Reklama

Reklama

Gdyby Hitler zginął wcześniej...

... dajmy na to w sierpniu 1939 roku, zabity w zamachu, do którego doszło w monachijskiej "Piwnicy Mieszczańskiej", ulubionej knajpie wodza III Rzeszy? Vladimir Wolff - autor kilku bestsellerów, kreślących alternatywną wizję Polski - przekonuje, że wówczas nie doszłoby do inwazji na II Rzeczpospolitą. W błędzie jest jednak ten, kto sądzi, że w takim scenariuszu uniknęlibyśmy hekatomby. Ta bowiem, niespełna dwa lata później, przyszłaby ze wschodu...

Na początku lat 90. wielu z nas z wypiekami na twarzy czytało sensacyjne analizy Wiktora Suworowa - byłego oficera radzieckich służb specjalnych - z których wynikało, że klęska Armii Czerwonej w początkowej fazie wojny z Niemcami w znacznej mierze wynikała z jej nieprzygotowania do działań obronnych. Zbrojne ramię ZSRR - przekonywał były agent GRU, który zbiegł na Zachód - miało atakować; to właśnie przygotowaniu wojska do ofensywy na Europę podporządkowano gigantyczny program zbrojeniowy, uruchomiony przez Stalina na przełomie lat 30. i 40.

Technika, której zabrakło

Reklama

Armia, która miała pomknąć niemieckimi autostradami w stronę kanału La Manche, nie posiadała ani sprzętu, ani wypracowanej strategii defensywnej. W obliczu zdeterminowanego, niezwykle agresywnego przeciwnika - korzystającego z czynnika zaskoczenia - niemal całkowicie się pogubiła. Hitler - zdaniem Suworowa - ubiegł swojego konkurenta o kilka-kilkanaście tygodni. A gdyby go zabrakło? Gdyby - jak chce tego Wolff - jego śmierć nastąpiła jeszcze przed agresją na Polskę (rzeczywisty, nieudany zamach w "Piwnicy Mieszczańskiej", za którym stał stolarz Georg Elser, miał miejsce w listopadzie 1939 roku)? Wówczas, "przebierająca nogami" Armia Czerwona najpierw musiałaby się zmierzyć z Wojskiem Polskim.

W "Kryptonimie Burza. Odległych rubieżach" - najnowszej powieści Vladimira Wolffa - do tej konfrontacji dochodzi w lipcu 1941 roku. Tragedia Września została Polakom oszczędzona. Goering, który zastąpił Hitlera, wstrzymał rozpędzoną, wojenną machinę. Jednak doświadczenie napiętych stosunków z Niemcami z przełomu 1938/39 roku czegoś Polaków nauczyło. Z większą determinacją zabiegają o dostawy angielskiego i francuskiego sprzętu wojskowego, sami przy tym rozwijając własne technologie. Sprzyja im międzynarodowy klimat - wzrastające wśród zachodnich elit politycznych poczucie zagrożenia ze strony bolszewickiej Rosji. W efekcie Wojsko Polskie AD 1941 ma do dyspozycji francuskie myśliwce Morane 406, brytyjskie Hurricane'y i Spitfire'y. Znacznie więcej rodzimych bombowców Łoś, myśliwców PZL-P24 i 50. W siłach lądowych więcej jest czołgów TP-7, karabinów przeciwpancernych Ur, broni maszynowej - słowem, techniki, której nie było, bądź było za mało latem 1939 roku.

Kiepskie morale, wielkie straty

Czy ten potencjał, będący na wyposażeniu milionowej armii, powstrzyma "czerwoną nawałę"? Radzieccy atakują z ogromnym impetem, wzdłuż całej wschodniej granicy. Ale choć data napaści narzuca analogię z początkiem operacji "Barbarossa", w tym przypadku przebieg działań jest nieco inny. Polacy nie są bowiem zaskoczeni - wydarzenia z zakresu działań wywiadu, które pozwalają na zdobycie informacji o planowanej inwazji, stanowią spory fragment książki Wolffa. W efekcie, w odróżnieniu od pogromu na niemiecko-radzieckiej linii demarkacyjnej, w tej historii obrońcy prowadzą skuteczną bitwę graniczną, opóźniając moment dotarcia najeźdźcy do głównych pozycji obronnych.

Inaczej niż w czerwcu 1941 roku, to obrońcy zadają atakującym dużo bardziej dotkliwe straty. Niekorzystna dla Rosjan asymetria wynika ze słabego wyszkolenia gigantycznej, wyniszczonej czystkami armii - zatem z tych samych powodów, z których tak niefortunnie zaczęła się dla nich Wielka Wojna Ojczyźniana. Owa rzeź nie pozostaje bez wpływu na morale czerwonego wojska - Wolff wprost opisuje dezercję tylko jednego oddziału, później jednak raczy czytelników obrazem tysięcy jeńców, którzy dobrowolnie oddali się w polskie ręce. W ocenie autora "Kryptonimu...", abstrakcyjność idei "przeniesienia Rewolucji do innych krajów", nie mogłaby pozostać bez wpływu na motywację czerwonoarmistów.

Czy historia się powtórzy?

Nie wiemy, w jakim zakresie upadający duch wpłynie na poczynania Armii Czerwonej, choć treść posłowia sugeruje, iż będzie to istotne dla dalszej fabuły zjawisko. Książka kończy się po pierwszym starciu sił głównych obu stron, po którym Polacy jeszcze się trzymają, a Rosjanie - zaskoczeni twardym oporem - przygotowują kolejne ciosy. Czy II Rzeczpospolitej starczy rezerw na kontynuowanie walki? Czy jej władze stworzą międzynarodową koalicję z innymi państwami, zagrożonymi radzieckim ekspansjonizmem? Jak zachowają się neutralne dotąd Niemcy - czy, szukając analogii w prawdziwej historii, i w tym przypadku Polska otrzyma cios w plecy? Odpowiedzi na te pytania przyniesie zapewne kolejny tom, którego wydania należy się spodziewać na jesieni tego roku.

Więcej newsów znajdziesz
w aplikacji INTERIA
Pobierz aplikację

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama