Dzień, w którym Lenin zaszlochał

Co kraj to obyczaj: u nas święte wizerunki pojawiają się w sękach drzew, przypalonych patelniach, niedomytych szybach i plamach benzyny, a we Włoszech płaczą święte obrazy i figurki Matki Boskiej. Dlatego wszyscy zdziwili się, kiedy we włoskim mieście Cavriago pewnego dnia w 1995 roku zapłakała nie Madonna, a pomnik Lenina.

- Nie ma tradycji, by pomniki Lenina płakały - powiedziałby zapewne zafrapowany poseł Gosiewski, gdyby ktoś go spytał.

Reklama

OBYWATELU! W wielkie święto 1-go kwietnia ustanów nową, świecką tradycję! Zostań newsowym sabotażystą!

Dlatego Włosi zdziwili się, kiedy media podały taką informację. Nie ma we Włoszech tradycji, żeby figury Lenina płakały. Nie ma nawet tradycji, by pomniki Lenina we Włoszech stały. Ale akurat w mieście

Cavriago stoi, i to nawet na placu Lenina. Niektórzy obywatele miasta poszli zatem na plac, aby zobaczyć, jak też tam wódz rewolucji szlocha. I faktycznie - na jego policzkach zastygły mleczne łzy. Inni spojrzeli jednak na datę, z którą wydana była gazeta. Był 1 kwietnia. Wiadomo.

Początek wiosny w większości kultur obchodzony jest radośnie. 1 kwietnia to okolice wiosennej równonocy. U Rzymian hucznie świętowano wiosenne święto Cerealiów, wczesną wiosną obchodzono też Nowy Rok.

Żydzi świętują Purym, chrześcijanie - Wielkanoc. Do reformy gregoriańskiej nowy rok obchodzono w świecie chrześcijańskim właśnie 1 kwietnia (prawosławni Serbowie przenieśli początek roku na 1 stycznia dopiero na początku XIX w., Rosjanie i Anglicy - w XVIII w.). Cóż pozostało ludziom do roboty w to zlikwidowane święto? Świętować dalej, ale z przymrużeniem oka.

W "święto wkrętu" radośnie więc bawi się świat. Pracownicy mediów mają kupę radości wymyślając niestworzone wiadomości, a jeszcze więcej, kiedy ktokolwiek w te wiadomości uwierzy. Choć czasem cała sprawa kończy się niezbyt dobrze dla wymyślającego.

William Castellini, rzecznik prasowy Franklin Institute of Technology 31 marca 1940 roku wydał komunikat prasowy, że nazajutrz skończy się świat. - "Najgorsze sny ludzkości właśnie się spełniają i potwierdzone zostały przez astronomów naszego instytutu. Świat skończy się jutro, 1 kwietnia, o godzinie 15:00. To nie jest żart primaaprilisowy" - tak straszył Castellini, i być może, gdyby nie dodał tego nieszczęsnego ostatniego zdania, panika byłaby mniejsza. FIT, zalany falą telefonów od przerażonych obywateli wylał Castlelliniego na bruk, nie przejmując się zarzutami "braku poczucia humoru".

Zasabotuj pierwszą stronę poczytnego brukowca!

Kiepsko też mógł skończyć się żart, który nieznani sprawcy zrobili w 1844 roku w Irlandii. Na murach Dublina pojawiły się plakaty, że 1 kwietnia specjalnie podstawiony pociąg za darmo powiezie pasażerów do miasta Drogheda. Tłumy zebrały się na dublińskiej stacji i - kiedy okazało się, że wszystko to humbug - wściekli Irlandczycy wszczęli zamieszki, które musiała poskramiać policja. Kiedy na drugi dzień oszukani mieszkańcy miasta (którzy czuli, że ktoś zakpił z ich biedy - rzecz zdarzyła się rok przed okresem Wielkiego Głodu) zgłosili oszustwo na policję, ta umorzyła postępowanie, twierdząc, że Prima Aprilis to jednak Prima Aprilis. Cała sytuacja przypominać nieco mogła pamiętną (i w gruncie rzeczy zupełnie bezsensowną) akcję Vita Klusaka i Filipa Remundy pokazaną w filmie "Czeski sen".

Znany brytyjski astronom-amator i postać medialna sir Patrick Moore oznajmił w 1976 roku na falach

radia BBC, że 1 kwietnia, dokładnie o godzinie 9:47, Jowisz i Pluton wejdą w bardzo nietypową koniunkcję, która spowoduje grawitacyjne anomalia w całym Układzie Słonecznym, więc i na Ziemi. Sir Moore wezwał obywateli Wielkiej Brytanii do podskoczenia dokładnie o tej godzinie, by doświadczyć "dziwnego wrażenia unoszenia się w powietrzu".

Zakup sprzęt do sabotażu!

Kiedy po godzinie 9:47 w BBC rozdzwoniły się telefony, redaktorzy przygotowani byli na odpieranie ataków ofiar żartu. Ci jednak - w większości - dzwonili po to by poinformować, że dziękują za informację i że faktycznie unosili się przez chwilę w powietrzu. Redakcja BBC do tej pory zachodzi w głowę, czy ten primaaprilisowy żart nie okazał się bronią obosieczną i czy słuchacze nie zakpili z kolei z nich. Możliwe też, że żałowali, że o godzinie 9:47 nie podskoczyli w górę.

Kiedy brytyjski brukowiec "The Sun" ogłosił na swoich łamach, że Unia Europejska zamierza zakazać obchodzenia "April Fools' Day" - jak w krajach anglojęzycznych mówi się na Prima Aprilis - fora internetowe gazety zaczęły pękać w szwach. "Unia nie pozwala na dalsze obchodzenie tego święta, ponieważ oszustwa, których dopuszczają się żartownisie na swoich ofiarach pozostawiają w psychice ofiar trwałe ślady". Brytyjczycy oburzyli się. "Najpierw odebrali nam jardy i uncje, a teraz dzień kwietniowych głupców!" - wściekali się, zamiast spojrzeć na datę w nagłówku.

W 1998 roku stowarzyszenie nowomeksykańskich racjonalistów poinformowało w oficjalnym biuletynie,

że sąsiedni stan Alabama zmienił wartość liczby pi. Z naukowej bełkotliwej bredni, każącej jej wynosić 3,14159 uproszczono ją do biblijnej wartości 3, bo to i Trójca Święta, i Noe miał trzech synów: Sema, Chama i Jafeta, i Jezus po trzech dniach zmartwychwstał. Do władz stanowych Alabamy zgłosiły się setki osób, chcących zaprotestować przeciwko "redneckiemu ciemnogrodowi".

Dość niesamowite zresztą jest to, do jakiego stopnia można ludziom nawkładać do głów przeróżnych idiotyzmów. "Strasznie lubię, kiedy ludzie bałwanieją do kwadratu" - mawiał dobry wojak Szwejk. Do kwadratu zbałwanieć się zdarzyło mieszkańcom Szwecji, gdzie 1 kwietnia 1962 roku w jedynej wówczas - i czarno-białej - telewizji państwowej podano, że aby uzyskać obraz kolorowy wystarczy naciągnąć na odbiornik nylonową pończochę. Podobno masowo naciągano.

W 1996 roku firma Taco Bell ogłosiła, że nabyła symbol amerykańskiej niepodległości, słynny Dzwon Wolności (Liberty Bell), przechowywany w Filadelfii. Dzwon miał być od tej pory wykorzystywany w 

celach reklamowych i nazywać się "Taco Liberty Bell". Zaprotestowały organizacje antyglobalistyczne.

Pewna kanadyjska stacja radiowa poinformowała słuchaczy, że pewien zoolog odkrył gatunek wietnamskiego zwierzęcia z rodzinny psowatych, którego metabolizm mógł powstrzymać globalne ocieplenie. Zoolog odkrył psowatego w ostatnim momencie: gatunek prawie wymarł i przy życiu pozostał jedyny, ostatni osobnik. Zdarzyło się jednak tak, że zoolog zgłodniał, a jako, że do sklepu miał dość daleko, zjadł zwierzę.

Rosyjska agencja TASS podała natomiast, że pewna fabryka zbrojeniowa rozpoczęła produkcję granatów, których grupą targetową mieli być tzw. "nowi Ruscy". Granaty były inkrustowane i nafaszerowane diamentami. Chodziło o to, by rozprawiać się ze swoimi wrogami estetycznie i z klasą.

Błyszczące diamenty przykrywałyby rozbryźnięte wnętrzności i krew.

Czasem jednak prawdziwe informacje brane są za primaaprilisowe żarty. Tak było na przykład ze śmiercią amerykańskiego komika Mitcha Hedberga, w którą nikt nie uwierzył. W 1946 roku wiele osób nie uwierzyło w nadciągające na Hawaje tsunami.

Jak więc widać, 1 kwietnia dzieją się również rzeczy serio. Bo, na przykład, cóż może być bardziej serio, niż pruski kanclerz Otto von Bismarck, który tego dnia się urodził.

Jednak czasami, by poważne sprawy nie nosiły niepoważnego odium, poważni ludzie uciekają się do małego oszustwa. Bardzo poważny i dostojny król Jan III Sobieski podpisał 1 kwietnia 1683 roku z cesarzem Leopoldem I Habsburgiem antytureckie przymierze. Kiedy obaj poważni władcy połapali się,

że podpisują tak poważny dokument w tak niepoważnym dniu, cichaczem antydatowali go na 31 marca.

Czy to samo zrobią polscy parlamentarzyści ratyfikując 1 kwietnia 2008 roku Traktat Lizboński? Proponujemy zmienić datę ratyfikacji na 32 marca. Nikt się nie przyczepi do oszustwa, datą nie będzie data Prima Aprilis, a duch święta zostanie zachowany.

Dowiedz się więcej na temat: W.E. | świat | BBC | oszustwa | pomniki | żart | święta | prima aprilis | święto | Lenin

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje