Reklama

Reklama

Wybory na Ukrainie: Frekwencja na godz. 15:00 - 45 proc.

45,2 procent uprawnionych zagłosowało do godziny 15 czasu lokalnego (14 w Polsce) w trwającej w niedzielę drugiej turze wyborów prezydenta Ukrainy - poinformowała Centralna Komisja Wyborcza w Kijowie.

Dane te opublikowano na podstawie raportów ze 171 spośród 199 okręgów wyborczych. Do godziny 11 (10 czasu polskiego) w ukraińskich wyborach głos oddało 17,18 procent uprawnionych. W II turze wyborów o stanowisko prezydenta walczą: showman i producent telewizyjny Wołodymyr Zełenski oraz urzędujący szef państwa Petro Poroszenko.

Reklama

Lokale wyborcze zostaną zamknięte o godz. 20 (19 w Polsce).

W ambasadzie w Warszawie frekwencja wyższa niż podczas I tury

Jak powiedział PAP sekretarz komisji wyborczej Aleksander Pustowyj, na liście uprawnionych do głosowania w warszawskiej ambasadzie jest nieco ponad 18 tys. wyborców. Do godziny 15 swój głos oddało 3422 wyborców, czyli 20 proc. uprawnionych. Ukraińcy w Polsce mogą głosować w czterech okręgach przy ukraińskich placówkach dyplomatycznych - konsulatach w Lublinie, Krakowie i Gdańsku oraz w ambasadzie w Warszawie.
Pustowyj zwrócił uwagę, że liczba nieco ponad 18 tys. uprawnionych do głosowania "to nic" w porównaniu z liczbą Ukraińców przebywających na Mazowszu, lecz żeby móc tu zagłosować, trzeba przejść dość czasochłonną i skomplikowaną procedurę.

Procedura nie zniechęciła 20-letniej Wiktorii z Kijowa studiującej na SGH, która w niedzielne popołudnie przyszła w Aleje Szucha w Warszawie, gdzie mieści się ambasada Ukrainy.

Wiktoria powiedziała PAP, że choć "raczej" nie zamierza wrócić do ojczyzny, to przejmuje ją to, co się tym co się dzieje w jej kraju. "Moja rodzina została na Ukrainie, moi znajomi" - zaznaczyła. Na pytanie, co by się musiało zmienić by rozważyła powrót odpowiada bez namysłu: "możliwości musiałyby się zmienić". "Tu, w Polsce mogę dostać pracę w jakiejś korporacji, bez żadnych znajomości. Idę, sprawdzają mnie i mam zatrudnienie. Na Ukrainie to niemożliwe" - przekonuje

Para w średnim wieku fotografuje się po wyjściu z lokalu wyborczego. "To dla rodziny" - mówi Olga ze Stanisławowa, mieszkająca od pięciu lat w Polsce.

Na pytanie dlaczego przeszła całą skomplikowaną procedurę rejestracji w komisji wyborczej w Warszawie, odpowiada, że to jej obywatelski obowiązek. "Choć pięć lat temu przyjechaliśmy do Polski, gdzie mamy karty stałego pobytu, to jesteśmy przecież obywatelami Ukrainy i Ukraina została w naszym sercu. Nie jest nam obojętne co się tam dzieje. Została tam część rodziny, chcemy by żyli w dobrych warunkach, by mieli takie życie na jakie zasługują" - powiedziała Olga.

Towarzyszący Oldze Andrzej podkreśla, że "Ukraina zasługuje na to, by tam wreszcie działo się lepiej". "Ile już lat walczy o swoją niepodległość, ale nie papierową tylko prawdziwą, co znaczy, że rządzi się sama i czuje się wolna. Nie chcemy dopuścić do Ukrainy Moskwy, bo jeśli Moskwa sięgnie po Ukrainę, to wkrótce potem sięgnie po Polskę" - dodał. Obydwoje są zaskoczeni, że do rozgrywki z urzędującym prezydentem stanął Wołodymyr Zełenski. "Rządzenie to nie show ani kino. To poważna sprawa, my w tym show nie chcemy uczestniczyć" - deklarują.

58 - Olena, która od 15 lat sprząta warszawskie mieszkania, choć w Polsce czuje się bardziej u siebie niż w swej wsi pod Równem, również podkreśla, że głosowanie to jej obywatelski obowiązek. "Na Ukrainie nie mam już bliższej rodziny, córka mieszka w Niemczech rodzice i rodzeństwo pomarli. Ale zależy mi na tym, by w moim kraju zrobiło się lepiej, może na starość - jak już trochę zarobię - mogłabym tam wrócić. Dom bym wyremontowała, może jakiś biznes otworzyła. Ale do tego musi być zmiana. Może ten Zełenski coś zrobi, jest nowy nieskorumpowany" - przekonuje.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje