Reklama

Reklama

Henryk Martenka: Obyś cudze dzieci uczył...

I stało się. Tytułowe przekleństwo belfrów dosięgło katechetów. Księża wprost mówią, że szkoła to ich front, a religijna edukacja to walka. Żalą się, że są stawiani w kłopotliwych sytuacjach. Że nie dają rady. I rezygnują z nauczania religii.

Dyrektorzy szkół szukają katechetów w pośredniakach, a wybudzane ze świątobliwego snu kurie biskupie stwierdzają nagle, zaskoczone, że nie mają żadnego pomysłu, by uzdrowić ten stan rzeczy. A właśnie zaczyna się kolejny rok szkolny...

Reklama

Podobno wszystkiemu winne są dzieciary: agresywne, bezczelne, leniwe. Nie wystarcza im urzędowy autorytet sutanny ani habitu. Nie boją się grzechu, piekła ani nawet pięści się nie boją. Nie chcą słuchać o św. Józefie, zwiastowaniu, ani o pokoleniu JP II nie chcą słuchać. Niczego nie chcą i dlatego katecheci też już niczego nie chcą. Przede wszystkim nie chcą postawić sobie pytania: dlaczego?

Religia w szkole, wielkie zwycięstwo polskiego Kościoła początku lat 90., okazuje się z biegiem lat pyrrusowym zwycięstwem. Wyprowadzając nauczanie religii z sal katechetycznych, zdegradowano ważny, może najważniejszy, efekt psychologiczny, jakim był świadomy akt woli: idę do kościoła na lekcję. Piszę to z własnego, głęboko w dzieciństwie przeżywanego doświadczenia. Kiedy w euforii konkordatowej wprowadzono nauczanie religii w szkołach, nikt nie pomyślał o tym, że tak naprawdę nauczanie religii wyprowadzono z kościoła.

Efekt dokładnie taki sam, jakby zaprzestano w kościołach odprawiania nabożeństw na żywo, tylko zastąpiono je sprzedażą płyty DVD z mszą świętą rezurekcyjną, roratami i pasterką.

Na ten grzech In statu nascendi nałożył się bezruch polskiego Kościoła, chlubiącego się niezłomnym trwaniem od dwóch tysięcy lat. A to już nie wystarcza, co zrozumiano w starej Europie i za oceanem też zrozumiano. Napisano już sporo na temat odstawania polskiego Kościoła od współczesności, o jego nienadążaniu za wyzwaniami tej współczesności, o jej nierozumieniu przez zdecydowaną część hierarchii.

Dlatego nie chce mi się tego powtarzać, ale właśnie suma tych zaniedbań doprowadziła do stanu, w którym, jak dziś piszą gazety, widok sutanny w szkole budzi w uczniach żywiołową agresję. Ale agresję wzbudza w sporej części dzieciarni widok matematyka czy pani od polskiego, nie mówiąc już, jak mieszane uczucia budzi w uczniach widok dyrektora szkoły. Czy oni też mają się zachować jak pokonani katecheci? Pójść do domu, bo przestało się im podobać, bo nie dają sobie rady?

Kościół w Polsce, podobnie jak jego frontowi żołnierze (czytaj: katecheci) coraz częściej swą misję kieruje tam, gdzie wcześniej trudno byłoby to sobie wyobrazić. Polski Kościół świadomie porzuca sacrum na rzecz profanum. Duchowni uciekają z pozycji wydawałoby raz na zawsze ustalonych, przez co uświęconych. Zajmują się sprawami, które z duszpasterstwem czy służbą ludziom i Bogu nie mają nic wspólnego, są za to dużo przyjemniejsze.

Prałat z Gdańska, niczym postać z operetki, zajmuje się sprzedażą wina z własnym wizerunkiem i kupuje bursztyn. Radiowy zakonnik z Torunia świadectwo wiary myli ze świadectwem udziałowym i wierci odwierty z gorącą wodą. - We wrześniu zostanie uruchomiona pierwsza w Polsce chrześcijańska sieć telefonii komórkowej - oznajmia ksiądz dyrektor rozgłośni Radio Warszawa i jednocześnie szef projektu kościelnego operatora komórkowego.

Cichutkie zakonnice, ślubujące ubóstwo, przejmują od państwa w ramach wyrównania krzywd tysiące hektarów ziemi, które to hektary niemal natychmiast, równie cichutko, idą pod młotek. Każdy polski proboszcz wie, jak ściągnąć z Niemiec używanego mercedesa do celów kultowych.

Kiedy uprawiać seks, jak pieścić partnera i którędy prowadzi droga do orgazmu doskonałego - o tym wszystkim uczy i opowiada... ojciec Ksawery ze zgromadzenia kapucynów. Ekspert od pieszczot miejsc erogennych kobiety, także od stymulacji łechtaczki. - To ważne elementy ars amandi katolickich mężów - twierdzi głęboko o tym przekonany mnich.

To nie są jakieś antyklerykalne żarty, a choć brzmią naprawdę groteskowo, to fakty powszechnie znane. Zanika misja duszpasterska, zaczyna się misja handlowa, za którą stoi wyłącznie mamona. Czy jest zatem tylko kwestią czasu, aż Kościół przejmie w arendę sieć Biedronka albo kupi Lidla? Otwarte zostaną kościelne salony sprzedaży aut i ruszy kościelny bank z kredytami hipotecznymi? Czy chrześcijańska sieć telefonii komórkowej nie zacznie sprzedawać odpusty w cenie SMS-a, a udzielanie sakramentów nie zostanie wliczone w abonament?

Dlatego niech szkolni katecheci nie biorą na siebie poczucia winy, że przez nich pada nauczanie religii. Ta wina się rozkłada na wielu, ważniejszych od nich. I to im przede wszystkim trzeba przypomnieć stare porzekadło: Pilnuj szewcze kopyta...

henryk.martenka@angora.com.pl

Dowiedz się więcej na temat: Kościół | nauczanie

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy