Historia z "Dachu Świata"

Mnisi w czerwonych szatach, płynący spokojnie arką buddyzmu gdzieś na "Dachu Świata", do tego szaleni jogini, szczypta mistycyzmu i Dalajlama XIV za sterem. Tak wygląda Tybet, który nie istnieje. Istnieje natomiast państwo, w którym droga do nieocenzurowanej edukacji, wolności i możliwości praktykowania religii wiedzie przez Himalaje - do Indii i Nepalu, gdzie można zakosztować emigracyjnej wolności. Ile kosztuje taka "wycieczka"? Życie.



Takie wyobrażenie Tybetu bierze się z faktu, że bardzo długo, ze względu na niedostępność geograficzną, pozostawał on miejscem nieznanym. Był mglistą, tajemniczą krainą z pogodzonymi ze złem tego świata, pokojowo nastawionymi ludźmi.



Ten spokój ducha regularnie zakłócano. Większość Tybetańczyków żyje od lat w zacofaniu ze względu na utrudniony dostęp do edukacji. W jednym państwie koegzystują dwa narody, które zupełnie się nie znają i nie rozumieją. Osadnicy z Chin postrzegają Tybetańczyków jako "zacofanych, brudnych, śmierdzących masłem i łajnem jaków, niewykształconych i niezbyt chętnych do pracy ludzi" - pisze w swojej książce "Tybet. Legenda i rzeczywistość" Marek Kalmus. Z kolei dla większości Tybetańczyków Chińczycy są okupantami odbierającymi im pracę i ziemię, a także ograniczającymi praktyki religijne.

To właśnie dlatego Tybetańczycy uciekali z kraju do miejsc, w których mogli zakosztować nieskażonej cenzurą edukacji, pielęgnować bez obaw rodzime tradycje i w spokoju oddawać się praktykom religijnym. To wielkie pragnienie wolności często popychało rodziców do bardzo drastycznych kroków, jakimi było wysyłanie małych dzieci na niezwykle niebezpieczne wyprawy przez Himalaje. Wszystko po to, by mogły zdobyć wykształcenie i później - po powrocie do Tybetu - mieć szanse na lepszą pracę - taką, jaką mają Chińczycy.Na taką wyprawę rodzice byli w stanie poświęcić cały dorobek życia - nie tylko swój, ale też środki pożyczone od krewnych. Żeby ułatwić dzieciom życiowy start. Stąd bardzo tragiczne decyzje o organizowaniu ucieczek do Indii, do ośrodków założonych przez Dalajlamę, głównie do Dharamsali. Zobacz, jak wyglądały wyprawy najmłodszych Tybetańczyków przez Himalaje: Losy tych dzieci były różne. Niektóre już nigdy w życiu nie widziały rodziców. Inne wracały do Tybetu jako wykształcone, młode osoby. Za bilet powrotny przychodziło im płacić bardzo wysoką cenę. Na emigrantów czekało w pierwszej kolejności więzienie i szykany. I tak przez kilka miesięcy do dwóch lat. Ale po tym czasie - z nabytą wiedzą i znajomością języków - można było się starać o normalną "chińską" pracę. Ta okrężna, bo wiodąca przez Himalaje, droga do jako takiego życia wydaje się nie do pomyślenia dla przeciętnego Europejczyka.
Nam, ludziom żyjącym we względnie spokojnym otoczeniu, walka o możliwość kształcenia się, polegająca na przebrnięciu Himalajów po pas w śniegu oraz narażanie tym samym dzieci na odmrożenia i poparzenia, ślepotę śnieżną i ryzyko, że więcej się ich w życiu nie zobaczy, wydaje się być wielkim dramatem, może dobrym tematem na scenariusz filmu. A to się działo naprawdę. Aż do 2008 roku, gdy sytuacja polityczna w kraju uniemożliwiła organizowanie takich wypraw i ostatecznie uwięziła naród w jego własnym państwie.
- Od czasu powstań w kwietniu 2008 roku dramatycznie zmieniła się sytuacja uchodźców. Granice są pilnie strzeżone przez chińską policję. Bardzo niewielu Tybetańczykom udało się uciec w zeszłym roku (671 osób). Drogi wiodące przez góry już nie wchodzą w rachubę - mówi Marie Blumencron, która uczestniczyła w wyprawach przez Himalaje. Manifestacje uliczne w Lhasie były punktem kulminacyjnym narastającej wśród Tybetańczyków i Chińczyków wrogości, a także wyrazem sprzeciwu wobec łamania praw człowieka. Krwawo tłumione przez "obywateli pierwszej kategorii". Odcięci od edukacji i pozbawieni szans na lepszą pracę Tybetańczycy wyszli na ulice. - Uważam, że sytuacja będzie się pogarszać. Każdy uchodźca z Tybetu przynosi informacje o tym, co działo się podczas manifestacji. Każdy uchodźca źle wpływa na wizerunek chińskiego rządu. Z tego powodu są zamykane granice dla Tybetańczyków - tłumaczy. Z tamtych krwawych rozruchów zostały setki zdjęć, epatujących przemocą i niezwykłą agresją. Na nich naród tybetański próbujący się sprzeciwić łamaniu jego niezbywalnych praw i naród chiński walczący o prawo do łamania tych praw.Okrężna droga do wolności - zobacz materiał o dzieciach uciekających z Tybetu: Ponad dwa lata temu wiele demokratycznych krajów świata oficjalnie deklarowało poparcie dla Tybetu i słuszność walki o prawa człowieka. Pod stołem natomiast toczył się cichy handel z Chinami. "Zainteresowanie Tybetem ze strony polityków i mediów jest okazjonalne i nasila się, gdy represje ze strony komunistycznych władz są bardziej widoczne" - pisze Marek Kalmus. Popieranie Tybetu jest zagrywką wizerunkową. Po prostu wypada to robić. Ale zyski leżą gdzie indziej. W Chinach. Dramat Tybetańczyków nie kończy się, gdy odchodzą reporterzy i przestają błyskać flesze aparatów. Zostają bardzo przyziemne problemy: bieda, brak dostępu do edukacji, prześladowania, rozłąka z najbliższymi. Tybet emanujący feerią barw, radosna i cicha przystań buddyzmu, w której można się zatrzymać, by nakarmić duszę naukami Dalajlamy, istnieje tylko w folderach reklamowych.

Reklama

Więcej o Marie von Blumencron przeczytasz TUTAJ ZOBACZ RÓWNIEŻ:Dziewczynki umierają szybciejMaria Blumencron opowiada o morderczych wyprawach dzieci - wielkiej ucieczce z Tybetu do Indii lub Nepalu.Autoportret. Wywiad z Christianem GatniejewskimChristian Gatniejewski - himalaista, ratownik medyczny - opowiada o ciężkich wyprawach przez Himalaje, w których brali udział uchodźcy z Tybetu.

Dowiedz się więcej na temat: dachy | Tybet | edukacja | Himalaje

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL