Reklama

Reklama

Sprawa schwytania na Białorusi rosyjskich najemników to rozgrywka Łukaszenki? Już raz zastosował taki chwyt

"Myślę, że to tak naprawdę wewnętrzna rozgrywka" - tak Anna Dyner, analityczka Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych zajmująca się Białorusią, komentuje głośną sprawę zatrzymania w tym kraju 33 rosyjskich najemników z prywatnej firmy wojskowej. Ekspertka zwraca uwagę, że sprawa pojawiła się tuż przed białoruskimi wyborami prezydenckimi i przypomina, że Alaksandr Łukaszenka raz już użył podobnego chwytu: przed wyborami pięć lat temu.


Reklama

Białoruska państwowa agencja informacyjna BiełTA poinformowała, że ubiegłej nocy siły specjalne KGB i milicyjny OMON zatrzymały 33 najemników zagranicznej prywatnej firmy wojskowej, tzw. Grupy Wagnera: 32 miało być ujętych w pobliżu Mińska, jeden na południu kraju.

Zatrzymani to obywatele Rosji.

Według doniesień agencji, najemnicy mieli za zadanie zdestabilizować sytuację na Białorusi w okresie kampanii przed planowanymi na 9 sierpnia wyborami prezydenckimi.

BiełTA podała również, powołując się na struktury bezpieczeństwa, że zatrzymani to tylko część sił, jakie dostały się na Białoruś: w sumie miało tam trafić ponad 200 najemników.

Ekspertka o możliwej "wewnętrznej rozgrywce". Łukaszenka stosował już takie chwyty


"Nie dziwi mnie specjalnie, że takie informacje pojawiły się tuż przed wyborami" - przyznaje w rozmowie z dziennikarzem RMF FM Grzegorzem Kwolkiem Anna Dyner, analityczka Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych zajmująca się Białorusią.

Ocenia, że cała historia może być jedynie "wewnętrzną rozgrywką", i przypomina, że podobna sytuacja miała już miejsce.

5 lat temu, również przed wyborami prezydenckimi, Alaksandr Łukaszenka twierdził, że próbę wpływania na sytuację na Białorusi podjęli Ukraińcy.

"Pojawiła się sprawa tzw. Białego Legionu, który miał być nacjonalistyczną grupą sponsorowaną przez zewnętrzne siły, prawdopodobnie wyszkoloną na Ukrainie, która miała podważyć stabilną sytuację na Białorusi" - relacjonuje ekspertka. Jak zaznacza, po wyborach sprawa ucichła.

"Tak naprawdę rozeszła się po kościach. I nie wiemy do końca, kto stał za tą grupą i czy nie była to tzw. kaczka dziennikarska" - zauważa.

"Tym razem służby Alaksandra Łukaszenki użyły nazwy najbardziej znanej prywatnej grupy wojskowej, tzw. Grupy Wagnera, która jest nieformalną grupą wykorzystywaną przez Rosję" - mówi Dyner i ocenia, że cała historia ma być może posłużyć Łukaszence do realizacji niejednego celu.

"Myślę, że jest to próba pokazania przez Alaksandra Łukaszenkę dwóch rzeczy. Po pierwsze: że nie bez powodu wspominał w ostatnich latach o rosnącym zagrożeniu ze strony Rosji. Po drugie: że on sam jest gwarantem stabilności i niezależności Białorusi. A po trzecie jest to być może również ukłon w stronę własnych służb specjalnych" - komentuje analityczka.

"Nie ukrywam, że czekam na reakcję Rosji: czy będzie jakieś dementi, czy też Rosjanie w ogóle nie odniosą się do tej sprawy" - podsumowuje Anna Dyner.

Edyta Bieńczak

Czytaj na stronie RMF24.pl

Więcej newsów znajdziesz
w aplikacji INTERIA
Pobierz aplikację

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje