Reklama

Reklama

Wybory we Francji. "Ataki zmobilizowały ludzi"

Od Londynu przez Berlin i Waszyngton aż do Tel Awiwu. Za granicą francuscy wyborcy stali w długich kolejkach, by oddać głos w najbardziej niepewnych wyborach prezydenckich od lat - informuje AFP.

Około 1,3 miliona Francuzów, czyli 2 proc. całego elektoratu, jest uprawnionych do głosowania poza granicami Francji.

Reklama

W Londynie - często nazywanym szóstym co do wielkości miastem Francji - setki ludzi ustawiły się rano w kolejkach przed dwoma lokalami wyborczymi, jeszcze zanim otworzyły się ich drzwi, a czas oczekiwania na oddanie głosu wynosił dwie godziny.

Niedzielne wybory prezydenckie we Francji są uważnie obserwowane po niespodziewanym dla wielu zwycięstwie Donalda Trumpa i szokującej decyzji Brytyjczyków dotyczącej Brexitu.

Jednak wynik wyścigu pomiędzy czterema czołowymi kandydatami - centrowym Emmanuelem Macronem, skrajnie prawicową Marine Le Pen, konserwatywnym Francois Fillonem i popieranym przez komunistów Jean-Luc Melenchonem jest zbyt zbliżony, by mówić o zwycięzcy. 

"Mam podwójne obywatelstwo, więc głosowałam przeciwko wyjściu Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej. Myślę, że bardzo ważne jest, by głosować wszędzie tam, gdzie coś może mieć na nas wpływ" - mówi studentka  Elise Lauriot Prevost.

Twarz jednego z kandydatów jest nieobecna pośród plakatów zawieszonych przed placówkami wyborczymi za granicą. Chodzi o Le Pen, kandydatkę Frontu Narodowego (FN), która - jak poinformowało francuskie MSZ - nie dostarczyła swoich afiszy na czas.

Nie potrzebujemy kolejnego Trumpa


W Berlinie ludzie nie uciekli przed deszczem. W kolejce rozciągającej się na 200 metrów przed francuską ambasadą czekali na możliwość oddania głosu w cieniu Bramy Brandenburskiej.

Można było usłyszeć, że wyborcy rozmawiali ze sobą, debatując o tym, co może oznaczać zwycięstwo Le Pen lub Macrona dla Francji i Europy.

Mieszkańcy francuskich terytoriów zamorskich takich jak Martynika i Gwadelupa na Karaibach, rozpoczęli głosowanie w sobotę, tak samo jak ekspatrianci mieszkający na co dzień w Stanach Zjednoczonych, Kanadzie i Ameryce Łacińskiej.

Adrien Gontier, który zagłosował w deszczowym Waszyngtonie w sobotę,  powiedział, że wypełnia swój obywatelski obowiązek.

"Stany Zjednoczone są doskonałym przykładem tego, co się dzieje, gdy ludzie nie głosują, lub źle głosują" - powiedział. Dodał że on i inni nie chcą, żeby kolejny Trump był we Francji.

Wzmożona ochrona


Środki bezpieczeństwa zostały wzmocnione w 69 punktach wyborczych na terenie Stanów Zjednoczonych po czwartkowym zabójstwie policjanta w Paryżu przez dżihadystę.

Francuski konsulat w Nowym Jorku został na krótko ewakuowany w sobotę wieczorem, kiedy zauważono podejrzany pojazd.

"Po ataku na Polach Elizejskich nowojorska policja była poinstruowana, by zachować szczególną czujność" - powiedziała konsul generalna Anne-Claire Legendre.

Analitycy twierdzą, że zabójstwo policjanta może wpłynąć na opinie wyborców, co może przynieść korzyść szczególnie tym kandydatom, którzy chcą wytaczać ciężkie działa na linii bezpieczeństwa, takim jak Le Pen.

W argentyńskiej stolicy Buenos Aires francuscy wyborcy oddali swój głos w ambasadzie mieszczącej się przepięknym pałacu Ortiz Basualdo.

78- letni emerytowany lekarz Pierre Aguerre powiedział, że wziął udział w wyborach "przeciwko skrajnej prawicy". "To ważny moment w historii Francji" - mówił.

"Wiele osób przyszło zagłosować" - wtórowała mu jego żona, 75-letnia Noemie Nabel.  "Myślę, że ataki zmobilizowały ludzi" - dodała.

41-letnia Caroline Rostain powiedziała, że była zaskoczona kampanią, w której wykorzystywano korupcyjne wątki.

"Rozczarowała mnie kampania - brakowało transparentności i etyki" - mówiła.  

Dodała również, że taki styl kampanii pokazuje, że Francja jest daleko w tyle za swoimi europejskimi sąsiadami. 

Dowiedz się więcej na temat: Francja

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje