Reklama

Reklama

Protesty po wyborach na Białorusi. Wspominają pobyt w aresztach

Wiceminister spraw wewnętrznych Białorusi Aleksander Barsukow poinformował, że wszyscy zatrzymani w czasie antyrządowych demonstracji zostaną zwolnieni. Wychodzące na wolność z aresztu w Mińsku młode dziewczyny płakały, opowiadając swoje przeżycia. Na Białorusi w trakcie pięciu dni powyborczych demonstracji zatrzymano ok. siedmiu tysięcy osób.

Młoda lekarka z Mińska jako wolontariuszka pomagała ludziom, którzy odnieśli obrażenia w trakcie starć ulicznych. Została zatrzymana o godz. 1 w nocy 12 sierpnia. O swoich przeżyciach opowiedziała dziennikarzom. 

Reklama

- Cela, do której trafiłam, była na cztery osoby, miała ok. 10 metrów kwadratowych. Znajdowało się tam ok. 50 osób. Zrozumiałe, że spać tam nie mogłyśmy. Niektóre noce musiałyśmy stać, gdyż nawet usiąść nie było jak. Pierwszą dobę stałam na ulicy w więziennym spacerniaku - tam był dach z siatki i ściany betonowe. Nas nie karmiono i nie dawano wody. Niektóre dziewczyny bito, ale mnie nie - mówi lekarka.

Inna mieszkanka Mińska wspomina posterunek milicji, na który ją zawieźli. 

- To, co widziałam na posterunku w miejscowej sali gimnastycznej, po prostu szokowało. Tam bili naszych młodych chłopaków. Ich bito tak, że wydawało się, iż ten młody chłopak straci przytomność i umrze. Cała sala sportowa była zalana krwią - mówi mieszkanka Mińska. 

Na wieść o znęcaniu się nad zatrzymanymi w czwartek (13 sierpnia) w wielu zakładach pracy odbyły się spontaniczne strajki. W miastach protestowało tysiące ludzi. Po tym władze postanowiły wypuścić ludzi z aresztów.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje