Dr Joanna Talewicz-Kwiatkowska: Nie ma zgody na obrażanie innych

Mamy świadomość, że granica między mową nienawiści i wolnością słowa jest cienka, ale to nie oznacza, że nie możemy wypracować wyższych standardów komunikacji w przestrzeni publicznej - o mowie nienawiści i wrogim języku w polityce, uwrażliwianiu polityków i dziennikarzy na to zjawisko rozmawiamy z dr Joanną Talewicz-Kwiatkowską z Uniwersytetu Jagiellońskiego.

Joanna Talewicz-Kwiatkowska jest doktorem antropologii kulturowej. Pracuje na stanowisku adiunkta w Instytucie Studiów Międzykulturowych na Wydziale Studiów Międzynarodowych i Politycznych Uniwersytetu Jagiellońskiego, prowadzi również Fundację Dialog-Pheniben.

Reklama

Fundacja wraz ze Stowarzyszeniem Interkulturalni.pl w ramach projektu Hate Speech Alert organizuje szkolenia dla dziennikarzy i przedstawicieli zaplecza politycznego dotyczące uwrażliwiania na mowę nienawiści i zwalczania tego zjawiska w przestrzeni publicznej. Podczas niedawnej kampanii prezydenckiej pomysłodawcy Hate Speech Alert monitorowali język, stosowany przez polityków zabiegających o nasze głosy.

Dariusz Jaroń, Interia: Jaki był najbardziej rażący przykład użycia mowy nienawiści w kampanii prezydenckiej?

Dr Joanna Talewicz-Kwiatkowska: W pamięci mocno utkwił mi występ Grzegorza Brauna w radiu TOK FM. Podczas długiej przemowy, bo ciężko to nazwać rozmową, usłyszeliśmy od kandydata m.in., że prezydent Komorowski to agent Moskwy, pogrom Żydów w Jedwabnem przez polskich sąsiadów jest kłamstwem, a Muzeum Żydów Polskich w Warszawie to instytucja antypolska, wybielająca Niemców. Redaktorzy nie potrafili zapanować nad rozmówcą, który częstował słuchaczy i słuchaczki radia nienawistnymi komentarzami.

Po tej audycji pozostał niesmak, ale gdyby ją przerwano Grzegorz Braun i jego zwolennicy mogliby zarzucić rozgłośni atak na wolność słowa...

- Odebranie głosu rzeczywiście nie jest zgodne z zasadami wolności słowa, rodzi zarzut o stronniczość. Są jednak pewne standardy wypowiedzi, kultury osobistej, które obowiązują nas wszystkich, a szczególnie osoby publiczne. Brak reakcji ze strony redaktorów TOK FM nie był spowodowany tym, że zgadzają się z opiniami Grzegorza Brauna, ale wynikał z konsternacji: nie wiedzieli, co mają robić. Byłam zniesmaczona, że kategorycznie nie zwrócono gościowi uwagi, a w ostateczności nie przerwano audycji.

Jak można skutecznie walczyć z nienawistnym językiem w przestrzeni publicznej?

- Przede wszystkim należy wprowadzić wysokie standardy komunikacji i ich przestrzegać. Można wyrażać swoje poglądy, nie obrażając innych. Nie trzeba kogoś nazywać agentem czy przestępcą, takie słowa nie są potrzebne, żeby formułować swoje myśli. Potrzeba też większej wrażliwości i edukacji prowadzących, którzy powinni reagować w sytuacjach kryzysowych. Nie ma zgody na obrażanie innych w trakcie publicznej dyskusji, bo nie ma to najmniejszego związku z jej meritum. Jak ktoś sobie chce porzucać mięsem, obrażać kogokolwiek, to niech to robi przed lustrem, a nie w przestrzeni publicznej.

Problemem nie są wyłącznie politycy i ich język, ale też media, stawiające na te same,  często kontrowersyjne twarze. Posłów i senatorów mamy kilkuset, rozgłos w mediach zdobywają nieliczni, a ci najbardziej zacietrzewieni swoimi wpadkami rzutują na obraz całej klasy politycznej.

- Pamiętam dyskusję na temat związków partnerskich. To była jedna wielka pyskówka, widzowie nie mogli wyciągnąć z tej audycji żadnych konstruktywnych wniosków. Jaki był sens pytania o komentarz panią Krystynę Pawłowicz, skoro to, że jest przeciwna związkom partnerskim uzasadniała, obrażając innych ludzi i używając przy tym słów, jakich nie chcemy słuchać w telewizji. W każdej kwestii, z jaką się nie zgadzamy, możemy się wypowiedzieć w sposób merytoryczny, niestety w mediach meritum dyskusji często schodzi na dalszy plan. Liczy się rozgłos programu, awantura. Widzowie nie mają szansy na wyrobienie sobie mądrej opinii, tylko powtarzają slogany polityków. To też obniża standardy komunikacji. Powinna być odpowiedzialność za słowo polityków, ale też dziennikarzy, którzy zapraszają takich rozmówców, a później nie panują nad dyskusją.

Skąd bierze się przyzwolenie na język nienawiści?

- Ze zbyt małej świadomości problemu. Jesteśmy zbyt wrażliwi na to, że nas posądzą o cenzurę i tracimy wrażliwość na mowę nienawiści, na niebezpieczeństwo tego zjawiska. Mamy świadomość, że granica między mową nienawiści i wolnością słowa jest cienka, ale to nie oznacza, że nie możemy wypracować wyższych standardów komunikacji w przestrzeni publicznej.

Fundacja Dialog-Pheniben, którą pani prowadzi, wraz ze Stowarzyszeniem Interkulturalni.pl organizuje w ramach projektu Hate Speech Alert cykl szkoleń dla dziennikarzy, polityków i ich sztabowców dotyczący przeciwdziałania mowie nienawiści. Czego uczycie?

- W dużym skrócie nasze działania dążą do ograniczenia mowy nienawiści w przestrzeni publicznej. Skierowaliśmy szkolenia do dziennikarzy i polityków, ponieważ - jako osoby publiczne - mają oni siłę oddziaływania na rzesze odbiorców. Uczymy jak rozpoznawać mowę nienawiści, jak reagować. Pamiętajmy, że obrażanie pewnych grup, naruszanie poczucia bezpieczeństwa i  godności ludzkiej jest karalne. Mamy prawo, musimy wiedzieć kiedy i jak z niego korzystać. Zwracamy również uwagę na niechlubne praktyki dziennikarzy, analizujemy teksty, wskazujemy też absurdalne przypadki rehabilitacji mowy nienawiści. Głośny był przypadek w Polsce, kiedy sędzia orzekł, że swastyka nikogo nie obraża, bo jest azjatyckim symbolem szczęścia.

Interpretacja kompletnie oderwana od kontekstu...

- Zwłaszcza w Europie! To tu miliony doświadczyły okrucieństwa Holokaustu, nazizmu. Niebezpieczne przyzwolenie występuje także na stadionach piłkarskich. Idąc na mecz można się nasłuchać o mordowaniu Żydów i innych nienawistnych haseł, jakie dostajemy w pakiecie z całym zestawem wulgaryzmów. I nie ma na to żadnej reakcji, bo na stadionie wolno.

Dziennikarze i politycy chcą zwalczać mowę nienawiści?

- Częsta jest reakcja: mowa nienawiści? Przecież my jej nie stosujemy. Ten problem występuje na poziomie rekrutacji. W trakcie szkoleń okazuje się, że są one bardzo potrzebne. O mowie nienawiści dyskutuje się w Polsce od niedawna. Dziennikarze sami przyznają, że nikt ich wcześniej w tym zakresie nie edukował, mówią o tym otwarcie również studenci dziennikarstwa.

A politycy?

- Szkolenia dla zaplecza politycznego dopiero wystartowały, natomiast chciałabym wspomnieć o czymś bardzo istotnym. Mając na uwadze poziom dyskusji publicznej w poprzednich wyborach, przed kampanią prezydencką zaproponowaliśmy wszystkim kandydatom, aby podpisali zobowiązanie, że będą zwracać uwagę na język, którym się posługują. Na nasz apel zareagował tylko sztab Magdaleny Ogórek. Mowa nienawiści dla innych kandydatów i ich zaplecza okazała się sprawą drugorzędną, nieistotną z punktu widzenia kampanii wyborczej. Rzecz w tym, że to nie jest temat zastępczy, tylko poważny problem społeczny.

Szkoła uczula dzieci na mowę nienawiści?

- W szkołach, nad czym ubolewam, nie przykłada się zbyt wielkiej wagi do mowy nienawiści, tak jak do edukacji międzykulturowej i antydyskryminacyjnej. W większości europejskich krajów jest to elementem programu nauczania. Trzeba uwrażliwiać dzieci od najmłodszych lat, niestety dotąd takich działań nie podjęto. Lukę tę wypełniają organizacje pozarządowe, ale działają od dotacji do dotacji. Nie ma działań stałych, programu zgodnie z którym edukacja będzie przebiegać. Tu zupełnie pominięty temat w systemie edukacji i jak na razie nie ma widoków na zmiany.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje