Reklama

Reklama

Książki, na które nas nie stać

Można coś wyłudzić

Reklama

Szczęśliwy, kto odziedziczył wspaniałą bibliotekę po rodzicach, dziadkach, a najlepiej pradziadkach. Jeśli ktoś taki kocha książki, może zaoszczędzić mnóstwo pieniędzy, tylko sporadycznie wzbogacając domowe skarby. Biada tym, co zaczynają od zera, zakładając dopiero fundamenty rodzinnego księgozbioru. Przy dzisiejszych cenach to wysiłek prawie beznadziejny, choć warto go podjąć - choćby z myślą o przyszłości.

Ludzie związani zawodowo z książką mają życie nieco łatwiejsze od zwykłych amatorów czytania. Mogą bowiem to i owo wyłudzić, na przykład obiecując wydawcy krótszą albo dłuższą recenzję, a przynajmniej notkę, w ostateczności zaś wzmiankę w rubryce "nowości nadesłane". Taki sposób uzupełniania księgozbioru nie jest wszelako ani łatwy, ani przyjemny dla obu stron.

Kilkanaście lat temu prowadziłem w pewnym dzienniku dział kulturalny i moim zadaniem było również zdobywanie nowości wydawniczych. Naprawdę nie mogłem narzekać, bo współpraca - głównie z warszawskimi oficynami - układała się przeważnie jak najlepiej. Zdarzały się jednak przygody dość niespodziewane. W jednym z regionalnych wydawnictw, dziś już nieistniejących, pani redaktor zaprowadziła mnie do magazynu i zamiast nowości próbowała obdarzyć paroma pożółkłymi tomikami sprzed lat, których przyszłość łatwo było przewidzieć. W innej, zasłużonej skądinąd oficynie świeżo upieczony dyrektor, zresztą znany literat i publicysta, tłumaczył mi przez kilka godzin, jak gigantyczną stratą dla jego firmy są gratisy rozdawane recenzentom. Zaczynały się dopiero czasy reklamy i wspomniany dyrektor wierzył święcie w siłę plakatów rozlepianych na słupach ogłoszeniowych.

Moja redaktorska kariera trwała bardzo krótko, nieco dłużej zajmowałem się pisaniem recenzji, czyli zajęciem bez wątpienia pożytecznym, ale mało komfortowym. Pewnego razu redakcja cenionego krakowskiego miesięcznika powierzyła mi zrecenzowanie tomu wybitnego krakowskiego krytyka literackiego. Recenzja wypadła pozytywnie, ale nie zadowoliła kolegów autora. Redaktor naczelny poprosił więc o dopisanie jednej stronicy pochwał. Ponieważ panegiryków nigdy nie uprawiałem, podarowaną książkę odesłałem, a recenzja nigdy nie ukazała się w druku.

Od tego czasu unikałem podobnych sytuacji i kłopotliwych zobowiązań. Pokusa regularnego otrzymywania egzemplarzy gratisowych jest oczywiście bardzo silna i niezamożny kolekcjoner rzadko potrafi jej się oprzeć. Jednak niezależność też ma swoją cenę, z czego wydawnictwa walczące o przetrwanie na rynku nie muszą sobie zdawać sprawy.

Ostatecznie książki krajowych oficyn możemy jednak zawsze kupić, inaczej bywa z cennymi pozycjami wydawnictw zagranicznych. Dziś, gdy niejeden koneser posiada w portfelu nieco dolarów albo funtów, gdy wyjeżdża się bez trudu za granicę, problem nie jest już tak poważny. W przeszłości oglądaliśmy bezcenne publikacje brytyjskie, francuskie i niemieckie głównie w maju, podczas Międzynarodowych Targów Książki. Na żadną nie było nas stać, zresztą mogły je kupować tylko biblioteki. Marzycielom - pozostawała zaradność.

Znałem prawdziwych mistrzów sztuki wyłudzania, którzy najbardziej skąpemu wydawcy potrafili wyperswadować, że bez książki, zwykle pięknej i kosztownej, po prostu żyć nie mogą. W epoce PRL-u prośby i błagania trafiały nieraz na podatny grunt. Niektórzy ludzie Zachodu rozumieli, że żyjąc w systemie komunistycznym, nie możemy posiadać niezbędnych dewiz, a zatem musimy liczyć na gratisy.

Zdobywanie wartościowych dzieł nie przychodziło łatwo nawet profesjonalistom. W schyłkowej fazie PRL-u ja i moja znajoma pracowaliśmy nad polskimi tłumaczeniami jednego z największych angielskich poetów. Przedłużając w nieskończoność wypożyczony z biblioteki egzemplarz, doszliśmy wreszcie do wniosku, że popularyzując genialnego Anglika, zasłużyliśmy chyba na wdzięczność ze strony jego rodaków. Niechże więc owa wdzięczność przybierze kształt materialny i zamieni się w egzemplarz dzieł wszystkich owego pisarza wartości dziesięciu funtów.

Na nasz list wydawca brytyjski, oczywiście bajecznie bogaty, odpowiedział w tonie nadzwyczaj kwaśnym. Poinformował, że co prawda nie prowadzi instytucji charytatywnej, ponieważ jednak zbliżają się święta, postanowił nas obdarzyć egzemplarzem poezji wybranych tłumaczonego autora. Książeczka kosztowała zaledwie dwa funty i do naszej pracy okazała się zupełnie niewystarczająca. Zapakowaliśmy więc świąteczny dar i posłaliśmy do Londynu, licząc na wspaniałomyślność chytrego kapitalisty. Niestety, nie wiedzieliśmy jeszcze wówczas, na czym polega bezwzględność w interesach...

Przez wiele lat zmagaliśmy się z brakiem książek, aż w końcu nadeszły czasy pozornego nadmiaru. Z bogatą ofertą jakoś nie idą w parze nasze skromne możliwości. Kupujemy coraz mniej, tym bardziej więc musimy zadbać o nasze zakupy. Jeśli nie stać nas na trwonienie pieniędzy, powinniśmy wydatki jak najstaranniej przemyśleć, by uniknąć rozczarowań i pomyłek.

Dowiedz się więcej na temat: Biblioteki | Polska Rzeczpospolita Ludowa | nowości | książki | Nie

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy