Kim są mieszkające w Polsce muzułmanki?

Tatarki są tu od pokoleń, Bośniaczki, Irakijki czy Polki, które przyjęły islam pracują, studiują i wychowują obok nas dzieci. Nie zwracamy na nie uwagi, chyba, że zakryją włosy lub twarz. Wtedy na żer wychodzą podsycane przez lęk stereotypy. Reporterka Anna J. Dudek zanurzyła się w ich hermetyczny świat, próbując przybliżyć odpowiedź na pytanie, kim są mieszkające w Polsce muzułmanki?

- Nie jestem apologetką żadnej religii, ale chciałabym, żeby na te kobiety nie patrzono przez pryzmat paryskich i belgijskich zamachów terrorystycznych czy strasznych opowieści o złych muzułmanach, lejących żony i traktujących je jak swoją własność - podkreśla autorka reportażu "Poddaję się. Życie muzułmanek w Polsce".

Reklama

Dariusz Jaroń, Interia: Została pani zmieszana z błotem za swoją książkę?

Anna J. Dudek: Regularnie dostaję łomot w sieci. Byłam już islamską prostytutką, pracowałam w burdelu muzułmańskim, a ostatnio internauci pytali mnie, ile Arabia Saudyjska płaci za napisanie takiej książki.

Ile?

- Nic nie płaci. Naprawdę, nie miałam sponsora, można w wydawnictwie PWN dopytać. Obrywam też z drugiej strony. Większość muzułmanek i ich rodzin reaguje pozytywnie. Ktoś ich wysłuchał, pokazał odmienny punkt widzenia, ale na muzułmańskich forach są też negatywne głosy, że nie jestem wyznawczynią islamu, a robię z siebie ekspertkę. Nie robię. Przeczytałam kilkaset książek, odbyłam kilkadziesiąt rozmów. I tyle. To reportaż, nie encyklopedia.

Pytają, po co ta książka?

- Dla mnie to opowieść o kobietach. O islamie też, dlatego będę szczęśliwa, jeżeli uda mi się przybliżyć część tej religii Polakom. Żeby przestali się bać.

Z jakimi stereotypami w głowie przystępowała pani do rozmów ze swoimi bohaterkami?

- Zaskoczę pana, bo właściwie nie miałam żadnych gotowych kalek przed oczami. Staram się nie mieć uprzedzeń, z takiego domu pochodzę, dlatego nie mogłam tej książki pisać z tezą, obalając czy też potwierdzając stereotypy. Nie sądziłam, że napiszę przełomowe dzieło, odkryję nieznaną prawdę o muzułmankach. Byłam ich po prostu ciekawa.

Ale jakieś wyobrażenie ich świata pewnie pani miała?

- To są różne światy. Na tym polega problem i piękno tego wszystkiego. Moje bohaterki często powtarzają, że nie ma jednego islamu. Nigdy nie pokusiłabym się zatem o stwierdzenie, jakie są muzułmanki. Są bardzo różne, tak jak wszystkie kobiety. Bycie muzułmanką nie daje wspólnej dominanty poza religią.

Mówi pani o różnych obliczach islamu, ale najczęściej dostajemy jeden obraz muzułmanek: zahukanych żon, schowanych za burką czy nikabem...

- Pamięta pan rozmowę Fallaci z Chomeinim? W pewnym momencie zerwała z głowy czador, pokazując ajatollahowi, gdzie ma ograniczenia dla kobiet w islamie. Tak sobie myślałam - abstrahując od obcej nam kultury - dlaczego mają chodzić tak zakutane? Po co? Może do zakładania hidżabu zmusza je ojciec albo mąż.

Niekiedy zmusza.

- Oczywiście, czasami tak bywa. Chociażby na wiejskich terenach Afganistanu kobiety wciąż często są traktowane jako obywatelki drugiej kategorii. Ale są też muzułmanki noblistki, lekarki, tak jak Lubna, jedna z moich bohaterek. Jest chirurgiem. Bardzo konkretna i inteligentna kobieta. Przy którejś rozmowie patrzy na mnie i mówi: "ty mnie masz z czegoś wyzwalać? Mam partnerski związek, troskliwego męża, wychowuję dziecko, jestem lekarką, robię specjalizację, jeżdżę samochodem". Inna robi habilitacje, kolejna doktorat.

A hidżab?

- W niczym nie przeszkadza, wręcz przeciwnie, jest symbolem wolności. W naszej kulturze wszędzie mamy nagie kobiety, a one chcą być postrzegane nie przez pryzmat długości rzęs czy rozmiaru miseczki, tylko tego, jakimi są osobami. To rzeczywiście otworzyło mi oczy. Helena, inna bohaterka, zapytała mnie, kto jest bardziej zniewolony? Katująca się dietami Europejka, reklamująca w bikini wszystko od cementu po trumny, czy ona, która sama decyduje, przed kim zamierza się obnażyć. To było odwrócenie myślenia o feminizmie o 180 stopni.

Feminizm muzułmański dla niewtajemniczonych brzmi jak oksymoron.

- Kompletna bzdura. Feminizm islamski wywodzi się z Koranu. Jest jedyną księgą natchnioną, która mówi bezpośrednio do kobiet i do mężczyzn. "Wierni i wierne". Oczywiście, że muzułmanie, a są ich prawie dwa miliardy, tworzą bardzo różne związki, bo nie ma jednego islamu, ani jednej kultury, w której żyją. Inaczej niż  chłop z Egiptu świat postrzega np. wychowany w Szwajcarii teolog i pisarz Tariq Ramadan. Jego dziedzictwem jest Koran i Kartezjusz. I to się wzajemnie nie wyklucza, bo wynika właśnie z religii i kultury.

Z historii islamu też?

-  W przedmuzułmańskiej Arabii kobiety nie miały żadnych praw. Rodziły dzieci nad dołem: jeżeli na świat przychodziła dziewczynka, ojciec decydował czy może żyć czy nie. Nadchodzi islam, postrzegany jako religia miecza, i prorok Mahomet, który nadaje kobietom prawa i ogranicza liczbę żon do czterech. Dotąd nie mogły dziedziczyć, decydować o sobie. To była rewolucja. W średniowiecznej Europie kobiety były traktowane jak domowy inwentarz, a tu muzułmanki były fundatorkami meczetów, doradzały kalifowi. O tym się nie mówi, bo to nie pasuje do stereotypowego obrazu islamu.

Dlatego staje pani w jego obronie?

- Nie jestem apologetką żadnej religii, ale chciałabym, żeby na te kobiety nie patrzono przez pryzmat paryskich czy belgijskich zamachów terrorystycznych, strasznych opowieści o złych muzułmanach, lejących żony, traktujących je jak swoją własność. Angażujmy się w walkę o prawa młodych Afganek czy Pakistanek, bo ze względu na reżim talibów ich sytuacja rzeczywiście jest dramatyczna, ale to jest inna opowieść niż o muzułmankach europejskich.

Jak się pani w ich hermetyczne środowisko dostawała? Jakie zabiegi były konieczne, aby przekonać bohaterki książki do intymnych zwierzeń?

- Napisanie tej książki najpewniej nie byłoby możliwe bez pomocy dwóch osób. Katarzyna Górak - Sosnowska, wybitna znawczyni islamu z SGH, napisała na zamkniętych grupach muzułmańskich w internecie kilka postów z prośbą o potraktowanie mnie życzliwie. Także dr Beata Abdallah - Krzepkowska, odpowiedzialna za konsultację merytoryczną, otworzyła przede mną sporo drzwi. Kiedy kilka muzułmanek przekonało się, że jestem rzetelna, można ze mną otwarcie porozmawiać, polecały kolejne koleżanki.

Sporą miały rezerwę?

- Tak, i rozumiem dlaczego. Wiem, jak często powstają materiały w mediach, kiedy wyjmuje się wypowiedzi z kontekstu, nie patrząc na to, że przez jedną zniekształconą wypowiedź cierpi rodzina czy cała społeczność. Tatarki, uchodźczynie czy konwertytki nie mają zaufania do mediów. Znam historię dziewczyny, która wypowiadała się o uchodźcach uciekających przede wojną, a jej słowa tak pokazano, jakby nawoływała do hurtowego przyjmowania do Polski każdego migranta. Muzułmanki wolą w związku z tym siedzieć cicho. Musiałam im wytłumaczyć, że chcę o nich napisać jak o normalnych kobietach.

Jak przyjęły gotową książkę?

- Większość pozytywnie. Obiecałam, że pokażę im przed publikacją rozdziały, które ich dotyczą. Wpuściły mnie do swojego świata, obnażyły się, to był minimalny ukłon z mojej strony. Wprowadziły wyłącznie poprawki merytoryczne, nie wycofały się ze swoich słów. To było bardzo odważne, mogły obawiać się reakcji współbraci i współsióstr. Muzułmanki nie mogą mówić o rzeczach bardzo prywatnych, jak związki czy seks, a one to zrobiły. Rozumiem, że nie chciały się narażać na ostracyzm w środowisku, tym bardziej, że sytuacja muzułmanów w Polsce jest nieciekawa... Mamy jeszcze trochę czasu?

Oczywiście!

- To opowiem panu, czego byłam świadkiem w poniedziałek.  Wracałam autobusem z redakcji do domu, czytałam gazetę. Mignęła mi przed oczami dziewczyna w hidżabie, była w spodniach i tunice. Przede mną siedział nietrzeźwy chłopak z kolegą. Posypały się "Arabusy", "kurwy", i hasła, czego to on im nie zrobi. W autobusie cisza jak makiem zasiał. Dziewczyn było sześć. Miny miały niewyraźne. Nachyliłam się do jednej z nich, zaczęłam mówić po polsku. Jakoś się dogadałyśmy. Były z Czeczeni. Spokojne kobiety wracały z pracy do ośrodka dla uchodźców i dostały emocjonalny łomot w centrum Warszawy od pijanego chama...

Takich historii jest więcej. Niedawno w Łodzi 37-latek zaatakował w tramwaju młodą studentkę z Algierii, wystarczy odwiedzić profil na Facebooku Mameda Chalidowa, żeby zobaczyć jak z ulubionego sportowca dla wielu stał się potencjalnym terrorystą. Zastanawiam się, gdzie leży punkt krytyczny? Kiedy dojdzie do tragedii, tylko dlatego, że ktoś wyznaje w Polsce islam, przez co jest łączony z terroryzmem?

- Sytuacja jest napięta. Eksperci, z którymi rozmawiałam jeszcze po zamachach w Paryżu, mówili, że Europa jest w punkcie zwrotnym, spodziewają się wzrostu prawicowego ekstremizmu. Obawiam się, że może dojść do pogromu. Wyobraźmy sobie, że muzułmanin powoduje wypadek drogowy, zginie dziecko. Nie będzie opowieści, że ktoś wszedł pod koła, wyskoczył na czerwonym świetle. Pójdzie jednoznaczny przekaz: muzułmanin zabił. Będzie lincz, druga Włodowa.

Mam wrażenie, że te sygnały są bagatelizowane...

- Przed paroma dniami młodzieńcy z Młodzieży Wszechpolskiej umieścili przeróbkę zdjęcia reprezentacji Polski z sesji Vistuli z podpisem "każdy inny, wszyscy biali". To jest hasło Ku Klux Klanu. Na szczęście skrajni prawicowcy oprócz paru pobić nic poważniejszego w ostatnim czasie nie zrobili, ale jeśli mówimy o terroryzmie, bądźmy odważni i mówmy o każdym zagrożeniu, i motywach politycznych, które stoją za atakami. Nie jestem wariatką zakochaną w islamie, chcę tylko, żeby nie traktować tych kobiet i ich rodzin jak terrorystów.

Wielką - negatywną - robotę robi Państwo Islamskie samą swoją nazwą. Kiedy islamscy ekstremiści nazywali się Al-Kaidą czy Boko Haram, przeciętny odbiorca wiadomości nie rzucał haseł, że każdy muzułmanin to terrorysta...

- To jest majstersztyk PR-owy grupy. My dziennikarze też działamy na ich korzyść, mówiąc Państwo Islamskie. Mówmy "tak zwane Państwo Islamskie" albo "Daesh". Jeżeli my ich legitymizujemy, nazywamy państwem, dajemy im prezent. A od muzułmanów - czy się to komuś podoba czy nie - nie uciekniemy, bo chociaż w Polsce jest ich promil promila, to w Europie jest ich coraz więcej. I wcale nie przez kryzys uchodźczy.

Mamy pretensje, że muzułmanów w Europie jest coraz więcej, ale to my odchodzimy od swoich korzeni, to u nas rodzi się coraz mniej dzieci, a świątynie pustoszeją. Obwiniamy islam o własne zaniedbania?

- To jest bardzo ważne pytanie w całej dyskusji o muzułmanach. Dlatego ten widoczny islam tak nas drażni. Trochę nam szkoda, że to nie my jesteśmy tak zaangażowani. Zapytałam Tariqa Ramadana czy Zachód zazdrości muzułmanom poczucia wspólnoty, bo nam tutaj ewidentnie czegoś brakuje. Może nie zazdrości, odpowiedział, ale Zachód odczuwa duchową pustkę, wypalenie.

- Nie dziwię się natomiast, że kościoły pustoszeją. Z badań, jakie przeprowadziłam na potrzeby książki wynika, że część Polek praktykujących islam wcześniej była katoliczkami. Ale jak w kościele kobieta słyszy: "mąż cię bije? Musisz nieść swój krzyż", a episkopat dyskutuje o dostępie do antykoncepcji, aborcji czy o konwencji antyprzemocowej, de facto decydując o tych sprawach, to szlag mnie trafia. To jest ta kultura, która broni kobiety? Dlaczego z wyższością patrzymy na te rzekomo biedne muzułmanki, skoro na naszym podwórku jest tak wiele do zrobienia?

Tak jak mamy wiele odłamów islamu, tak Kościół nie jest jednolity. Przekaz papieża Franciszka czasem nijak ma się do tego, co usłyszymy na kazaniu.

- Naturalnie, że tak. O tym też trzeba pamiętać.

Założyłaby pani ponownie na potrzeby reportażu hidżab i pospacerowała kilka dni po Warszawie?

- Nie, dzisiaj już nie. Bałabym się. Zrobiłam to tylko po to, żeby poczuć niechęć do muzułmanek na własnej skórze. To było jednorazowe doświadczenie, nie chciałabym, żeby ktoś pomyślał, że sobie z tego żartuję. Jestem ateistką, ale szanuję wszystkie symbole religijne. Dla muzułmanek okrycie głowy to element tożsamości. Jeżeli chcą, żeby bez niego oglądali je tylko najbliżsi, to pozwólmy im żyć po swojemu. Tylko tyle i aż tyle.

Rozmawiał: Dariusz Jaroń

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje