Reklama

Reklama

Ksiądz Charamsa ograł media

Ksiądz Krzysztof Charamsa różnym dziennikarzom obiecywał swój "coming out" na wyłączność. I w ten sposób wystrychnął na dudka kilka wiodących tytułów prasowych, przekonanych o ekskluzywności swoich materiałów o księdzu. - Tak się po prostu nie robi. Ja tu widzę elementy normalnego, no co tu dużo mówić, oszustwa - komentuje dla Interii medioznawca prof. Wiesław Godzic.

Wyznanie księdza Krzysztofa Charamsy z watykańskiej Kongregacji Nauki Wiary (duchowny ogłosił, że jest gejem i że ma narzeczonego) ukazało się w piątkowy wieczór w kilku tytułach prasowych jednocześnie: we "Wprost", "Newsweeku", "Gazecie Wyborczej", a także w TVN i na stronach powstającego filmu dokumentalnego "Artykuł osiemnasty".

Reklama

Każdemu z rzeczonych mediów ksiądz Charamsa obiecał "ekskluziwa", czyli materiał na wyłączność. "Wprost", "Newsweek", "Wyborcza", TVN były przekonane, że ksiądz robi "coming out" tylko u nich.

Jednocześnie miał już Charamsa zaplanowaną konferencję prasową ze swoim partnerem - Eduardo, a także przygotowaną książkę, która ukaże się niebawem.

"To rozegranie mediów przejdzie do historii polskiej prasy" - napisał na Twitterze dziennikarz Michał Majewski.

- Tak się po prostu nie robi. "Exclusive" to jest jednak "exclusive". Ja tu widzę elementy normalnego, no co tu dużo mówić, oszustwa. Jeśli kieruje się komunikat do różnych mediów i celowo wprowadza się je w błąd, to się mści. Nie ma nic gorszego niż zdenerwowany dziennikarz, któremu obiecano coś innego - mówi Interii medioznawca prof. Wiesław Godzic.

Przygotowaniem do medialnego spektaklu, okraszonego łzami, patosem, dramatycznymi pauzami, był artykuł na łamach "Tygodnika Powszechnego", w którym Charamsa ostro rozprawiał się z księdzem Dariuszem Oko. Już wtedy Charamsa negocjował wspomniane "ekskluziwy" z innymi mediami, ale "Tygodnikowi", który umieścił go na okładce, nawet o tym nie wspomniał. 

Materiały z księdzem-gejem w roli głównej ewidentnie były objęte embargiem, bowiem ukazały się wszystkie naraz. W ten sposób ksiądz utrzymywał poszczególnych dziennikarzy w przekonaniu, że jako jedyni odpalają bombę i dzięki temu zapewnił sobie niezwykły rozgłos. Potraktował dziennikarzy instrumentalnie.

Gdy skonsternowani redaktorzy zdali sobie sprawę, że zostali wykiwani, od afirmacji przeszli do sceptycyzmu w stosunku do nowego duchownego-celebryty. Komentarze dystansujące się od księdza opublikowały "Gazeta Wyborcza", "Wprost" i "Tygodnik Powszechny".

- To już jest pewien chłód, powiedziałbym - zauważa prof. Godzic.

- Chodzi o to, że nagle, w trakcie działania, zmieniły się reguły gry. Szefowie tych gazet, dziennikarze, mogą czuć się wprowadzeni w błąd. Grali w futbol, a okazało się, że jest to futbol amerykański - dodaje ekspert.

Nasz rozmówca potwierdza, że takie postępowanie księdza może wpłynąć i już wpływa na odbiór tego, co ksiądz Charamsa mówi. Strategia maksymalnego rozgłosu za wszelką cenę zaczyna odbijać się duchownemu czkawką (łatwowiernym mediom także).

Motywacje działań księdza nie są jasne. Mamy do wyboru wersję oficjalną - sprzeciw wobec homofobii Kościoła, ale nasuwają się jeszcze inne interpretacje: próba wpłynięcia na odbywający się w Rzymie synod poświęcony rodzinie, bądź - najbardziej przyziemna, materialistyczna wersja - chęć wypromowania własnego nazwiska i przygotowywanej książki.

Zobacz także komentarz abp Wojciecha Polaka:

Więcej newsów znajdziesz
w aplikacji INTERIA
Pobierz aplikację
Dowiedz się więcej na temat: Krzysztof Charamsa

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy