Reklama

Reklama

Dziwny świat dziwnych dyktatorów, cz. II

Muammar Kadafi, Libia (a właściwie jej część, nie opanowana przez zrewoltowany naród)

Obecne protesty (a właściwie wojna domowa) w Libii to jak dotychczas największe zagrożenie dla ponad 40-letnich rządów Muammara Kadafiego. W niedawnym przemówieniu dyktator zapowiedział, że będzie walczył do ostatniej kropli krwi. Nie sprecyzował tylko czy swojej, czy narodu.

Reklama

Dyktator, którego "kocha cały naród" (to jego słowa), jest synem wędrownego hodowcy wielbłądów. Tak przynajmniej twierdzi i na dowód w podróże zagraniczne zabiera beduiński namiot. W nim mieszka i w nim przyjmuje gości.

Specjalizuje się w absurdalnie długich przemowach, w których zazwyczaj obraża wszystkich jak leci. Lubi wymyślne szaty i towarzystwo płci pięknej. Jego straż przyboczna składa się z samych kobiet, które nazywa "amazonkami". O zdrowie dyktatora dba natomiast zespół czterech ukraińskich pielęgniarek, z których najważniejsza - "zmysłowa blondyna" - nie odstępuje go na krok.

Kadafi boi się latać nad wodą i odmawia wchodzenia po schodach, które mają więcej niż 35 stopni. Ujawnione przez WikiLeaks dokumenty amerykańskiej dyplomacji podsumowują go zwięźle i - nie sposób zaprzeczyć - trafnie: "Muammar Kadafi jest po prostu dziwny".

Władzę autorytarną w Libii zdobył w 1969 roku jako przywódca Rewolucji 1 Września, po obaleniu przez wojsko króla Idrisa I. Niedługo potem ogłosił swoją wersję "Małej czerwonej książeczki" Mao. W "Zielonej książce" przedstawił własną wersję trzeciej drogi między komunizmem a kapitalizmem.

Dżamahirii (arab.: republika ludowa) miała być połączeniem arabskiego nacjonalizmu i islamskiego socjalizmu, opartego na zasadach Koranu.

Początkowo wierny ideologii panarabizmu, wspólnie z państwami regionu występował ostro przeciwko Zachodowi.

Podejrzewa się go m.in. o udział w przygotowaniach do zamachu na klub nocny w Berlinie, w 1986 roku, i w ataku na samolot linii Pan Am dwa lata później, w którym zginęło 270 osób. Minister Mustafa Muhammad Abd ad-Dżalil, który 21 lutego ustąpił z rządu na znak protestu przeciwko krwawym represjom wobec opozycji, twierdzi, że w sprawie zamachu na samolot ma dowody.

Przełom wieków przyniósł zmianę w polityce zagranicznej Kadafiego. W imię lepszych relacji z USA i krajami UE wyrzekł się on programu nuklearnego, dążenia do wyprodukowania broni masowego rażenia oraz finansowania terroryzmu. Na bogate libijskie pola naftowe wpuścił zachodnie firmy.

Izraelska "szydera" z Kadafiego hitem wśród Arabów

Problem z Kadafim polega jednak na tym, że z nim nigdy nic nie wiadomo. Mimo oficjalnego uspokojenia relacji z Zachodem, lubi od czasu od czasu o sobie przypomnieć. Niekiedy są to drobne "uszczypliwości", takie jak obrażanie członków ONZ wspólnie lub każdego z osobna, domaganie się trylionowego odszkodowania dla Afryki za czasy kolonializmu, obrona talibów i somalijskich piratów ("to samoobrona, by somalijskie dzieci miały co jeść"), czy zarzut, że wirus A/H1N1 powstał w laboratorium wojskowym w USA.

A propos tego ostatniego kraju, to czkawką odbija się Kadafi zwłaszcza Barackowi Obamie. Pierwszemu czarnoskóremu prezydentowi Stanów Zjednoczonych przypomina on bowiem z uporem maniaka, że jego korzenie sięgają Afryki. Z lubością nazywa go też "synem", co musi Obamie szczególnie działać na nerwy w sytuacji, kiedy co piąty Amerykanin jest przekonany, że prezydent USA to muzułmanin.

Gdyby na uszczypliwościach wybryki Kadafiego się kończyły, Zachód pewnie machnąłby na niego ręką. Problem jednak w tym, że nieprzewidywalność dyktatora bywa niebezpieczna.

Na przykład w 2009 roku, honorując obietnicę porzucenia produkcji broni masowego rażenia, Libia miała przekazać Rosji kilka pojemników z materiałami nuklearnymi. Zaaranżowano transport, odpowiednie warunki przewozu, wyznaczono datę, ale kiedy specjalny samolot czekał już na lotnisku w Trypolisie, w ostatniej chwili Kadafi zmienił zdanie. W efekcie pilot odleciał bez atomowego ładunku, a pojemniki zostały na płycie lotniska, pilnowane przez... jednego strażnika.

Skąd ta nagła zmiana planów? Najprawdopodobniej po raz kolejny dało o sobie znać rozbuchane ego Kadafiego.

Oto kilka miesięcy wcześniej nie pozwolono mu rozstawić jego beduińskiego namiotu na przedmieściach Nowego Jorku. Libijczyk planował przyjmować w nim gości podczas szczytu NATO. Całkiem naturalna sprawa - rzekłby ktoś zaznajomiony ze zwyczajami Kadafiego. Władze miasta najwyraźniej jednak biografii przywódcy nie przestudiowały i pomysł "postawienia rezydencji" odrzuciły. Przywódcy Libii nie pozostało więc nic innego, jak się obrazić. Co też uczynił i żeby wszystkich o tym poinformować, wywołał mały kryzys nuklearny.

Zażegnała go dopiero miesiąc później Hillary Clinton. Amerykańska sekretarz stanu osobiście zadzwoniła do Kadafiego i ciepłym głosem przekonała do spełnienia obietnicy, zapewniając przy tym solennie, że na linii Trypolis-Waszyngton wszystko jest OK.

Do niedawna najlepsze relacje łączyły Kadafiego z innym oryginałem wśród polityków - Silvio Berlusconim. Panowie obiecywali sobie nawet "wieczną przyjaźń". Koniec tego wzruszającego love story nadszedł jednak wraz z wybuchem obecnych protestów. Pod presją sytuacji włoski premier musiał się od Kadafiego odciąć i zaapelować o "wsparcie dla narodu libijskiego".

Zanim jednak drogi "przyjaciół" się rozeszły, panowie wymieniali się drobnymi uprzejmościami. A to Kadafi sprezentował Berlusconiemu dwa wielbłądy, a to włoski premier pozwolił libijskiemu koledze nawracać Włoszki na islam. Nie Włochów w ogóle, tylko właśnie Włoszki, i to też nie ogólnie, a bardzo konkretnie - wytypowane przez... agencję hostess. Spotkania były dwa - łącznie około setki kobiet wysłuchało płomiennego przemówienia dyktatora na temat islamu.

Czego dokładnie nauczał Kadafi na owych wykładach, nie wiadomo - dziennikarzy nie wpuszczono. A mogło być naprawdę ciekawie, bo kontrowersyjne przemówienia to specjalność Libijczyka.

Kiedy w 2009 roku mówił na forum ONZ, po 75 minutach dość mieli go nie tylko słuchacze, ale nawet tłumacz, który resztką sił wyszeptał: "Już nie mogę". Kolega, który go wtedy zastąpił na ostatnie 15 minut przemówienia, dostał nazajutrz dzień wolnego. "Już nawet nie chodzi o to, że to, co Kadafi mówi, nie ma sensu - mówił potem jeden z ONZ-owskich tłumaczy - ale sposób, w jaki się wypowiada jest bardzo dziwaczny".

"Po prostu dziwny" - tak, to zdecydowanie do niego pasuje.

Agnieszka Waś-Turecka

Na następnej stronie: Kim Dzong Il, Korea Północna

Dowiedz się więcej na temat: Muammar Kaddafi | Libia | Nie | "Dyktator" | dyktator | 'Dyktator' | "Wojna domowa"

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje