Reklama

Reklama

Stephen Mull: Niepokoi mnie, gdy politycy atakują fakty

- Myślę, że pracując z młodymi ludźmi na uniwersytecie, mogę mieć większy wkład w ochronę demokracji, niż pracując dla rządu - mówi Interii Stephen Mull, niezwykle lubiany w Polsce były już ambasador USA w naszym kraju.

Przypomnijmy, że Stephen Mull był ambasadorem Stanów Zjednoczonych w Polsce w latach 2012-2015. Jednak jako dyplomata pracował w Warszawie również w latach 1984-1986 i 1993-1997.

Reklama

Ze Stephenem Mullem spotkaliśmy się podczas krakowskiego "Panelu ambasadorów" (czytaj więcej na temat tego wydarzenia).

Doświadczonego dyplomatę pytaliśmy, czy istotnie polityka jest jak kiełbasa - lepiej nie wiedzieć, jak jest robiona. Ile my, obywatele, wciąż nie wiemy o tym, co dzieje się za kulisami wielkiej polityki? Jak się okazuje - dużo.

- W miarę jak świat się demokratyzuje, i w dobie mediów społecznościowych, oczekuje się, że im większa transparentność, tym lepiej. Generalnie się z tym zgadzam. Ale. Jest duże "ale". W dyplomacji, gdy chce się na przykład uniknąć wojny, trzeba iść na kompromisy, poświęcając część własnych interesów. W demokracji czasem bardzo trudno przekonać społeczeństwo do pójścia na kompromis. Gdyby cały świat przysłuchiwał się rozmowom z przedstawicielami innych rządów, nigdy nie doszłoby do żadnego kompromisu. Jestem zwolennikiem otwartości, jednak wiem, że dyplomacja, by mogła być skuteczna, potrzebuje pewnego zakresu poufności. Już po zawarciu porozumienia otwartość jest wskazana: "zrezygnowaliśmy z tego i tego, by osiągnąć to i to". Ale same negocjacje powinny odbywać się za zamkniętymi drzwiami - opowiada Interii Stephen Mull.

Siłą rzeczy po opuszczeniu przez Mulla placówki w Warszawie trochę straciliśmy go z oczu. Jego miejsce zajmowali już kolejni ambasadorzy: Paul W. Jones i Georgette Mosbacher. Co w tym czasie działo się z Mullem?

- Wyjechałem z Polski w sierpniu 2015 roku, ponieważ ówczesny sekretarz stanu, John Kerry, poprosił mnie o powrót do Waszyngtonu, żebym zajął się implementacją porozumienia nuklearnego z Iranem, wynegocjowanego przez niego i przez prezydenta Obamę - relacjonuje Stephen Mull. - Zajmowałem się tym od 2015 do 2017. Towarzyszyły temu duże kontrowersje polityczne, ale zawodowo było to dla mnie niezwykle interesującym wyzwaniem. Później Departament Stanu dał mi wolne, bym mógł zająć się pracą naukową na Georgetown University, gdzie uczyłem studentów i prowadziłem badania. Pokochałem tę atmosferę tak bardzo, że postanowiłem na dłużej pozostać w świecie akademickim. Zatrudniono mnie na Uniwersytecie Wirginii jako wicerektora do spraw zagranicznych. Pracuję tam od zeszłego sierpnia.

Po 36 latach w dyplomacji Mull przyznaje, że jego obecna praca jest zdecydowanie mniej stresująca, a pod pewnymi względami również bardziej satysfakcjonująca.

- Uniwersytet Wirginii został założony przez Thomasa Jeffersona na gruncie idei wolności akademickiej. Jefferson wypowiedział wspaniałe słowa: "Nie możemy bać się podążać za faktami, gdziekolwiek mogą nas zaprowadzić". I te słowa dobrze oddają życie uniwersyteckie. Jego uczestnicy zajmują się poszukiwaniem prawdy. To bardzo odświeżające móc szukać prawdy i nie musieć martwić się o politykę - zaznacza nasz rozmówca.

- Myślę, że pracując z młodymi ludźmi na uniwersytecie, mogę mieć większy wkład w ochronę demokracji, niż pracując dla rządu - dodaje nieoczekiwanie.

Stephnen Mull zarówno podczas panelu, jak i naszej rozmowy, dzielił się przekonaniem, że liberalna demokracja jest w istocie zagrożona - i to po obu stronach oceanu.

Zdaniem Mulla słuszny gniew obywateli doprowadził do sytuacji, w której kwestionuje się cały demokratyczny system, z towarzyszącymi mu wolnościami.

- Ludzie zastanawiają się: "może powinniśmy wypróbować inny system? Może prasa patrząca władzy na ręce, krytykująca ją, to nic dobrego? Może to niedobrze, że ludzie mają prawo mówić, co myślą"? Uważam, że w tym okresie przeobrażeń wszyscy musimy pracować bardzo ciężko, by chronić to, co w demokracji jest tak wyjątkowe - podkreśla były ambasador USA.

Pytaliśmy Stephena Mulla co, w kontekście zagrożeń, o których mówi, najbardziej go niepokoi, a co daje mu nadzieję.

- Niepokoi mnie, kiedy politycy atakują coś, o czym pan i ja wiemy, że jest prawdą, ale z jakiegoś powodu niewygodnym dla tego polityka jest, by odbierano to jako prawdę. Politycy czasem atakują i podważają wiarę w coś, co jest bezsprzecznym faktem. To niezwykle niebezpieczne. Może jestem staroświecki, ale uważam, że istnieje obiektywna prawda. Naszym zadaniem jest ją odkrywać i to na niej opierać politykę, bo tylko wtedy będzie skuteczna. W USA i na świecie wiele osób twierdzi, że zmiany klimatyczne nie mają miejsca, że to fake news. To nie jest fake news. 99 na 100 naukowców potwierdzi, że to się dzieje naprawdę. Naszym zadaniem powinno być nie zaprzeczanie temu, tylko ustalenie, jak zmienić nasze działania, by chronić środowisko i ratować ludzkie życia - uważa Mull.

I konkluduje:

- Mimo że czasem robimy kilka kroków w przód i kilka kroków w tył, to generalnie trend w historii jest taki, że społeczeństwa demokratyzują się, są coraz bardziej otwarte i coraz trudniej utrzymać sekrety. Gdy ludziom coś się nie podoba, stają się bardzo aktywni. Byłem świadkiem wielu masowych protestów - w USA, w zachodniej Europie, w Polsce... To budujące, że ludzie uważają demokrację za coś, o co warto walczyć w sposób pokojowy.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy