Reklama

Reklama

Łamałem każde przykazanie dekalogu. Wyznania bandyty

"To było typowe życie drapieżnika, który na krótkim dystansie daje z siebie tysiąc procent mocy, upoluje ofiarę, zaspokoi się, a potem odpoczywa. U mnie było tak samo. Numer, sztos i buch samolot do ciepłych krajów. Żadnych oszczędności, melanż na maksa (...) Egzystowałem w rynsztoku, ale ze zdziwieniem obserwowałem, że rynsztok i szczyty tego świata, to tak naprawdę to samo miejsce". Jego świat był brudny i zły, i przed tym światem chciał ochronić swoją córkę. Od tego wszystko się zaczęło. Z byłym gangsterem Gabrielem Glinką rozmawiała Jolanta Kamińska.

Jolanta Kamińska, Interia: Łatwo stać się bandytą? Ale nie takim podrzędnym złodziejaszkiem z osiedla, który na koncie ma drobne rozboje, kradzieże - ale prawdziwym gangsterem, którym byłeś?

Reklama

Gabriel Glinka: Trudno powiedzieć. To był proces. Na przestrzeni lat przechodziłem kolejne "etapy wtajemniczenia".  Apogeum nastąpiło w połowie lat 80., kiedy musiałem uciekać z Polski i trafiłem na Bałkany. Tam spotkałem się z prawdziwą, zorganizowaną przestępczością, głównie były to grupy przemytnicze.

Co przemycali?

- Przede wszystkim złoto, srebro, papierosy i tureckie tekstylia. Również walutę, którą potem sprzedawano polskim uczestnikom turystyki zarobkowej, tzw. "stonie". Zaczynałem jako muł - czyli prosty kurier. Nazywaliśmy się mułami albo saperami - bo niektórzy wylatywali w powietrze czyli wpadali na granicach. Trafiłem tam, kiedy musiałem uciekać z kraju, bo popełniłem poważne przestępstwo. W kodeksie PRL określono je jako kradzież mienia państwowego. Groziła za to potężna kara.

Co konkretnie ukradłeś?

- Paliwo. Dużą ilość. Można by liczyć w tysiącach litrów.

Wróćmy jednak do początku. Wszystkie wydarzenia miały swoje źródło. To był rodzinny dom, szkoła?

- Zaczęło się w rodzinnym domu. Mój ojciec jest oficerem straży pożarnej i alkoholikiem. Dopiero teraz rozumiem, że on sam sprzedał mi to, co sam otrzymał jako dziecko w rodzinnym domu. Pozbawił mnie poczucia bezpieczeństwa, odarł z tożsamości. Alkoholik masakruje wszystkich, którzy są najbliżej, a więc paradoksalnie tych, których najbardziej kocha i którzy są dla niego najważniejsi. Dzieci alkoholików dzielą się na różne podgatunki, moim podgatunkiem był kozioł ofiarny. Składałem więc siebie na ołtarzu bezpieczeństwa w naszym domu. Broniłem moich najbliższych - mamy i młodszego brata i jako jedyny z ojcem walczyłem, ale nie miałem żadnych szans w walce bezpośredniej...

Byłeś przecież małym chłopcem...

- Tak, więc walczyłem jak mogłem - kłamstwem, manipulacją, ściąganiem na siebie jego gniewu, wystawieniem się na jego agresję itd. W takiej sytuacji trzeba było nosić maski, grać i udawać.

Przed innymi, że wszystko jest w porządku?

- Przede wszystkim. Człowiek ukrywa, że coś jest nie tak, bo wstydzi się pijanego ojca, albo śladów na ciele, które nosi po starciach z nim. Wychodzisz i stykasz się ze środowiskiem, które wyrasta w innych codziennościach  - kłamiesz, a wtedy następuje ostracyzm. Konfabulacje są powoli demaskowane, zaczynają się kpiny. Czujesz się upokorzony, więc walczysz.

- Pierwszą walkę z tatą stoczyłem w wieku czterech lat. W szkole, kiedy miałem lat siedem. W końcu zauważyłem, że gdy jestem silny i bezwzględny, to panuję nad otoczeniem i nie doznaję krzywd. Wtedy pomyślałem, że aby przerwać łańcuch doznawanych krzywd, sam muszę postawić się w roli krzywdziciela. To wydawało mi się jedynym rozwiązaniem. Przyglądałem się mamie, którą kochałem do szaleństwa, i która mnie również bezwarunkowo kochała, ale była słaba. Nie umiała mnie obronić. Proszę sobie wyobrazić, że małe dziecko broni własnej matki. Mama była jedyną osobą, która mnie zawsze akceptowała takim jakim byłem, nawet wtedy, kiedy stałem się dorosły.

- Nie usprawiedliwiam swoich późniejszych czynów. Ale to była swego rodzaju gleba, z której wyrósł korzeń moich najgorszych dokonań. Mając taką sytuację w domu, zacząłem gdzie indziej poszukiwać bezpieczeństwa i poczucia tożsamości.

I tak trafiłeś do osiedlowej bandy?

- W latach 70. przeprowadziliśmy się na obrzeża miasta. Miałem wtedy 8 lat i czułem się odrzucony przez rówieśników. Trafiłem na inne dzieci z "rodzin z problemami". W ciągu pół roku stworzyliśmy "bandę Faraona". Terroryzowaliśmy rówieśników na podwórku i w szkole. Zaczynało się od zabierania kanapek, słodyczy. Potem doszło do wymuszania pieniędzy. Byliśmy silni, bo byliśmy w grupie. Nawet starsi się nas bali. W sumie trwało to 7 lat. W wieku lat 15 po raz pierwszy stanąłem przed sądem dla nieletnich. Nasz przywódca Faraon miał urodziny, w czasie ich trwania zabrakło nam towaru, więc obrobiliśmy sklep. To był błąd, potknięcie - wszystko się wydało. Grupa się rozpadła. Kilku chłopaków trafiło do poprawczaka. Wtedy zrozumiałem, że nie warto walczyć w stadzie. Wpadliśmy, bo ktoś zaczął sypać.

Stwierdziłeś, że wolisz być samotnym wilkiem?

- Tak. Jeśli chodzi o ten "zawód" postanowiłem, zostać samotnikiem. Potem przełożyło się to na inne sfery mojego życia, skutkując absolutnym osamotnieniem.

A jak długo mieszkałeś jeszcze w domu?

- Do roku 1981 roku...

...czyli do 18-nastki?

- Tak. Pamiętam, że grałem w koszykówkę, szło mi coraz lepiej. Trafiłem też na wymarzonego ojca - mojego trenera. Dzięki niemu skończyłem szkołę podstawową, poszedłem do średniej. W piwnicy stworzyłem siłownię i zacząłem w niej tyrać. Ćwiczyłem sztuki walki. Wszystko ukierunkowałem na sprawność fizyczną i siłę. Wtedy po raz pierwszy pokonałem mojego ojca. Jak się za niego wziąłem, złamałem mu rękę. To był koniec jego fizycznej władzy nade mną.

- W tamtym czasie przeżyłem też swoją pierwszą miłość. moja wybranka była najpiękniejszą dziewczyną na osiedlu. Zwyciężyłem w staraniach, bo pretendentów było wielu. Cierpliwie na nią czekałem, a ona przyprawiła mi rogi z moim jedynym przyjacielem. Koleś był taką typową kaciałą osiedlową - chudy nieudacznik w okularach. Wszyscy z niego kpili. Zdawałem sobie sprawę z tego, co człowiek czuje i przeżywa, kiedy jest upokarzany i wyśmiewany, więc na przekór wszystkim osiedlowym cwaniaczkom - broniłem go.

A on tak się odwdzięczył.

- Potraktował mnie przedmiotowo. Kiedy złapałem ich razem, pomyślałem,  że mogę zrobić coś naprawdę złego. Dlatego wsiadłem w pociąg i ruszyłem do większego miasta, gdzie mieszkało rodzeństwo mojej mamy. Nie zastanawiałem się, co będę tam robił. Liczyło się tylko to, by uciec przed tym całym piekłem - bólem i cierpieniem.

- Przez brata mojej mamy udało mi się dostać do klubu koszykarskiego. Zdałem testy i wszystko się zmieniło. To było takie profesjonalne. Miałem mieszkanie, niezłą pensję i masę wolnego czasu po treningu. I duże miasto do dyspozycji ze wszelkimi jego atrakcjami. Zachłysnąłem się tym wszystkim. Jednej nocy w klubie poznałem pewnego człowieka. Zaczęło się od tego, że ktoś nadepnął mi na odcisk, więc natychmiast zdemolowałem frajera. Ten gość ubrany w pewexowskie szmaty i obwieszony złotem przyglądał się temu. Dosiadł się do mnie przy barze i tak zaczęła się nasza znajomość. Okazało się, że był jednym z grubszych cinkciarzy w mieście, handlował złotem, srebrem, deficytowymi towarami - taki protoplasta późniejszych polskich gangsterów. Przy nim wlazłem w struktury.

Jak to było na początku?

- Zaczynałem jako "zwykły żołnierz", ale bardzo szybko awansowałem, bo ten facet dostrzegał mój potencjał czyli brak lęku. Ja tam się nie pieprzyłem w tańcu nigdy, i z nikim, ale równocześnie byłem lojalny. Paradoksalnie jest to typowa cecha dzieci alkoholików, które są lojalne wobec oczywistych dowodów braku lojalności. Zawsze mocno pielęgnowałem w sobie tę cechę wierności i natychmiast to dostrzeżono.

Czym dokładnie się zajmowałeś?

- Handlowałem wódą. Potem awansowałem i wciągnięto mnie do komanda do zadań specjalnych. Byłem ochroniarzem, egzekutorem długów itd.

Jakie konkretnie były zadania egzekutora długów?

- Odzyskiwanie długów. Nie lubię epatować takimi historiami...

Możesz o sobie powiedzieć, że byłeś bandytą, który naprawdę krzywdził?

- Tak.

Jak bardzo?

Łamiąc każde przykazanie dekalogu.

W czasie tej przestępczej działalności przyszła na świat twoja córka. To wtedy pojawił się impuls do zmiany?

- Kiedy Mała pojawiła się na świecie, miałem 37 lat i  sporo o tym świecie wiedziałem, oczywiście z mojej perspektywy - rynsztoka. Pewnego dnia ze zadziwieniem stwierdziłem, że rynsztok i szczyty tego świata to tak naprawdę jedno i to samo miejsce. Chciałem przed tym chronić moją córkę. Chciałem ją kochać, choć właściwie nie wiedziałem, co to znaczy. Ale pragnąłem tego i wtedy postanowiłem zwolnić. Ściągnąłem kominiarkę, założyłem markowy garnitur i bardzo szybko przekwalifikowałem się ze stricte bandyckiej działalności - m.in. napady na tiry, na przestępstwa gospodarcze - firmy krzaki, przemyt, wyłudzenia bankowe i podatku VAT. Odkryłem, że żyje mi się znacznie dostatniej, a przede wszystkim spokojniej.

Na co było cię stać?

- Praktycznie na wszystko. Natomiast nigdy nie żyłem do przodu, nie miałem oszczędności, nie inwestowałem. Choć zawsze miałem żelazną kasę na adwokatów czy kaucje. Stwierdziłem, że wyciskam życie jak cytrynę. Tylko przyjemności zdawały mi się czymś, dlaczego warto się zmagać z tym wszystkim. To było typowe życie drapieżnika, który na krótkim dystansie daje z siebie tysiąc procent mocy, upoluje ofiarę, zaspokoi się nią, a potem odpoczywa. Ja żyłem tak samo. Numer, sztos i buch samolot do ciepłych krajów. Żadnych oszczędności, melanż na maksa.

- Myślałem wtedy, że życie jest szare, długie i do dupy - cytując klasyka. A ja chciałem żeby moje było kolorowe. I było takie, tylko że te kolory stały się zbyt ostre i raniły tych, którzy stawali na mojej drodze, ale również i mnie. Dlatego uciekałem  w alkohol, dragi, seks itp. przyjemności. Stwierdziłem, że któregoś dnia, jak mi się to wszystko znudzi, napcham sobie ołowiu w łeb i cześć. Narodziny Małej naprawdę wiele zmieniły ale wtedy byłem poważnie uzależniony od alkoholu. To degradowało mnie, i moją pozycje jako przestępcy. Błyskawicznie spadałem w dół, ale postanowiłem przestać.

Decyzja o zmianie była trudna do zrealizowania?

- Nie, bo nigdy nie byłem członkiem żadnej grupy. Wchodziłem w okresowe sojusze. Nigdy nie miałem też aspiracji, by stanąć na czele któregoś gangu, bo widziałem co się działo. Im wyżej się wspiąłeś, tym szybciej i tragiczniej spadałeś. To co miałem jako solista, wystarczało mi w zupełności.

W końcu trafiłeś do więzienia. Uważasz, że odsiedziałeś swoje?

- Nigdy nie dałem się złapać na poważnych rzeczach. Do czasu aż wpadłem w nałóg i zaczęły się częstsze wpadki. Jednak wtedy moja pozycja w "mieście" równała się już zeru. Padałem choćby na kradzieży złomu, gdy nie miałem za co pić i innych duperelach, np. nie płaciłem alimentów, na początku z przekory, ale potem już nie miałem z czego. Totalna degradacja. Pobyty w więzieniu były krótkie. Ostatni raz zamknęli mnie 26 września 2005. Psu, który mnie ścigał, nigdy nie udało się złapać mnie na czymś poważnym. Kiedyś zapowiedział, że albo mnie rozwali w jakiejś akcji albo załatwi mi dożywocie. Kiedy wsadzał mnie za kratę zapewnił, że będzie dalej przy mnie grzebać, a w czasie przesłuchania rzucił takimi faktami, że zrobiło mi się gorąco.

Wiesz skąd miał informacje?

- Domyślam się, że moich "znajomych". Lojalność w świecie przestępczym to fikcja. Moi dawni kolesie wyprali pieniądze, pozakładali firmy, część miała rodziny. Zaczęły wychodzić pewne sprawy, więc załatwiali sobie statusy świadków koronnych i sypali.

W ten sposób zapewnili sobie bezpieczeństwo?

- Przede wszystkim bezkarność.

Po tych pobytach w więzieniach uważasz, że istnieje coś takiego jak skuteczna resocjalizacja?

- Nie.

Jednak tobie udało się zmienić. Teraz sam spotykasz się z młodzieżą i opowiadasz im swoją historię?

- Spotykam się z młodymi w ramach warsztatów, rekolekcji. Ale również prywatnie. Ośmielę się stwierdzić, że na tej niwie osiągam sukcesy. To taki paradoks, ale dziecko alkoholika nie dojrzewa, lecz zatrzymuje się na pewnym etapie rozwoju emocjonalnego. Dzięki temu młodzież nie odczuwa  tej sporej różnicy wieku jaka nas dzieli. Często słyszę, że ja mówię do nich ich językiem. Dlatego wydaje im się, że gadają z kolesiem takim samym jak oni. Tylko, że ten koleś zadziwiająco dużo przeżył itd.

Czujesz, że jesteś dla nich bodźcem do zmiany, pracy na sobą?

- Tak. Pierwszy młodociany gangster, który był w sporej grupie przestępczej i ostro działał na ulicach, dzisiaj jest mężem i szczęśliwym ojcem. To taki mój "duchowy syn".

W wieku tych młodych ludzi jest też twoja córka. Kiedy kontakty z nią tak naprawdę się poprawiły?

- Myślę, że zawsze były dobre. Tylko w życiu  sprzed 2005 roku były po prostu rzadsze, ale zawsze głębokie. Regularne stały się dopiero po wyjściu z więzienia w 2007 roku. Od tego czasu spędzamy razem weekendy, wakacje i święta. Jesteśmy najlepszymi przyjaciółmi na świecie. Córka powiedziała mi kiedyś, że jestem ikoną mężczyzny, którego mogłaby sobie wymarzyć. Kochamy się jak wariaci.

To musiały być dla ciebie bardzo ważne słowa.

- To były najpiękniejsze słowa jakie w życiu usłyszałem. Warto było to wszystko przejść, by móc dziś patrzeć jak ona idzie odważnie w życie, jak gra w koszykówkę w krajowej reprezentacji kobiet U-16 i osiąga na tym polu kolejne sukcesy. To co mi się nie udało, bo zmarnowałem swój potencjał, spełnia się w małej.

Wyprowadź mnie z błędu jeśli się mylę, ale analizując twoją historię wydaje mi się, że twoje wcześniejsze życie było ciągłym poszukiwanie wolności. Tylko, że tej wolności nie znajdywałeś, tworzyłeś więc jedynie jej pozory. Czy był taki moment, w którym poczułeś się naprawdę wolny?

- Ja się teraz czuję wolny, naprawdę wolny. Kupę lat na to czekałem, a ty mi to teraz uświadomiłaś. Bo być wolnym to umieć kochać bezwarunkowo. Właśnie to do mnie dotarło. U mnie za tym poszukiwaniem wolności, cały czas kryło się poszukiwanie miłości. Tylko człowiek, który kocha i jest kochanym, może być naprawdę wolny. Wtedy nic i nikt nie jest w stanie go pokonać. Nie mogę się w żaden sposób uwolnić od mojej historii, ale uwolniłem się od poczucia winy za moje życie, bo czułem się winny tego, że w ogóle żyję. Zawsze sądziłem, że jestem czyimś problemem, a okazało się, że największy problem stanowię sam dla siebie. To trzeba było rozwalić w drobny mak i poskładać na nowo.

- Powiedziałaś wcześniej, że mnie: "udało się zmienić". Gdy to czasem słyszę, tylko uśmiecham się w duszy. Wciąż w każdej chwili mogę rozwalić komuś łeb, ograbić jakiegoś nieszczęśnika czy pójść w ostry melanż. Więc nie ma mowy o jakiejś zmianie. Ja po prostu w ciągu ostatnich lat starałem się zgłębić siebie i w końcu zrozumieć. I tak pewnego dnia odkryłem moc, którą dysponuje każdy człowiek. Tą siłą jest moja wolna wola. Gdy otwieram oczy na progu kolejnego dnia, staję na skrzyżowaniu. Wybory są dwa: idę prosto, albo szukam wygodniejszych tras. Trzymam się jakoś prostych dróg, bo kocham Małą. W moim przekonaniu miłość, to codzienne pokonywanie egoizmu. Zdecydowałem więc, że będę to robił, bo chcę kochać. Po prostu kochać.

I wtedy wiele się zmieniło?

- Zmieniło się wszystko.

Więcej newsów znajdziesz
w aplikacji INTERIA
Pobierz aplikację
Dowiedz się więcej na temat: Bandyta

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje