do winy. Argumentował, że na nagraniu widać go na drugim planie, obserwującego ludzi uderzających w drzwi, a na niego z tyłu napiera tłum.

Podczas rozprawy przesłuchano sześcioro świadków. Prokuratura powoływała się też na inne materiały, m.in. protokoły rewizji w domach oskarżonych, wykazy ich połączeń telefonicznych i zapisy rozmów, a także protokół wizji lokalnej z placu Niepodległości, według którego po demonstracji znaleziono dużą ilość niebezpiecznego sprzętu.

Ludmiła Hriaznowa, komentując wyrok, powiedziała, że "władza bardzo się boi tego, że na Białorusi mogą się pojawić zjawiska w jakimś stopniu podobne do obecnych wydarzeń w Afryce Północnej. Po drugie - podnoszona jest cena, po to, by jak najdrożej sprzedać naszych więźniów politycznych w handlu z Zachodem".

Najwyższą karę dla Atroszczankaua oceniła jako "sygnał dla Sannikaua i dla innych polityków, których zatrzymano i aresztowano za wydarzenia 19 grudnia", ponieważ władze uważają go "za aktywnego działacza opozycyjnego" związanego z Sannikauem.

Środowy proces odbywał się w niewielkiej sali na 36 osób. Jak widziała PAP, kilkanaście miejsc zajmowała młodzież, która nie weszła razem z członkami rodzin oskarżonych ani dziennikarzami. Powiedzieli oni dziennikarzom, że są "z różnych uczelni"; przypuszczalnie byli to członkowie oficjalnego Białoruskiego Republikańskiego Związku Młodzieży (BRSM).

Z Mińska Anna Wróbel

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje