Reklama

Reklama

Krótki gangsterski żywot "Kiełbasy"

Nie mogę powiedzieć, że umierali na moich rękach. Ale nie będę daleki od prawdy, gdy powiem, że umierali na moich oczach. Moi bohaterowie świata gangsterskiego. O kilku z nich opowiadam. Oglądałem rozwój karier i ich nagłe przerwanie…

Często wyglądało to tak, jakby fatum czuwające w drzemce nad ich losem, budziło się znienacka, by uderzyć śmiertelnie. To fatum było wpisane w ich zbrodnicze żywoty. Zwykle kończyli i będą kończyć je marnie. Leżąc na ulicy bądź pod kawiarnianym stolikiem w kałuży krwi, wypływającej z dziur po pociskach, rozszarpujących ciało od wewnątrz.

Sól w oku "starego Pruszkowa"

Reklama

Wojciech K, pseud. "Kiełbasa", był jednym z nielicznych gangsterów, który swoją bystrością i dowcipem przewyższał prymusów uniwersyteckich studiów, choć skończył tylko zawodówkę. Te cechy zjednywały mu poklask w świecie zabijaków i zawodowych kryminalistów. Torowały drogę do szybkiej kariery. Jednocześnie rozbudzały w nim wielkie ambicje. Nadmierne, jak na jego wiek.

Miał 35 lat i władzę, o której jego rówieśnicy nie ośmielali się nawet marzyć. Ale ta stosunkowo wcześnie zdobyta władza, pieniądze, które niczym z kranu woda ciurkiem spływały do jego sejfu, miejsce, jakie zajmował na drabinie gangsterskiej hierarchii, ciągle mu nie wystarczały.

Chciał za szybko stać się jednym z wielkich, wpływowych szefów w imperium zła, jakim w coraz większym stopniu stawał się gang pruszkowski. "Kiełbasa" zaś był najbardziej wybijającym się młodym gangsterem "Pruszkowa". Miał cechy prawdziwego przywódcy. Nic więc dziwnego, że był solą w oku ludzi "starego Pruszkowa".

Realnie zagrażał ich światu, przede wszystkim władzy, jaka budowała ich fortuny. Dlatego musiał zginąć, jak wielu przed nim i po nim, jak ci, którzy próbowali zbyt samodzielnie wyrąbać sobie drogę do własnej potęgi.

Na jego terenie…

To była klasyczna egzekucja. Precyzyjnie zaplanowana. Zabójcy znali dokładnie codzienny rytuał "Kiełbasy". Dopadli go, kiedy jak co rano w pawilonie spożywczo-mięsnym zrobił śniadaniowe zakupy, z czego najważniejsze było świeże pieczywo.

Naprzeciwko sklepu, po drugiej stronie ulicy, stały zaparkowane dwa samochody: bordowy ford mondeo i biały mercedes. Gdy Wojciech K. podjechał swoim czarnym volvo pod pawilon, raczej musiał zauważyć stojące naprzeciwko dwa luksusowe auta, ale zbagatelizował ich obecność. Pewnie wydawały mu się puste.

Nie zastanowiło go nic, co mogłoby stać się sygnałem ostrzegawczym. A wystarczyło, by został w swoim samochodzie dłuższą chwilę, odpowiednio ustawił wsteczne lusterko i obserwował obydwa auta.

Nie wiemy, dlaczego nie zwietrzył niebezpieczeństwa. Czy zgubiła go rutyna? Czy dlatego, że nade wszystko czuł się pewnie? Był to przecież doskonale mu znany teren. Jego teren. Kilometr od miejsca urodzenia, gdzie nadal mieszkali rodzice, pół kilometra od małego pałacyku, który niedawno zbudował za zdobyte drogą przestępstw pieniądze.

Bulterier w pułapce

Kiedy wyszedł ze sklepu, od razu na schodkach dosięgły go pierwsze pociski z dwóch kałasznikowów. Krwawiący już, próbował schować się za stojącego blisko wyjścia nissana, ale nie zdążył. Ścięła go z nóg kolejna seria kul, siekących po ścianie pawilonu, drzwiach wejściowych, karoserii i szybach nissana.

Strzelanina trwała ledwie kilka sekund. Zabójcy wskoczyli do swoich aut i po chwili nie było po nich śladu. Z Pruszkowa uciekli już tylko mercedesem. Forda znaleziono kilka godzin później na pobliskim cmentarzu. Doszczętnie spalonego.

Zanim karetka, po kilku godzinach, zabrała ciało Wojciecha K., dziennikarze i gapie oglądali walające się obok denata porozrzucane zakupy: kajzerki, serki, wędliny...

W pobliżu, uwięziony w zamkniętym volvo, cały i zdrowy, szukał wyjścia z pułapki pupil "Kiełbasy", modny w środowisku gangsterów "zabójca", pies rasy bulterier. Policjanci bali się wypuścić zwierzę z auta. Zrobiła to dopiero żona "Kiełbasy" Małgorzata - była wicemiss Mazowsza w konkursie Miss Polonia.

Z polecenia przedsiębiorcy budowlanego

Pierwszym przestępczym zajęciem "Kiełbasy", na początku lat 80., było włamywanie się do mieszkań i rabowanie wszystkiego, co się dało spieniężyć. Później, w drugiej połowie lat 80., stworzył grupę specjalizującą się w kradzieży srebra z różnych zakładów produkcyjnych.

Prawdziwa gangsterska kariera Wojciecha K. trwała niecałe siedem lat. Cały czas w napięciu, w ruchu, w stresie. Jedyny relaks stanowił alkohol i kobiety. Ładne, łatwe, łase na pieniądze, ciuchy i wygodne, ocierające się o luksus życie.

"Kiełbasa" był wysoki, silny i miał łatwość nawiązywania kontaktów. Zaczynał jako ochroniarz i jednocześnie kierowca Wojciecha P., przedsiębiorcy budowlanego z Saskiej Kępy, związanego od wielu lat z przestępcami z Pruszkowa. Przez jego firmę legalizowano pieniądze zdobyte przez gangsterów z haraczy, napadów, przemytu alkoholu i papierosów.

Wojciech P. polecił 30-letniego "Kiełbasę" swoim starym przyjaciołom z Pruszkowa na szefa grupy młodych gangsterów, w podobnym wieku. W grupie tej był najbardziej znany dziś w Polsce świadek koronny Jarosław S. pseud. "Masa".

Zabójcy jak złodzieje rowerów

Przez wiele lat, byli jak papużki nierozłączki. Jednak po jakimś czasie, kiedy "Kiełbasa" zaczął wyraźnie celować wysoko, "Masa" związał się z innym znanym pruszkowskim gangsterem, Andrzejem K. pseud. "Pershing", o którym pisałem w poprzednim odcinku.

Wojciech K. uchodził za inicjatora głośnego pomysłu, który okazał się kurą znoszącą złote jajka. Zaproponował starym repom pruszkowskim, żeby zamiast napadów na tiry przewożące legalny towar państwowy, typu papierosy, alkohol, elektronika, drogi sprzęt gospodarstwa domowego itp., podstępnie rabować podobne rzeczy pochodzące z przemytu.

Na czym polegał pomysł? Na tym że przemytnicy nie mogli zgłosić napadu czy kradzieży towaru pochodzącego z przestępstwa, którego... sami byli sprawcami!

Zanim doszło do egzekucji 19 lutego 1996 roku, ktoś wcześniej musiał zrobić dokładne rozpoznanie nawyków Wojciecha K. Zaplanować miejsce i czas. To powinno policję naprowadzić na ślad morderców i ich wspólników.

Jak to jednak z naszą policją bywa, z takim samym mizernym skutkiem ściga złodziei rowerów, jak i zawodowych zabójców...

Jerzy Jachowicz, dziennikarz tygodnika "Sieci"

Za tydzień o Nikodemie S., pseud. "Nikoś".


Dowiedz się więcej na temat: mafia

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy