Wymierająca utopia

Był pionierem osadnictwa syjonistycznego w Palestynie. Jednak kibuce, które zakładał, padły pod naporem współczesności.

Dla jednych gigant, dla innych dinozaur. Urodzony w rumuńskiej Bukowinie, zmarł na dwa miesiące przed swoimi setnymi urodzinami. Icchak Ben Aharon był niemal rówieśnikiem kibuców, z którymi związał swoje życie. Życie tak burzliwe, jak burzliwy był dla Żydów XX wiek.

Reklama

Gdy w 1928 roku trafił do Palestyny, ruch kibucowy ledwo raczkował. Pierwszy kibuc (istniejąca do dziś Degania) zbudowano w roku 1910, pozostawał on jednak marginesem żydowskiego osadnictwa w Palestynie. Ben Aharon miał za sobą studia w Berlinie i kilka lat kierowania syjonistyczną młodzieżówką w Rumunii. Według mitologii, stworzonej potem przez kibucników, Ben Aharon wyruszył z Rumunii do Palestyny na osiołku, by propagować ideę zjednoczenia narodu żydowskiego w jednym państwie. W 1933 r., gdy w Niemczech dochodził do władzy Hitler, Ben Aharon pracował w pocie czoła nad nadaniem ruchowi kibucowemu masowego charakteru. Założony przez niego kibuc Givat Haim (mieszkał w nim aż do śmierci) był wzorcem dla systemu, który na wiele lat stał się obok karabinu Uzi najbardziej kojarzonym w świecie izraelskim wynalazkiem.

Komunizm w Ziemi Świętej

Dla imigrantów z byłego ZSRR, przyjeżdżających do Izraela za Gorbaczowa, kibuce to nowa wersja znienawidzonego kołchozu. Kiedyś te komuny, których nazwa oznacza po hebrajsku wspólnotę, nadawały ton pierwszym latom istnienia Izraela. Syjoniści uważali, że niepowodzenia diaspory biorą się z mentalnego zamknięcia, pełnej przesądów dewocji, kultu cierpiętnictwa i pogardy dla pracy fizycznej. Mówiło się o odwróconej piramidzie narodu żydowskiego zajmującego się w Europie głównie handlem, trochę przemysłem i niewiele rolnictwem.

Kibucnicy postanowili postawić czubek tej piramidy - rolnictwo - na dole, przemysł nadal był w środku, natomiast dla handlu pozostało najmniej miejsca. W komunie nauczyciel orał ziemię wspólnie z kramarzem, adwokat sadził ziemniaki z rzemieślnikiem. Członkowie wspólnoty równo dzielili się obowiązkami, za swoją pracę nie dostawali pieniędzy, ale też nie musieli za nic płacić. Wszystkie decyzje podejmowano demokratycznie, nie było prywatnej własności, tylko wspólna. "Od każdego wedle jego możliwości, każdemu według potrzeb" - ta ideologia znalazła idealne warunki w praktyce, gdyż środków do życia było tak mało, że wszystko trzeba było dzielić, aby przeżyć. Tak oto powstało jedyne na taką skalę ucieleśnienie idei komunizmu, a do tego skrajnie patriotyczne, pozbawione rewolucyjnego kosmopolityzmu.

W 1935 r. Ben Aharon wyjechał z Palestyny do Niemiec, aby ratować Żydów przed rosnącym w siłę nazizmem. Został aresztowany i wydalony. W 1940 r. dołączył do armii brytyjskiej, walczył w Grecji, spędził cztery lata w niewoli niemieckiej. W Izraelu działał w Partii Pracy i związkach zawodowych. Jako zdeklarowany lewicowiec podpisywał depesze kondolencyjne do narodu radzieckiego po śmierci towarzysza Stalina i krytykował premier Goldę Meir za sympatię dla kapitalizmu.

W 1973 r. wezwał do wycofania Izraela z okupowanych ziem arabskich, czym zrzucił na swoją głowę lawinę potępienia. Część kibucników odcięła się od Ben Aharona. Skłócone kiedyś wspólnoty Me'uhad i Ihud do dziś dzieli droga. Jak na ironię nazwy obu kibuców oznaczają właściwie to samo - Ruch Jedności. Po ataku serca w 1981 r. Ben Aharon na ćwierć wieku wycofał się z aktywnej polityki. Wrócił w roli guru lewicy, przed tegorocznymi wyborami namaszczając na nowego lidera Partii Pracy Amira Pereca.

Koniec wspólnoty

Kibuców jest dziś 250, mieszka w nich dwa procent Izraelczyków. Przeżyły Icchaka Ben Aharona, ale są dziś jedynie reliktem przeszłości, który z wolna dostosowuje się do wymogów współczesności. By zwiększyć dochody, kibuce zaczęły otwierać fabryki i najmować do pracy robotników, którzy nie podzielali wiary w komunistyczne utopie. Zdywersyfikowano płace pracowników (wcześniej menedżerowie zarabiali tyle samo co kucharki), dopuszczono własność prywatną.

Wyklęty przez Ben Aharona kapitalizm zagościł w komunach na dobre. Dzieci i wnuki kibucników opuszczają wspólnoty i przenoszą się do miast, nie chcąc rezygnować z osobistych ambicji. Najwyraźniej zanikła w nich potrzeba życia w gromadzie. Komuny, które w Europie są domeną młodych anarchistów, w Izraelu zamieszkane są niemal wyłącznie przez ludzi starych.

Robert Stefanicki

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje