Głodnych nakarmić i bez dyskusji

Organizuje Wigilię dla Potrzebujących od 18 lat. Jak mówi Jan Kościuszko, dopóki będzie go stać choć na garnek pierogów, to stanie na rynku, by rozdawać je ubogim. Podkreśla jednak, że wraz z nim pracuje wielu ludzi, często za darmo. – Bez nich to by się nie udało – dodaje.

W tym roku Jan Kościuszko - znany restaurator - zorganizował Wigilię dla Potrzebujących na krakowskim rynku po raz osiemnasty. Dla bezdomnych i ubogich przygotowano 200 tys. pierogów oraz 8 tys. litrów barszczu. Wydano sporo ponad 50 tys. porcji jedzenia, a w przygotowanie wydarzenia zaangażowało się ponad 100 osób.

Reklama

- Ilekroć kończy się wigilia mówię, że organizowałem ją po raz ostatni. Przygotowanie takiej akcji to straszna praca - mówi w  rozmowie z Interią Kościuszko. - Trzy ostatnie lata nie były dla mnie najlepszym okresem, jednak pogłoski o moim bankructwie są mocno przesadzone. Dopóki mnie stać choćby na jeden garnek pierogów, to zawsze stanę z nim na rynku - zapowiada.

Kościuszko przyznaje, że akcja jest dla niego "socjologicznym fenomenem". - Tu do Krakowa przybywają ludzie z całej Polski, których nie stać na przejazd. Jak oni to robią? Nie mam pojęcia. Osoby, które przychodzą, wiedzą, że ten dzień na rynku jest ich dniem - wyjaśnia.

"Kościuszko ściąga do Krakowa syf z całej Polski"

Od początku nie było łatwo. - Zawsze w firmach, którymi dowodziłem, organizowaliśmy akcje charytatywne, ale im dalej w las tym więcej drzew. Nagle zorientowałem się, że ta pomoc się gdzieś rozpływa, choć jest adresowana do konkretnych osób, to instytucje, które w niej pośredniczą, rozmywają zgromadzone środki na administrację itp. - przyznaje mój rozmówca.

Kościuszko postanowił więc stworzyć, jak sam mówi, transparentną akcję. Z jednej strony są ci, którzy chcą i mogą pomóc, z drugiej ci, którzy chcą lub muszą z takiej pomocy skorzystać. Między nimi jest tylko stół.

- Nie przyjmujemy żadnych pieniędzy, tylko paczki, które rozdawane są na oczach darczyńców. Sami przygotowujemy wigilię, za własne pieniądze - opowiada Kościuszko.

W pierwszych latach bardzo trudno było zorganizować przedsięwzięcie, wiele osób było przeciw. Ówczesny prezydent powiedział nawet, że "Kościuszko chce ściągnąć do Karkowa syf z całej Polski". Potem, kiedy zobaczył ogrom akcji, zmienił zdanie i co roku chętnie się do niej włączał.

- Przy współpracy z obecnym prezydentem wszystko działa jak w zegarku - chwali nasz rozmówca. - Wszelkie kwestie administracyjne idą jak z płatka, bo jesteśmy już znani - dodaje.

Potrzebujący, którzy przychodzą, są różni

- Mój syn, kiedy miał 17 lat pracował przy rozdawaniu paczek z platformy samochodu. W tłumie był mały, 8-letni chłopiec, który wyciągał ręce po paczki, ale nie mógł dostać żadnej z nich, bo stojący wokół niego dorośli, bezwzględnie zabierali każdy kolejny pakunek - wspomina Kościuszko. - Syn przyszedł wtedy do mnie ze łzami w oczach, bo nie wyobrażał sobie takiej biedy i takiego traktowania. Wyciągnęliśmy tego chłopca, ubraliśmy i zaopatrzyliśmy go w paczkę. W tłumie nie dostałby nic - kwituje.

Ludzie, którzy przychodzą na wigilię są bardzo rożni. Jedni biorą paczkę, jedzą i odchodzą. Inni dziękują, zapewniając, że czekają na to wydarzenie z roku na rok. Jeszcze inni chcą wyłudzić po trzy pakunki, by za rogiem sprzedać je za alkohol.

Kościuszko pomaga każdemu. - My nie robimy wigilii dla lepszych i gorszych. Nie pytamy ich, czy wykluczenie społeczne wynika z ich winy czy z okoliczności losowych - wyjaśnia.

Wspólne dzieło poparte odpowiednim zapleczem

Każdego roku przy organizacji akcji pracuje wielu ludzi.  - Boli mnie relacja mediów. Po wigilii na rynku w telewizji pokazano cud, bo wydano 200 tys. pierogów, nakarmiono ludzi - ale nie wiadomo, kto ją zrobił - mówi Kościuszko.

- Tu nie chodzi o mnie, ale o tych, którzy zaczynają pracę wiele miesięcy przed finałem akcji nie biorąc za to żadnych pieniędzy - dodaje. P

o godzinach lepią pierogi, pakują żywność, a potem rozdają ją na rynku. Nie zawsze ze strony potrzebujących spotykają się z wdzięcznością, czasami narażeni są na pretensje i obelgi od osób, które nie dostały paczki. - Mimo to, każdego roku wracają, by znów pomagać - przyznaje Kościuszko.

- W tym roku przyjechała niepełnosprawna dziewczynka i trzęsącymi się rękami wkładała kolejne produkty do paczek - mówi ze wzruszeniem.  Chciała pomóc, ale chciała też czuć się potrzebna. Wiele osób przychodzi i zostawia paczki dla innych.

- W ludziach są ogromne pokłady dobroci, ale należy w nich te pokłady rozbudzić, pokazać, że wspólne działanie może przynieść wiele dobra - podsumowuje.

Kościuszko nie toleruje wymówek i politycznych gierek 

Organizacją Wigilii dla Potrzebujących w Krakowie Kościuszko chciał dać sygnał  innym, że można robić podobne rzeczy. Jego zdaniem, jest wiele osób, które mają środki, by pomagać, wystarczy tylko chcieć.

- Pytała mnie pani czy bieda i wykluczenie upadlają człowieka? Powiem tak: upadlają się właśnie ci ludzie, którzy mogą zadziałać i pomóc, ale nie chcą. Oni często, by ukryć swoją znieczulicę tworzą sobie odpowiednią ideologię, mówiąc o potrzebujących: "to są alkoholicy, margines; nie warto im pomagać, wymienią swoje paczki na denaturat".

Kościuszko ma inną zasadę: jeśli możesz pomóc, stać cię na to - nie wahaj się.

Co roku dostaje telefony od polityków, którzy chcieliby pokazać się w czasie akcji na krakowskim rynku. Każdy z nich otrzymuje stanowczą odmowę.

- Z których partii dzwonią najczęściej?

- Powiem tak, każde z ugrupowań ma parcie na szkło, ale ja ich gonię - kwituje Jan Kościuszko.

Jolanta Kamińska

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje